Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 49

Rozdział 6

Kryna spała. W progu pozbyłam się butów, na palcach j przekradłam się do pokoju, zamknęłam drzwi i zapaliłam świece. Wychodząc, zostawiłam okno otwarte na oścież i teraz na belce pod sufitem wisiał duży nietoperz – tłusty, włochaty i paskudny, z delikatnym nosem w kształcie liścia i ostrymi zębami. Powitał mnie bardzo nieprzyjaźnie, zaczął wiercić się i ćwierkać, machać skórzastymi skrzydłami.

Pozdrowiłam go uprzejmie i z niecierpliwością zaczęłam oczekiwać, aż zmieni się w człowieka, a raczej wampira. Ale nietoperz się nie spieszył – może się krępował! Znalazł sobie wygodniejszą pozycję, owinął się skrzydłami i nieprzyjaźnie obejrzał mnie od stóp do głów. W jego wzroku było tyle dumy i pogardy, że wybici na monetach królowie nie dorastali mu do pięt.

Dawno już marzyłam o obejrzeniu transformacji pozwalającej wampirom na przyjmowanie postaci nietoperza i powrót do ludzkiej formy. Ciekawiła mnie ona wyłącznie z naukowego punktu widzenia – mogłam, przyjąć, że przy pewnych stratach z wampira można zrobić nietoperza, ale jak zmienić nietoperza w wampira? Chyba zamiana muchy w słonia byłaby łatwiejsza. I co się dzieje z ubraniem? Jeszcze nikt nigdy nie widział nagiego wampira – cnotliwy krwiopijca niezmie

Tymczasem skrzydlaty posłaniec do reszty zapomniał o powierzonej mu misji, ziewnął, pomlaskał i zamknął oczy, godząc się z moją obecnością w pokoju. Zakasłałam delikatnie. On ożywił się, przeszył mnie zabójczym spojrzeniem i niechętnie, jakby z łaski, narobił na podłogę. Poseł raczej nie pozwoliłby sobie na takie zachowanie, złapałam ręcznik, zwinęłam i rzuciłam w delikwenta, który zerwał się z belki i zatrzepotał skrzydłami, miotając się po pokoju w poszukiwaniu wyjścia. Podniosłam ręcznik i zaczęłam groźnie kręcić nim nad głową, spychając nietoperza w kierunku okna, przez które po krótkiej walce opuścił pokój, piskliwie przeklinając moją rodzinę na kilka pokoleń wstecz.

Przymknęłam okno, błyskawicznie zrzuciłam z siebie ubranie i wślizgnęłam się pod kołdrę. W wiejskich chałupach z glinianą polepą pościel w ciągu zaledwie paru godzin robi się wilgotna, a bliżej ranka stęchłe powietrze ciśnie pierś jak płyta nagrobna. Wampiry, mieszkające w takich samych warunkach, znalazły jakiś sposób na walkę z tym cholerstwem. Czyste i świeże prześcieradło kusząco szeleściło pod moim umęczonym ciałem. Pachniało jaśminem. Z drugiej strony – ludzcy wieśniacy trzymają w izbach kury i świnie, po ławkach co rano stepują sobie koźlątka, a tu izby są mniejsze, ale za to wiele czystsze i bardziej przytulne. Brakowało tylko kociego mruczenia pod bokiem. Ale w całej Dogewie chyba nie było kotów.

Jeszcze bardziej spodobał mi się całkowity brak niechcianych sąsiadów, takich jak pchły, myszy, pluskwy i karaluchy. Nic nigdzie nie skrobało, nie piszczało, nie gryzło i nie trzeba było wstawiać nóg łóżka do miednic z wodą. Mimo obcego otoczenia nawał wrażeń i długa droga ukołysały mnie w parę minut.

Już zaczynałam drzemać, gdy jeden z czworonogich mieszkańców Dogewy zdecydował się wynagrodzić mi brak kociego mruczenia i zawył długo i tęsknie, tak że natychmiast pokryłam się gęsią skórką jak cieplarniany ogórek. Pies stara

Myśleli, że śpię i cicho rozmawiali na podwórku pod jabłonią. Blady świt wpełzał mgłą przez okno. Wyobraziłam sobie myszkę. Malutką szarą myszkę, którą zauważyłam wczoraj przy drewutni. Myszka obudziła się. Wylazła z norki i przebierając łapkami przecięła podwórko. Zimne krople rosy błyszczały na źdźbłach trawy jak wilcze łzy. Jasne futerko na brzuszku przemokło i pozlepiało się, myszka stanęła słupka, trzymając w powietrzu różowe łapki i zaczęła nasłuchiwać. Ja słuchałam wraz z nią.

– Len, oni sobie z nas kpią. Ludzie zawsze nas nienawidzili.

– Ale nie magowie.

– Magowie też są ludźmi.

– Nie podnoś głosu. Obudzisz.

– Kogo przysłali na pomoc? Najpierw bakałarza magii teoretycznej. Potrzebowaliśmy praktyka, młodego i silnego, a przyjechał szacowny staruszek w okularach. I co on niby miał zrobić, skoro ta poczwara przed nim zeżarła trzech praktyków i nawet się nie zakrztusiła?

– Sam zdecydował, że zostanie.

– Powi

– Rekomendował ją mój stary przyjaciel.

– Len, jeśli ona zginie, już nie będziesz miał przyjaciół wśród ludzi. Spróbuj najszybciej jak się da odesłać ją do domu. Nie rozumiesz, czy jak? Zniszczą nas. Zetrą Dogewę z powierzchni ziemi.

– Lepiej, żeby zrobił to potwór?

– Jeśli on nie zostawi Dogewy w spokoju, zawsze możemy przenieść się do Arlissu albo Lesku. A ludzie znajdą nas wszędzie. Żadna z dwunastu dolin nie wytrzyma ataku hordy uzbrojonych fanatyków. Nie chodzi nawet o wojnę. Na wojnie bierze się więźniów i oszczędza dzieci. A ludzie nie potrzebują nas nawet w charakterze niewolników. Len, to będzie masowa rzeź. Powstrzymaj ją, póki nie jest za późno.

Len milczał przez dłuższą chwilę. Mysz opadła na cztery łapki i zaczęła węszyć.

– Dobrze. Dziś odjedzie.

– Mam nadzieję.

Odłączyłam się, pozwalając myszce na powrót do norki. Jak zwykle nic dobrego o sobie nie usłyszałam. “Zielone jabłuszko". A może jestem wcześnie dojrzewającą odmianą? A że trochę kwaskowa, to tym lepiej – może potwór zejdzie z powodu kolki w brzuchu. Ale niechby to! Starszym jednak udało się przeciągnąć Lena na swoją stronę. Przynajmniej przekonałam się, że potwór naprawdę istnieje, a wszystkie przypisane mu straszne czyny faktycznie miały miejsce.

Oczywiście pod warunkiem, że nie był to spektakl odegrany specjalnie dla mnie.

Rozdział 7

Znowu zasnęłam, ponieważ pokój zdążył przesiąknąć apetycznym zapachem naleśników, zdolnym podnieść z grobu truposza. Se

W kuchni czekała zarumieniona Kryna, która właśnie kończyła myć dzieżę od ciasta. Chętnie podtrzymawszy rozmowę o dobrej pogodzie i spróbowawszy naleśników ze śmietaną, z trudem podniosłam się z ławy, stłumiłam syte beknięcie, uprzejmie podziękowałam gospodyni i wyszłam na dwór.

Stokrotka, osiodłana i niezadowolona, stała przy ganku przytrzymywana za uzdę przez chudego wyrostka w wieku około trzynastu lat. Zaczął okrężnie. Przyznałam, że spałam doskonale, jadłam jeszcze lepiej i w ogóle bardzo mi się tu u nich podoba. Chłopak obdarzył mnie szczerbatym uśmiechem i obiecał, że przy następnej wizycie też się nie rozczaruję. W tajemnicy zdradziłam mu, że zamierzam pozostać w Dogewie do końca życia i nawet wybrałam miejsce, gdzie mnie pochowają – o, pod tamtą osiką.