Страница 27 из 63
– Odmówili skoku… Więc mamy jednak wojnę?
– No-o, może nie na taką skalę. Raczej manewr zastraszania. Marsjanie pakują się w nasze sprawy wewnętrzne. Zdecydowali, że będą dyktować Ziemi warunki.
– N-no tak… I rzeczywiście mieli agentów na pokładzie?
– Mieli. Proszę posłuchać, poruczniku. Jesteśmy jakieś dwadzieścia megametrów od powierzchni. Przyspieszenie zero, prędkość… Proszę popatrzeć. Czy zdoła pan zatrzymać tę barkę na pięciu megametrach?
Andrew wlepił spojrzenie w oczy kapitana.
– Nie jest mi łatwo o tym mówić – powiedział tamten. – Ale tak wyszło, że pan jest jedynym członkiem załogi pozostałym przy życiu.
– Ja pier… – wykrztusił Werner, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał.
– Musimy wyhamować, poruczniku. Buntownicy wycofali się do trzeciej śluzy desantowej i tam się umocnili. Wykurzyć ich stamtąd nie jest łatwo, to może potrwać kilka godzin. Niestety, oni mają lasery, a my tylko automaty. Jeśli w tym czasie „Dekard” zbliży się do Marsa na dwa – trzy megametry, zdrajcy będą usiłowali wyskoczyć i przejść na stronę czerwonodupków. A to by było nie w porządku.
– Skąd mają lasery… – pomyślał na głos Andrew, ale już w jego obitym umyśle rodziły się podejrzenia.
– Wygląda, że mieli skrytkę, tajny arsenał. Niestety nie wiedzieliśmy o nim.
– Pewnie, że nie wiedzieliście – niewesoło uśmiechnął się Werner. – Przecież to commander Fush go urządził.
– Czyli?! – zdziwił się kapitan.
– Fush miał problem z nerwami. Panicznie bał się buntu. Ufał tylko oficerom floty. Przytaszczył kilka skrzyń z laserami do jednego z modułów awaryjnych i powiedział, że jeśli piechota zacznie robić problemy, to nas uzbroi i urządzimy desantowi Północ. Przepraszam, ale to jego słowa.
– Kto tu mówił, że potrafi obsługiwać wykrywacz kłamstw? – Przesłuchujący oficer wyszczerzył się na lekarza.
– Ja nie mówiłem, że potrafię. Mówiłem, że spróbuję…
– Co jeden, to lepszy… – mruknął kapitan. – Teraz wszystko rozumiem. Zaczęło się od tego, że buntownicy ujęli commandera Fusha. Stary pierdzieli Kapralu, słyszeliście? Migiem do pułkownika z meldunkiem! I zaraz z powrotem. Zobaczcie, jak tam sprawy stoją.
Żołnierz wyszedł z pomieszczenia. Oficer przygryzł wargi i pokiwał głową. Andrew z zainteresowaniem patrzył w ślad za kapralem. Wyglądało, że dzielni wojacy albo rozpieprzyli pokładowy system łączności, albo stracili nad nim kontrolę. Gdzie w takim razie ich radiostacje? Dlaczego wszyscy są w lekkich ćwiczebnych mundurach? Coś to nie wyglądało na tłumienie buntu…
– Ale z was numery, panowie astronauci… – rzucił kapitan. – Naprawdę, Werner. Magazyn broni w tajemnicy przed nami… Przecież to zdrada. Mam was rozstrzelać czy jak?
– Proszę bardzo – powiedział Andrew. – A kto będzie hamował? I w ogóle co ja mam do tego? Ja nie widziałem tych laserów na oczy.
– Ale słyszał pan o nich! Nie rozumiem, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, żeby przyjść i o tym zameldować.
– Desant umie robić sobie z załogi wrogów – zauważył technik. – Wasi zasrani komandosi…
– A wy umiecie tylko walić się ze zdrajcami ojczyzny – przerwał mu kapitan. – Proszę pamiętać, poruczniku, pański związek z Jordan będzie jeszcze przedmiotem dochodzenia.
– Ona jest z nimi? – zapytał Andy.
– Ona została zabita, Werner. Usiłowała się poddać, za co została zabita przez buntowników.
Andrew przejechał dłonią po twarzy. Janet… To już nie miało znaczenia. Żywa czy martwa, była już sama. A on musiał teraz wybrać, co dalej? Ale Janet… Strasznie żal…
– Nawet panu nie współczuję, Werner – oznajmił mściwie kapitan.
Rozgniotę – pomyślał Andy. – Rozgniotę ich wszystkich, jak tylko się dorwę do speckostiumu. I zwieję na kutrze desantowym. Niech się co do jednego rozwalą o Marsa, ci, co mają rację, i ci wi
– Astronauci! – rzucił oficer tonem przekleństwa.
Mój zapasowy speckostium jest w rdzeniu głównym – rozważał Werner. – Do najbliższego luku mam stąd dwa kroki. Awaryjny ciąg „Dekarda” to osiem G. Pewnie, że rozgniotę! Jeśli tylko…
– Buntownicy mają speckostiumy? – zapytał Andrew.
– A o co chodzi? – poderwał się kapitan.
– Pytam: mają czy nie?
– Mają. Pancerz szturmowy. My też mamy.
Niech to… Taki pancerz wytrzymuje z piętnaście G. Odpada numer z przeciążeniem. Ale speckostium i tak mi jest potrzebny. Chroni przed niektórymi pociskami. Co mam robić? Najpierw muszę się zapakować w nieważkość, do rdzenia centralnego. To pierwsza rzecz. Tam coś wymyślę.
– Dlaczego w takim razie jesteście w lekkich mundurach?
– Za dużo pytań, poruczniku. Nadal pan nie odpowiedział: zdoła pan wyhamować czy nie?
– Zależy od prędkości. Proszę się nie denerwować. Jeśli Baskin wie, w czym problem i że straciliśmy sterowanie, to doprowadzi tu parę battleshipów i zahaczy „Dekarda” za mocowanie boostera. Nasza barka, jak pan powiedział, jest ciężka, ale battleshipy dadzą radę.
Lekarz nagle wstał i zaczął nerwowo przemierzać kajutę.
– Nie mamy łączności z Baskinem – przyznał się kapitan. – My tylko zakładamy, że on tu leci. Powinien lecieć. Wydarzenia na „Dekardzie” trwają od trzech godzin. Bunt zaczął się niemal od razu po ogłoszeniu stanu woje
– No to gratuluję – powiedział Werner. – No to już niczewo nie pieriejebiosz.
– Co? – oficer nie zrozumiał rosyjskiego zwrotu.
– Ech, piechota… Nie jesteśmy na powierzchni – wyjaśnił Andrew. – Dowolny manewr grupowy w przestrzeni wykonuje się według wcześniej opracowanych schematów. Tych schematów są miliony, na wszelkie okoliczności. Jeśli ogłoszono stan woje
– I co, nie otrzymamy żadnych danych wyjściowych? – ostrożnie zapytał kapitan.
– Kim pan jest tak w ogóle? – zdziwił się Werner. – Intendentem? Bo to by się zgadzało, że pan tak do magazynów lgnie…
– Jestem szefem wywiadu pułku!!! – ryknął ten zaczerwieniony na twarzy. – Odpowiadać mi tu!!!
– A nasz kapral zaginął?… – bąknął Andrew pokojowym tonem.
– Swołocz ruska! – kapitan walnął w biurko pięścią. – Odpowiadać mi! Będzie łączność czy nie?
– W najbliższych godzinach na pewno nie. Powtarzam, nie jesteśmy teraz potrzebni eskadrze. Przecież nie jesteśmy destroyerem, a jak pan słusznie zauważył, barką. O nas na razie nikt jeszcze nie myśli. Baskin musi najpierw ostrzelać planetę.
– Ale sztab eskadry powinien kontrolować nasze położenie – rzucił oficer, uspokajając się.
– No i kontroluje. „Dekard” leci? Leci. Przyspieszenia brak? Brak. Czyli jak trzeba. Przecież jesteśmy na autopilocie. A trzy godziny to betka! Nawet im do głowy nie przyjdzie, że coś u nas nie gra. Lepiej załóżcie swoje pancerze. Procesor marszowy w każdej chwili może walnąć pełny ciąg.
– Czy mogę odejść? – natychmiast zapytał lekarz.
– Won! – wrzasnął kapitan. – I zorientujcie się, co się dzieje. Proszę też przysłać tu tego kretyna!
– Zamierza pan iść ze mną na SDO czy jak? Nie wykluczam, że mamy bardzo mało czasu – przypomniał Andrew.
– My… – zaczął szef wywiadu, ale nie dokończył.
Kajuta zadygotała po potwornym wstrząsie. Fotel z siedzącym Wernerem wyrwał się z uchwytów i wraz z pasażerem walnął w ścianę.
Kiedy Andy oprzytomniał, pierwszym, co zobaczył przez mgłę, była ponura gęba lekarza.
– Dzień dobry, doktorze – powiedział Werner. – A co pan tu…
– Proszę leżeć i się nie ruszać. Drugi uraz w ciągu jednego dnia…
– A kiedy był pierwszy? – zdziwił się Andrew. – Co się dzieje? Trafili nas?
– Trafili, bez wątpienia. Pana trafili, poruczniku. Na bank.
– Nie pamiętam – westchnął technik. – Wojna czy co? Jakieś cholerstwo…