Страница 28 из 63
Doktor nagle został odsunięty, w polu widzenia pojawiły się jakieś jakby znajome uśmiechnięte pyski.
– Ale ty masz fart, poruczniku! Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! Możesz uważać, że dziś ci się życie zaczyna od nowa…
– Wiem, co mi się zaczyna – powiedział zrzędliwie Werner. – Dynamiczna neuralgia na gruncie poważnego urazu, oto co mi się zaczyna. Lepiej się odsuńcie, panowie, bo jak zaraz rzygnę…
– Wygląda, że wcale go nie cieszy nasz widok – zauważył jeden z pysków. – A ta… jak jej tam… neuralgia… naprawdę rzyganiem się objawia?
– Rzygać mi się chce na twój widok – burknął ktoś i
– Osiem – oznajmił Andrew. Wzrok mu zaczynał funkcjonować, ale czuł się ogólnie fatalnie. Poza tym nie wiedział, gdzie jest ani co się dzieje dokoła. Szczególnie niepokoiła go obecność uzbrojonych desantowców, podnieconych i usmolonych od stóp do głów. A żołnierz, który rozmawiał z Wernerem, miał na policzku plamę zaschłej krwi.
– Nie pieprz. To jeden palec. Poznajesz mnie? Sierżant Weil, z wywiadu. Pamiętasz?
– Ten Weil, który jakiś rok temu topił w kiblu drugiego nawigatora?
– Ten, właśnie ten! – ucieszył się żołnierz. – No, to już lepiej z tobą. Naprawdę cię mdli? W głowie ci się kręci?
– Głowa… Gdzie to jest?
– Między nogami. Panowie, według mnie wszystko z nim w porządku. Doktorze, może się ruszać?
– Jeśli mu życie niemiłe, proszę bardzo.
– Co to za jakieś pogrzebowe nastroje, doc?! Jeszcze pana chyba nikt nie zabił.
– Jak nie teraz, to później – oświadczył lekarz lodowatym tonem.
– Słuchaj, zarazo – wtrącił się ktoś trzeci. – Jeśli porucznik umrze, ty na pewno nie pożyjesz dłużej. Więc. się nie wypindrzaj, tylko stawiaj go na nogi.
– Ja wykonałem wszystkie niezbędne iniekcje – powiedział łapiduch sztucznie spokojnym tonem. – Lepiej niż w tej chwili w najbliższym czasie się nie poczuje.
– To do dupy – podsumował sierżant. – Dobra, najważniejsze, żeby nie kojfnął. Poruczniku, zaraz wykombinujemy dla ciebie nosze i będzie OK. Leż, odpoczywaj. Dobra, chłopy, gdzie by tu go…
– Chłopaki, a co się, kurde, dzieje? – zapytał Andrew.
– Nie wiem – krótko rzucił sierżant. – No to, panowie, raze-em!
Werner został delikatnie podniesiony i ułożony na czymś twardym. Najprawdopodobniej na blacie biurka.
– Co to znaczy: nie wiem? – nalegał technik. Zaimprowizowane nosze zostały wyniesione na korytarz, wtedy oczom ra
– No i jakoś głupio to wszystko wyszło – zaczął tłumaczyć sytuację sierżant. – Wasz ZDO nie był aby homisiem?
Andrew prychnął twierdząco. Nieraz sam opędzał się od niego trzymanymi w ręku narzędziami. ZDO należał do facetów kochliwych i bliski związek z commanderem Fushem mu nie wystarczał. Tylko dlaczego oni mówią o nim w czasie przeszłym? – pomyślał Werner. Ale nie zdążył zapytać.
– Tak myślałem. – Sierżant pokiwał głową. – Same kłopoty przez tych pedałów. Krótko mówiąc, wasz ZDO zastrzelił pod prysznicem jednego naszego chłoptasia. No to myśmy gnoja złapali i wyrychtowali trochę. Nie na śmierć, sam wiesz, u nas takie rzeczy nie przechodzą, nic podobnego. Ale ludzie się bardzo na was, astronautów, rozzłościli. I już mieliśmy go oddać dyżurnemu, a tu i
– Zwariowaliście… – wykrztusił Andrew.
– Sami się dziwimy – westchnął sierżant. – Jesteś na tej barce jedyny, któremu trybunał nie grozi.
Nosze dogonił ktoś ogromny i tupiący głucho, a w pole widzenia Wernera wpadła nowa twarz. Tego człowieka Andrew rozpoznał od razu – Bu
– Żywy! – sapnął Bu
– Je
– Wybacz, poruczniku. – Kapral spochmurniał i zasępił się.
– Co wybacz?
– No… Wybacz i tyle.
– Co za świnie z was… – szepnął Andrew i mocno zacisnął powieki.
– To nie nasza wina – powiedział Bu
– Jesteśmy – powiedział Weil. – Ostrożnie, panowie. Raz, dwa!
Silne ręce podniosły Wernera i usadowiły na czymś miękkim i sprężynującym. Andrew otworzył oczy. Zalewały je łzy. Ktoś delikatnie włożył mu w dłoń serwetkę.
– Może potem tym się zajmiemy, co? – poprosił sierżant. – To jest taka sprawa, że już się nie wróci…
– Właśnie – przytaknął Bu
Technik otarł łzy i cisnął serwetkę. Siedział w SDO, w fotelu starszego nawigatora. Jedno spojrzenie wystarczyło, by zobaczyć, że tu też walczono. Zostały ślady krwi i większa część oprzyrządowania wymagała remontu. Wszędzie kręcili się desantowcy, z ciekawością spoglądając w ekrany i kopiąc resztki aparatury. Spoza rezerwowego pulpitu sterczały czyjeś nogi w nadpalonych butach. Jedna podeszwa jeszcze lekko dymiła. Wernerowi wydało się, że to nawigator Kaminski, i nagle poczuł, że za sekundę zacznie rzygać. Nie czuł nawet przerażenia, raczej złość. Tępa siła piechoty szturmowej w końcu wzbudziła w nim gdzieś w głębi wściekłość. Bezmózga siła, która zabiła Je
Andrew nagle zrozumiał, że nienawidzi tych ludzi. Więcej – że zawsze ich nienawidził. Po prostu wcześniej sądził, że to duże dzieci, ofermy i niedojdy zasługujące na litość nie mniej niż on sam, taki nieprzystosowany i samotny. Ale teraz desantowcy pokazali zęby i już nie było za co ich żałować.
– Czego ode mnie chcecie? – zapytał.
– Zrób coś, żeby nas od razu nie zabili – powiedział Weil.
– Znaczy co? – zdziwił się Andrew.
– No, na przykład niech to gówno doleci do domu.
– Do domu?
– Przestań szydzić! – nagle eksplodował sierżant.
– Te, spokojniej! – pohamował go Bu
Weil przykucnął przed Wernerem i ufnie spojrzał mu w oczy.
– Poruczniku – westchnął – dynamiczna neuralgia to poważna choroba. Ja ją mam od trzech lat. Właśnie z powodu takiego fizycznego urazu. Tak więc z góry mi wybacz. Ja się nie zawsze kontroluję. Ale rozumiem, że jesteś nam bardzo potrzebny. Siedzimy po uszy w gównie, a każdy popapraniec może cię rozwalić tylko dlatego, że jesteś astronautą. Za to, że nas wyruchaliście. Tak więc zrób coś, proszę. Zostaniesz przy życiu.
– Och, za ostro sobie poczynasz, sierżancie – zauważył Bu
– Spadaj! – rzucił Weil. Kapral zasępił się, ale zmilczał. Wyglądało, że nie bardzo mu się podoba łażenie za jakimś podoficerem w charakterze przydupasa, ale w każdym stadzie dowodzi najokrutniejszy osobnik. A z Weila aż tryskała zwierzęca nienawiść.
– Rozumiesz mnie? – dopytywał się teraz Andy ego, udając, że umie mówić ludzkim głosem. – Ta balia leci. Chyba na Marsa. Skieruj ją do domu. Musimy połączyć się ze sztabem naszej brygady i wszystko zameldować. Nie dowództwu floty, a piechoty. Baskin nas po prostu rozstrzela i po wszystkim. Tylko nasi mogą to roztrząsnąć uczciwie. Bo my nie jesteśmy tu wi