Страница 41 из 49
– To uczucie nie opuszcza mnie od chwili przyjazdu – roześmiałam się. – Ale wydaje mi się, że doszliśmy z Lenem do porozumienia. Oj!
– Mówiłam, zamknij oczy!
– Nie uprzedziłaś, że to paskudztwo piecze!
– Nie wiem, czy z nim w ogóle można dojść do porozumienia. Dusza Lena jest jak mogiła – obliczona na jednego. Tak przy okazji, jakim cudem udało ci się wyciągnąć go w Dobrą Noc? On jej nigdy nie świętuje.
– Naprawdę? – poczułam przypływ dumy.
– Tak, ma uczulenie na paproć.
– Mówisz? – W nosie załaskotał mnie śmiech. – Umiejętnie je ukrywał… za kichaniem.
– W jakiś sposób jesteście do siebie podobni. -Jak to?
– Ano, on jest tak samo szalony. Młody jest, co tu od niego wymagać.
– A ile ty masz lat?
– Tyle nie żyją – zbyła mnie żartem Kella. – No to już. Mam nadzieję, że od teraz darujesz sobie nocne wycieczki?
– Wręcz przeciwnie!
Rozdział 20
Następnego ranka, ledwie rudziki zaczęły trele dziękczy
Postawiwszy palec na środku, zgodnie z oczekiwaniami znalazłam pod nim Fonta
– Co to? Czemu sektory różnią się kolorem?
– Pierwszy z nich jest przeznaczony pod pola uprawne, trzeci do hodowli bydła. Pomiędzy nimi znajdują się drugi i czwarty – nieuprawiane łąki i młodniaki na miejscu spalonego podczas wojny lasu – cierpliwie wyjaśnił Len. – Istnieje jeszcze jedna strefa leśna, granica. Zajmuje jakąś jedną trzecią sektora, licząc od brzegu.
– Dobrze, ruszamy dalej. Czyli Dogewa jako taka jest miastem leśnym?
– Nie, są też polany, jeziora i pastwiska dla koni.
– Ale przeważnie las?
– Około dwie trzecie.
– To chciałam wiedzieć. Zostawmy rolnictwo i dziewicze gęstwiny. Jeżeli chciałabym przeciąć miasto główną drogą, to ile mi to zajmie?
– Na piechotę i normalnym tempem? Około półtorej godziny.
– A przez las?
– Nie wiem… Zależy jak iść. Powiedzmy, trzy dni. Otworzyłam dłoń i wysypałam na łóżko garść naskubanych po drodze niedojrzałych wiśni.
– Gdzie miał miejsce pierwszy atak?
Len pomyślał chwilę i położył jedną wisienkę w odległości trzech palców od fonta
– A dalej?
Na oko odszukałam środek chaosu wiśniowego. Największe prawdopodobieństwo napotkania potwora było w południowym sektorze, około tysiąca łokci od fonta
– Ale on może przychodzić skądkolwiek – zaprzeczył Len. – Prędkość, z jaką się porusza, pozwoliłaby mu na dotarcie nawet od zewnętrznej granicy.
– Len, wiesz wszystko o wampirach, ale jeśli chodzi o kudłaki, możesz polegać na mnie. To krwiożerczy drapieżnik. Spójrz na mapę. Załóżmy, że przychodzi od granicy. Załóżmy, że jego nora znajduje się w pobliżu. Dlaczego zabija? Ponieważ jest głodny! Pociągnij linię prostą od dowolnego punktu zewnętrznej granicy do fonta
– A może szuka tej jednej konkretnej?
– Kudłak? Bzdura. Uwierz mi na słowo, wykończy pierwszego, kto mu się trafi, nażre się i zalegnie w norze. On jest tutaj, w Dogewie.
– Niemożliwe – stanowczo powiedział Len. – Znam każdego wampira w okolicy.
– Wniosek jest prosty. To nie jest wampir. To ktoś obcy. Może człowiek.
– Człowiek, a do tego obcy? – Len nieufnie ściągnął brwi. – Tym bardziej niemożliwe. Wystarczy, że człowiek przekroczy granicę, a zanim przejdzie pierwszą wiorstę, zlokalizuje go strażnik. A nawet jeśli nie strażnik – kiedy idziesz ulicą, dowolny wampir sortujący ziemniaki w piwnicy nie tylko cię zauważy i rozpozna, ale i określi, gdzie idziesz i w jakim jesteś humorze.
– Przecież mówiłeś, że nikt oprócz ciebie nie włada telepatią?
– To zupełnie co i
– A co, jeśli ktoś wykryje, na co te wasze zmysły reagują? Czy będzie mógł je oszukać?
– Nie wiem. – Len po raz pierwszy w ciągu tej rozmowy zauważalnie się przejął. – Jak dotąd nikomu się nie udało.
– Jak dotąd kudłaki nie robiły sobie z was obiadu w biały dzień – zauważyłam, zwijając mapę w trąbkę.
– Nie atakują w dzień – odruchowo poprawił Len.
– No to w nocy.
– Jesteś pewna, że go nie zabiłaś?: – Na sto procent.
– Ale widziałem, jak zniknął.
– To nic nie znaczy. Mógł się zrobić niewidzialny.
– Czyli wychodzi, że to kudłak-mag?
– Ano wychodzi – potwierdziłam z roztargnieniem, drapiąc się w czubek głowy.
– Nadal chcesz zostać? – po chwili milczenia zapytał wampir.
– Teraz bardziej niż kiedykolwiek. Len?
– Tak?
– Wiedzieliście o stworze, wiedzieliście, że wychodzi w nocy i zagryza ludzi, ale tym niemniej urządziliście Dobrą Noc, podczas której nawet małe dzieci łaziły po lesie bez opieki. Jak mogliście o tym zapomnieć? Jak mogliście się cieszyć, wiedząc, że gdzieś w mroku czai się drapieżna gadzina gotowa zadać cios?
– Ponieważ jedyną istotą, którą kudłak mógł zaatakować, byłaś ty.
– Ja? Czekaj no, czegoś tu nie rozumiem. Było trzynaście ofiar… Czterech czarodziejów i dziewięciu miejscowych. Załóżmy, że wampiry kudłak zjadał wyłącznie na bezrybiu, czy też bezmagowiu, czarodzieje mu zasmakowali. Ale to nic nie znaczy – polowali na niego, próbowali wywabić, denerwowali zaklęciami, prawdopodobnie w atakach był element samoobrony…
– Wolho, on nie ruszył ani jednego wampira.
– Ale powiedziałeś… Dwie kobiety i dziecko… – pogubiłam się do reszty.
– Wszystkie ofiary były ludźmi.
– Okłamałeś mnie? Ty?!
– Nie. Odpowiedziałem na pytanie tak, jak ty je zadałaś. Tak, byli “nasi". Mieszkali w Dogewie z własnej woli. Obie kobiety miały mężów wampirów, dziecko było półkrwi, syn człowieka i wampirzycy.
– Powinieneś mnie od razu uprzedzić!
– Żebyś pomyślała, że wampiry specjalnie ściągają ludzi do Dogewy i mordują? Jak to tam idzie w waszej mitologii? Przegryzają szyje, wysysają krew, zmieniają w zombi? A, to wam się stwór zalągł? Mieszka w centrum Dogewy i atakuje wyłącznie ludzi? No to jeśli można spytać, gdzie ten stwór niby jest? Proszę o demonstrację! Ojej, on jest nieśmiały? No to my do delikatnych nie należymy, sami wpadniemy z wizytą! Tylko zabierzemy trochę święconej wody, szpadle, a przy okazji pęczek srebrnych strzał. A kołki to można wyciosać na miejscu. W końcu macie tam w Dogewie dosyć osik!
– Len, nie krzycz na mnie – jęknęłam błagalnie. On zamknął oczy i zamarł, oddychając równo i próbując się uspokoić.
– Przepraszam.
– Załatwię go. Obiecuję.
– Ale to obala całą twoją teorię. Jeżeli w menu nie ma wampirów, kudłak mógł się zagnieździć wszędzie.
– Czy w Dogewie są jeszcze jacyś ludzie?
– Dwadzieścia do trzydziestu osób. I z pół setki dzieci z mieszanych małżeństw.