Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 49

– Po co przyjechała pani do Dogewy? – nie wytrzymał Starszy.

– W końcu jakieś sensowne pytanie – ucieszyłam się przesadnie. – Już mi się znudziło siedzenie tutaj jak naiwna dzieweczka z prowincji wśród szulerów ze znaczonymi kartami.

“Szulerzy" rozpłynęli się w uśmiechach, krzywych i sztucznych. Gdybyśmy faktycznie grali w karty, złapani za rękę po cichu oddaliby mi pieniądze albo wyciągnęli noże. Dogewscy hazardziści kontynuowali grę, jakby nic się nie stało.

– Ależ nikt nie próbuje się z panią bawić, naprawdę. Po prostu chcemy pomóc, a na pewno pójdzie nam to lepiej, jeśli będziemy wiedzieli, jakiego rodzaju pomoc będzie potrzebna.

– Naprawdę? – Ironicznie podniosłam brew. – A mnie się wydawało, że to właśnie wy potrzebujecie pomocy.

Starsi jeden przez drugiego zaczęli zapewniać mnie, że nie potrzebują mojej bezce

– W takim razie po co zwróciliście się do Konwentu Magów? – przerwałam bez ceregieli. – Jak w takich wypadkach mówi straż miejska, “proszę wskazać element przestępczy albo zapłacić za niepotrzebne wezwanie"!

Złapany na słowie niebieskooki zaciął się i rzucił bezradne spojrzenie na kolegów z Rady. Biedaczek przypominał psa gończego, którego wysłano do jaskini niedźwiedzia i który właśnie odkrył, że niedźwiedź nie śpi. Biedny piesek nie miał pojęcia, co ma robić dalej, a koledzy niepewnie kłębili się dookoła jaskini, oglądając się na myśliwego całkowicie pochłoniętego sałatką. Len jakoś dziwnie się zachowywał, pozwalając Starszym grać pierwsze skrzypce w rozmowie. Intuicja kobieca ma w sobie coś z telepatii i nie pomyliłam się, dochodząc do wniosku, że Starszy czuł się w roli dyplomaty tak samo nieswojo, jak baran w roli pastucha. Wyglądało na to, że przeze mnie Len pożarł się ze Starszymi i teraz z satysfakcją patrzył z boku na doradców tonących w mokradłach kłamstw i niedomówień.

Starszy podjął jeszcze jedną próbę wyjaśnienia beznadziejnie zaplątanej sytuacji.

– Od ostatniego ataku minęły dwa tygodnie, a przedtem monstrum pojawiało się co dwa-trzy dni. Uważamy, że zagrożenie dla mieszkańców Dogewy minęło.

Głupszego argumentu w życiu nie słyszałam. Że co, oni niby zamierzają oddawać cześć temu stworowi? Znałam jedną zapyziałą wioskę, której mieszkańcy co miesiąc składali ofiary buremu smokowi mieszkającemu w sąsiedztwie i podobno mającemu zbawie

– A Len powiedział, że nie minęło – nalegałam.

Poufałe odwołanie się do władcy Dogewy ich dobiło. Zlizałam z dolnej wargi słoną kroplę. O, znalazłam źródło krwawego posmaku. Tak się zdenerwowałam w oczekiwaniu na ugryzienie, że sama się pogryzłam!

Pokonani Starsi próbowali jeszcze nieśmiało bąkać, że niby Len przesadza, co jest charakterystyczne dla młodości (sami wyglądali na jakieś trzydzieści-trzydzieści pięć), a tak naprawdę wszystko jest w porządku i się samo ułoży (“Do grobu" – dodałam złośliwie, lekko już pijana i rozluźniona), czyż nie tak, jaśnie władco?

Len niewyraźnie wzruszył ramionami, przekonując mnie ostatecznie, że coś tu było nie tak.

Z uprzejmości wypiwszy zawartość kielicha i wykończywszy schabowego, pożegnałam się. Nikt mnie nie zatrzymywał – wszyscy mieliśmy o czym myśleć, a jeśli myślenie odchodzi na jeden temat, ale z różnych punktów widzenia, to znacznie lepiej idzie w samotności.

Oczywiście ktoś pomógł mi się podnieść, zostałam odprowadzona do drzwi, obsypana komplementami, otrzymałam życzenia dobrej nocy, dobrego zdrowia i i

Tylko co to była za komedia, którą próbowali przede mną odegrać?

Chyba znalazłam odpowiedź albo przynajmniej coś co wyglądało dość prawdopodobnie.

Bali się mnie bardziej niż monstrum. Bali panicznie oczekując z mojej strony jakiegoś wrednego numeru a ja ich nie rozczarowałam, tylko sama nie wiem, kiedy i jak. Za każdym razem, gdy miałam coś powiedzieli albo o coś zapytać, zamierali jak myszy na widok żmii. Wszyscy, oprócz władcy. Ale jeśli już jestem Starszym tak bardzo niemiła, to czemu nie zwalili rozmowy ze mną na Lena? I niechaj by on mnie częstował, a nie ten upasiony Mordarius, znaczy się Erius. Wtedy nawet wbrew wola musiałby brać bardziej aktywny udział w rozmowie. Ale posadzono mnie w dalekim rogu stołu. Mało prawdopodobne, żeby chcieli mnie poniżyć. Równie mało jak to że dogewska etykieta zabraniała cudzoziemcom siedzenia u szczytu stołu. Dobra, podejdźmy od przeciwnej. strony. Niechaj bym siedziała obok Lena. Komu mogę przeszkodzić? W ogóle, co takiego paskudnego można wykombinować, siedząc obok władcy?

Zabić go.

Czy oni naprawdę uznali, że przyjechałam do Dogewy i jako najemny zabójca? Kto rozkazał uzbroić mnie w osinowy kołek? Co takiego było w liście mistrza? I czemu Len jest dla Dogewy tak ważny? Czemu nazywają władcą jasnowłosego chłopaka, który całymi dniami włóczy się, nie wiadomo gdzie? Z jego słów wynika, że stwór jest prawdziwym biczem na Dogewę, ze słów Starszych – że jest mniej groźny od owieczki. A paskudnym Złym Wilkiem jestem właśnie ja. I jednak wyglądało na to, że Len był po mojej stronie, bo w przeciwnym razie by się wtrącił. Podsumowując, same “by" i “dlaczego", a “ponieważ" pogrążone w mrokach tajemnicy.

Zatopiona w myślach nawet nie zauważyłam, jak dotarłam do swojego domku. Przy ganku drzemał szary pies z naderwanym uchem. Na mój widok podniósł głowę, ale do tego się ograniczył. Gdy tylko przekroczyłam próg i pociągnęłam drzwi, jakiś lekki cień prześlizgnął się pomiędzy drzewami i rozpłynął w nocy. Mogłabym przysiąc, że to mój nieszczęsny przewodnik.

Śledzili mnie.