Страница 10 из 96
Ke
– Spotykam się ostatnio z tym i owym z naszych. Niezadługo Ryanowie mogą się znaleźć w kupie gówna większej niż wysypisko w Basildon. Żona Vica i reszta… to się ludziom nie podoba.
Eileen zapaliła papierosa Benson amp; Hedges wyciągniętego z obfitych zapasów trzymanych w kieszeni fartucha.
– Nie przy dziecku, mamo – powiedział z wyrzutem.
Prychnęła.
– Tobie to chyba nie zaszkodziło, co?
Westchnął i wyszedł z pokoju. Musi to wszystko jak najszybciej pozałatwiać. Po pierwsze, Ryanowie, po drugie, niania do dziecka. Przez chwilę zastanawiał się, czy Ryanowie nie przypisali mu wysadzenia w powietrze tego gliniarza, faceta Maury, i czy nie rewanżowali się za to. Byłoby to jednym wielkim qui pro quo. Odrzucił to przypuszczenie. Ten, kto zabił jego Lanę, zrobił to z czystej niegodziwości i zapłaci za to z nawiązką.
Nalał sobie dużą brandy i wypił ją jednym haustem, bo potrzebował alkoholu. Zbierało mu się na płacz, ale zdusił go w sobie. Nie dzisiaj. Będzie jeszcze mnóstwo czasu na żałobę. I nie on jeden będzie wtedy pogrążony w żalu.
Rozdział 3
Radon Chatmore był rastafarianinem z długimi dredami i akcentem wychowanka dobrej szkoły. Został ochrzczony w Kościele katolickim, a na drogę rastafarianizmu wszedł, gdy skończył siedemnaście lat, podążając raczej za modą niż z powodu przekonań religijnych. Jak jego ojciec miał głowę do interesów, choć sam wolał mówić o wrodzonym sprycie. Pseudonim „Coco” zawdzięczał temu, że był królem kokainowym w klubach wschodniego Londynu. Został zwerbowany przez Bena Ryana rok wcześniej, dzielili się zyskami w stosunku sześćdziesiąt do czterdziestu i pili razem regularnie. Toteż kiedy Abul zaprosił go na spotkanie z Be
– Be
Jego afektowany głos z nienaga
– Poczekaj, aż weźmiemy go do środka, tu ktoś może nas zobaczyć z drogi.
Ciężko dysząc, Be
Wewnątrz były dwa stoły. Na jednym stał kosz delikatesowy. Na drugim były narzędzia Bena, a wśród nich osławiony klej i elektryczny paralizator dla bydła. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby Coco wiedział, co się święci. Halogenowe reflektory oświetlały to miejsce jak na planie filmowym.
– O co chodzi, Ben? Co tu jest, do cholery, grane?
Coco trząsł się ze strachu.
Abul widział bezradność w jego oczach, ale nie mógł mu pomóc. Gdy Coco popatrzył na niego z męczeńskim wyrazem twarzy, bezradnie rozłożył ręce. Dał mu do zrozumienia, że jest zdany tylko na siebie. Choć dotąd byli kumplami, Abul trzymał teraz sztamę z Be
Be
– Co wiesz o Vicu Joliffie?
Coco przełknął ślinę, w gardle zupełnie mu zaschło.
– Nic o nim nie wiem, Ben. Tylko tyle, że jest ostry.
Be
– Co słyszę? Uważasz mnie za pieprzonego frajera? – Popatrzył na Abula z miną skrzywdzonego niewiniątka. – Mam wypisane na czole „cipa” czy jak? – Teatralnym gestem wskazał własne czoło. Abul z trudem powstrzymywał się od śmiechu. W takim nastroju Be
Coco dla odmiany miał ochotę się rozpłakać. Słyszał o temperamencie Bena, bo kto nie słyszał. Ale po raz pierwszy napady szału, z jakich ten facet słynął, miały być skierowane przeciwko niemu.
Abul nie odzywał się, wiedział, że nikt tego od niego nie oczekuje. Znał ulubioną taktykę Bena, stosowaną podczas przesłuchań.
– Odpowiesz mi czy nie?
Coco już prawie płakał. Bał się zesrać ze strachu, gdy klękał przed swoim oprawcą.
– Be
Karny kopniak w twarz był jak wybawienie – pozbawił go przytomności. Abul zbadał mu puls.
– Mamy go na chwilę z głowy. Zrobić herbaty?
Be
– Umieram z głodu. Wyjmij kanapki i całą resztę, zrobimy sobie piknik jak się patrzy.
Abul wziął się do rozpakowywania koszyka. Dopilnował, żeby zawartość odpowiadała gustom Bena. Gorąca słodka herbata w termosie oraz mnóstwo konkretnego żarcia i świeżych owoców. Kiedy układał jedzenie na talerzach, Be
– On chyba nic nie wie, jak myślisz, Ben?
Be
– Ta jest pyszna. Co jest w środku?
– Kurczak po indyjsku i sałatka. Zapychające, ale smaczne.
Na podłodze Coco zajęczał z bólu. Be
– Zamknij się, alfonsie jeden, nie widzisz, że mamy przerwę na herbatę? – Zaśmiał się z własnego dowcipu. – Nie ma lepszych przekąsek niż te od Marksa and Spencera.
Abul przytaknął skinieniem głowy.
– Warto zapłacić trochę więcej, no nie? Co masz zamiar z nim zrobić? – Wskazał głową na Coco.
Be
– Zabiję go, jak mi się zdaje.
– Chyba żartujesz!
Be
– W życiu nie byłem poważniejszy, bracie. Ludzie widzieli, jak zabierałeś go ze sobą. To najlepszy znany mi sposób przekazania sygnału, że jestem na woje
Abul westchnął.
– To nie jest wróg. Ma porządny dom, porządną mamę i tatę, i porządną dziewczynę. Zarabia dla ciebie szmal. Daj mu do cholery spokój, człowieku.
Be
– Chyba źle z tobą, Abul. Chcesz mu włazić w dupę czy jak?
– Jesteś walniętym świrem, tyle ci powiem, Be
– Ubijmy interes, OK?
Abul kiwnął głową.
– Zostawię go przy życiu, ale pod jednym warunkiem, dobra?
Abul znowu przytaknął.
– Ostatnia kanapka dla mnie.
Be
– Niech będzie. Umowa stoi.
Be
– Zbudź się, kretynie, wstawaj i skończmy z tym. Mam dziś gorącą randkę z piersiastą dziewczyną.
Kiedy Coco wreszcie oprzytomniał, zobaczył nad sobą Be
Ke
Garry Ryan odezwał się cicho, ale groźnie:
– Jedź, Smithy, i nie rób zbędnych ruchów. Ke
– Ryan, ty gnoju. Co chcesz zrobić? Sierotę z mojego dziecka?
Garry zaśmiał się.
– Chyba że sam będziesz się o to prosił. Bo pomyśl chwilkę. Gdybym chciał cię zabić, już byś nie żył. W jednej sekundzie, bez jednego słowa. A teraz jedź.