Страница 40 из 49
– Len… Czekaj no! – krzyknęłam za wampirem, który właśnie się podniósł. – A nie sama mogę wychodzić? Co chciałeś przez to powiedzieć? Kto z was dotrzymuje mi towarzystwa podczas nocnych spacerów? Ty sam? Czy twoje białe zwierzątko? A może to Starsi na paluszkach biegają moim śladem aż do tej małej przybudówki na tyłach domu?
– Wolho, nie zaczynaj – ze zmęczeniem westchnął wampir, nie ryzykując patrzenia mi w oczy.
– Co to niby ma być, przypisałeś do mnie stałego ochroniarza? A dziś zaspał?
– Póki jesteś moim gościem, odpowiadam za ciebie – Len zdradził się ze zdenerwowania.
– Ale ty jesteś… – chciałam powiedzieć “drań", ale uświadomiłam sobie, że przeklinanie władcy na oczach licznych poddanych jest w najwyższym stopniu niestosowne. Tak więc ograniczyłam się do wściekłych myśli i biedny Len nie wytrzymał. Głośno wypuścił z siebie powietrze i machnął ręką, co z równym prawdopodobieństwem mogło oznaczać “a leszy z tobą", jak i “potem pogadamy", po czym szybkim krokiem oddalił się w ciemność, ze złością poruszając rozprostowanymi skrzydłami. Ktoś zaproponował, że odprowadzi mnie do domu, ale odmówiłam.
Stworzyłam lśniący pulsar i krok po kroku zbadałam plac, próbując odtworzyć scenę.
Znalazłam dwa łańcuszki śladów, wilgotnych plam rozmiarów talerza – jeden prowadził od fonta
Szary cień z żółtymi oczyma bezdźwięcznie wyłonił się z ciemności i zastygł na odległość wyciągniętej ręki.
– Ażeby cię leszy zabrał - zaklęłam. Wilk prosząco położył uszy, dając się złapać za kark. – Znowu mnie wystraszyłeś. To w takim razie, kochanieńki, posłużysz mi dla dobra nauki!
Gdy wrzuciłam wilka do fonta
Kella napatoczyła się zupełnym przypadkiem, gdy, nie doczekawszy się aż ona się znajdzie, se
Ruszyłyśmy w kierunku mojego tymczasowego miejsca zamieszkania i tam, przy akompaniamencie ochów i achów przestraszonej gospodyni, Kella zmusiła mnie do zdjęcia butów i kurtki i położenia się na łóżku.
– Śliiiczne oparzenie – zawołała z zachwytem, zimnymi palcami obmacując moje opuchnięte i szczypiące powieki. – Po prostu wspaniałe!
Męczeńsko zacisnęłam zęby. Dogewska zielarka należała do tej szczególnej kategorii lekarzy, którzy widzą pacjentów wyłącznie w charakterze chodzących nosicieli fascynujących i wspaniałych chorób.
Zielarka sprawdziła oczy, mruknęła z zadowoleniem i zaczęła grzebać w torbie. Zapachniało ziołami. Ledwo co zdoławszy mrugnąć, uniosłam się na łokciu i złapałam jedną z czarnych zakorkowanych buteleczek, które Kella postawiła na taborecie. Z zajęć laboratoryjnych wiedziałam – im ciemniejsze jest szkło, tym większe paskudztwo ma szansę pływać w środku. Powiedzmy, zdechły pająk albo trupi paznokieć. Nam, praktykom, w zeszłym roku wykładano kurs zielarstwa z podstawami farmakologii, tak więc znałam przepisy na podstawowe mieszanki ziół. Oczywiście bardzo daleko mi było do zielarki, nieprzypadkowo uczono je na osobnym wydziale, kosztem magii bojowej, kładąc nacisk na diagnostykę i leczenie schorzeń.
Kella namoczyła w zielu gazik i po pokoju rozszedł się ostry zapach, od którego zachciało mi się kichać. Nalewka na spirytusie z jakichś traw i chyba zgniłych jabłek.
– Z domieszką zielonej pleśni, prawda?
– Zgadłaś. Połóż się na plecach i zamknij oczy. Co z potworem? – rzeczowo spytała zielarka, jak gdybym nie stoczyła walki na śmierć i życie, a odbyła spacerek na targ po marchewkę.
– Powiedziałabym, że… wyparował. -Co?
– Właśnie. Wypuścił coś niby kłąb pary i zniknął.
– A może to był smok? – delikatnie zasugerowała Kella.
– Widziałaś go chociaż raz?
– Nie. Ale Len – dwa razy.
– Kto kogo nie dogonił?
Kella milczała, zwi
– I tym niemniej z niesamowitym uporem zapraszacie do Dogewy praktykujących magów. Nie liczycie przypadkiem na to, że kudłak zje ich, a was zostawi na potem?
– Nikogośmy nie wołali – ze złością rzuciła Kella. -Gdy tylko zginął Diar, ten mag z Kamieńca, zlecieliście się do trupa jak kruki do padliny. Że niby trzeba wyjaśnić, kto go tak naprawdę… tego. Kręciliście się tutaj, wąchaliście, szukaliście, wypytywaliście, chyba tylko w zęby nikt nie zaglądał. Gdy tylko jeden został zjedzony – przysyłają następnego. I spróbuj go tylko nie wpuścić. Co?! Wampiry coś przed nami ukrywają?! Len jest cierpliwy, ja bym tam z wami nie odstawiała reweransów. Nie obrażaj się, mała, ale od tej waszej “pomocy" są same problemy. Zamknij oczy. Na noc zostawisz kompres na powiekach albo będzie opuchlizna. Posłuchaj mojej rady: wyjedź stąd, póki nie jest za późno. Nie masz co tu robić ani nic nie zdziałasz.
– Len tak nie uważa.
– Ha, ha, ha! – po raz pierwszy Kella okazała rozbawienie. – Len? Cokolwiek uważa Len, uważa to na własny rachunek. I nie należy traktować jego uśmiechu jako pozwolenia na podanie mu palca – zabierze całą rękę! Nasz władca to naprawdę niezły intrygant.
– Dyplomata – poprawiłam.
– Elegancki synonim – skrzywiła się zielarka. – I to go kiedyś zgubi. Len jest sierotą od urodzenia, zanim skończył pięć lat był chorowity i słabiutki, więc się z nim cackaliśmy i go niańczyliśmy, chyba żeśmy mu tylko boskiej czci nie oddawali. W rezultacie teraz on uważa siebie za wielkiego władcę losów… Jak gdyby czekał, aż mu ktoś da pstryczka w nos.
– Nie zaliczasz się do pierwszej dziesiątki wiernych poddanych.
– Trudno to wyjaśnić. – Twarz Kelli przybrała miękki wyraz, ale zmarszczka frustracji pomiędzy brwiami jednak się nie wygładziła. – Czasem mi się wydaje, że on uważa nas wszystkich za niedorozwinięte umysłowo kaleki, których należy żałować i ich bronić, ale niekoniecznie trzeba szanować. A to jest cholernie poniżające! Omawiam z nim jakiś problem i nagle zauważam, że patrzy przeze mnie na wylot – znaczy, już zdecydował o wszystkim sam, bez moich argumentów. Oczywiście, wysłucha, pokiwa głową z mądrą miną, ale zrobi po swojemu. A ty się czujesz jak zupełna idiotka.