Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 78

– Krótko mówiąc, rozpędzą nas na cztery wiatry – westchnął Myszkin. – Albo… co tak patrzysz?

– Po prostu nas wybrakują – rzekł Gusiew.

– Udław się! A po chuj Agencja robi zaciągi młodych?

– Bo właśnie oni nami się zajmą! – rąbnął Gusiew i sam się zająknął od ogarniającej go z nagła trwogi. „Cholera! To się nazywa – olśnienie!”.

– Jak cię palnę w kark… – ostrzegł Myszkin.

– Nie trzeba. Na razie nie ma za co.

– Tfu! – Myszkin potrząsnął łapą nad karkiem Gusiewa. – Krótko mówiąc, nigdy już mnie tak nie strasz. Teraz przez tydzień nie zasnę. Ja… jakby ci tu powiedzieć… wpływowy bardzo jestem. Choler-ra! No, dobra. Nie masz dziś konkretnego przydziału?

– Owszem, wolny strzelec! Muszę prowadzonego oswoić z terenem.

– Ale tak z grubsza?

– Po trójkącie wokół firmy. Nowy Arbat, Smoleńska, Arbat… i może zahaczymy o Bulwary.

– Znaczy, jak to się mówi, z buta. No, dobra. Pe… Krótko, godzina zero zero, czekam na ciebie na parkingu obok pomnika Majakowskiego. Ale przyjedź samochodem, dobrze?

– No popatrz… – mruknął Gusiew. – A czemuż to zawdzięczam zaszczyt?

– Potrzebny będziesz – odparł zwięźle Myszkin.

– A co zrobię z prowadzonym?

– Weź go ze sobą. Może być. Zaznajomi się i jednocześnie… He-he…

– Dobra – odparł Gusiew z namysłem w głosie. – Powiedzmy, że jesteśmy umówieni. Chociaż, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się. Myślałem, że ze mną już koniec, żeście mnie zaliczyli do emerytów.

– Nie zapomniano o tobie – stwierdził twardo Myszkin. – No to na razie. Żyj!

– Żyj! – pożegnał Gusiew kolegę starym, prawie zapomnianym zawołaniem brakarzy idących na robotę.

– A, jeszcze jedno! – Myszkin przypomniał coś sobie i się odwrócił. – Wiesz, ci młodsi, wypytywali mnie tutaj, czemu naszą formułę nazywamy „ptaszkiem”. Nic im nie powiedziałem. Po co im wiedzieć… Dobrze?

– Dobrze – stwierdził Gusiew. – Wygląda na to, że naprawdę o niczym nie zapomniałeś.

Myszkin mrugnął porozumiewawczo, machnął ręką i poszedł ku wyjściu, skąd dudniły już głosy jego podkomendnych. Gusiew skręcił do klasy wykładów taktycznych.

Waluszek siedział w kącie założywszy nogę na nogę i przeglądał jakąś broszurę.

– Co ty tam przeżuwasz? – zapytał Gusiew. – Regulamin służby wewnętrznej?

– Nie, skąd… – Waluszek szybko schował broszurę do kieszeni wewnętrznej i wstał. – Pamiątka.

– Daj spokój – uśmiechnął się Gusiew. – Dziś trafi ci się pamiątka… sam zobaczysz. Idziemy, agencie Locha Waluszek. Witam was na pierwszym patrolu.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Trzeba oddać Vladowi Tepesowi sprawiedliwość – w swoim katowskim zapale nie pobłażał nikomu, niezależnie od narodowości czy pozycji społecznej.

– Co, nie mamy samochodu? – zdziwił się Waluszek, kiedy Gusiew, wyszedłszy z bramy wsadził dłonie w kieszenie i kopcąc dymem z cygara ruszył ku placowi Arbatu.

– Pomyśl – rzucił Gusiew przez ramię, nie zatrzymując się.

Waluszek dogonił przewodnika i ruszył obok. Dalszych pytań już nie zadawał – albo postanowił udać mądrzejszego niż jest, albo po prostu bał się narazić, co zresztą samo w sobie świadczyło o śladowej obecności intelektu.

Gusiew skończył palenie, niedbale rzucił niedopałek do kosza, który akurat się napatoczył, chybił i posapując z irytacji podniósł niedopałek, a potem stara

– Tu wszędzie jest blisko – zniżył się łaskawie do wyjaśnień. – A samochodem zaraz się wpakujesz w korek. No nic, pod wieczór trochę sobie pojeździmy.

Na parkingu przy ścianie tunelu, który zagłębiał się pod Nowy Arbat, dwóch śmieciarzy ze swoją „wycieraczką” zaciekle pucowało asfalt, a jakiś ponury i nieogolony typ o sinej gębie grzebał w parkingowym liczniku. Gusiew gwizdnął i został zignorowany. Brakarz przeszedł przez drogę i lekko tknął nieogolonego palcem w bok.

Nieogolony odwrócił się z takim trudem, iż Gusiew gotów byłby przysiąc, że usłyszał zgrzyt stawów. Przy okazji brakarz ujrzał jego oznakę mundurową i wyraz kompletnej obojętności na młodej, obrzękniętej od wódki twarzy.

– Cześć – rzucił Gusiew. – Wszystko w porządku?

– Aaa… – wymamrotał nieogolony. – Nie najgorzej. Jaki, kurwa, porządek… Kicha. Strzelić sobie klina nie można, bo wygonią. A ja wczoraj imieniny miałem. Nieźle się naje… I tak, jak zacząłem, tak skończyłem. A co mam robić, jak nie umiem się powstrzymać? Na całe szczęście nie jestem stuknięty.

– No, no… – rzekł Gusiew z uznaniem. – Ciekawe, co się z tobą wyrabia na urodzinach?

– Na urodziny przychodzi ciotka i trochę mnie hamuje.

– Znaczy, żona też lubi sobie dać w rurę?

– Wpadła moja żona – westchnął nieogolony. – Będzie ze dwa lata. Za narkotyki.

– Hm… współczuję – stwierdził Gusiew bez cienia współczucia w głosie. – To po co się z nią żeniłeś? Wiedziałeś, czym się to skończy.

– Myślałem, że jakoś damy sobie radę.

– Z tym sobie nie poradzisz, to trzeba leczyć. Ale mało komu pomaga. Dobra. Widzę, że nie masz ochoty na to, żeby mi powiedzieć coś ciekawego…

– Od pewnego czasu u nas, cholera, spokojnie. Pełen komunizm, nie ma na kogo donieść.

– Ale mimo wszystko dawaj baczenie.

– Z pewnością, szefie, Jak tylko co, zaraz powiadomię.

– Dowiedzieć się, co z twoją żoną? Może jeszcze wróci?

Nieogolony uśmiechnął się krzywo.

– Nie rozśmieszaj mnie, chłopie – powiedział. – Co to ja, życia nie znam?

– Właśnie, że nie znasz. Różnie bywa.

– Nawet gdyby, to niech ją cholera…

– No, ty wiesz lepiej. To na razie.

– Bywaj.

Obok z cichym warkotem silnika przejechała „wycieraczka”. Jeden ze śmieciarzy operował dźwigniami, drugi szedł z tyłu i oceniał rezultaty. Po przejściu maszyny asfalt zmieniał barwę, jakby go wczoraj położono. Widać było, że śmieciarze nie oszczędzają na środkach czyszczących.

– A wy co się tak staracie? – zapytał Gusiew. – Inspekcja będzie?

– Skądże – odezwał się pieszy. – Po prostu chcemy, żeby było pięknie.

– Niedługo smarknąć na ulicy nie będzie można – mruknął Gusiew do siebie. – Od razu przybiegnie dwóch z łopatami i jeden z wiadrem. Skąd ich biorą, tych maniaków?

– A mnie się to podoba – odezwał się Waluszek.

– Mnie też – przyznał Gusiew. – Tylko się boję, że mnie kiedyś zabiorą za to, że gumę do żucia obok kosza wypluję.

Znów przeszli na drugą stronę ulicy.

– Posłuchaj… – przypomniał sobie nagle Waluszek. – Coś ty mówił o tym, że narkomanów się leczy? Przecież u nas ich nie leczą. A może jednak…

– Doświadczony psychoterapeuta może narkomana wyleczyć. Oczywiście, nie każdego. Kuracja jest zresztą kłopotliwa i długa. Ale w pewnych przypadkach narkomania poddaje się leczeniu. I najważniejsze wcale nie są leki. Z tego, co wiem, szybka detoksykacja zajmuje dziesięć, do dwunastu godzin. Ale zostaje uzależnienie psychiczne. Trzeba ustalić przyczyny, dla których narkoman chce uciec od rzeczywistości. Igłę bierze tylko ten, kto ma do tego skło

– A ten, któremu nie jest potrzebna? – zapytał natychmiast Waluszek.

– Ten jej nie tyka.

– A jak komuś jest potrzebna, ale nie za bardzo? – nie poddawał się Waluszek.

– To go po zdiagnozowaniu zostawiają przy życiu i wysyłają do obozu pracy. Dlatego powiedziałem, że niektórzy w zasadzie mogą wrócić. Obóz – nie katorga, da się przeżyć. Wracają nieszczęsne stworzenia o osowiałych już na zawsze oczach, ale wracają. I niczego już im nie trzeba – narkotyków też. Rozluźnij się, Loszka. Na narkotyki jest tylko jeden pewny środek, który pomaga każdemu – kula w łeb.

Przy kiosku z wyrobami tytoniowymi Gusiew zwolnił i zajrzał w okienko.

– Jak tam sprawy? – zapytał.

– Dzięki waszym staraniom, nieźle – padła odpowiedź.

– Później się nie zjawiali?

Waluszek nie usłyszał odpowiedzi. Gusiew chrząknął z satysfakcją.