Страница 21 из 74
7
Sobota, 25 czerwca 2002
Zanim wyszedłem z domu, zadzwoniłem do Andersona, który powiedział mi, że Billy wciąż jest na wolności. Do spotkania z Julią miałem jeszcze dwie godziny, toteż postanowiłem pójść do Mass General i złożyć trzecią wizytę Lilly Cu
Myślałem, że zastanę ją w lepszym stanie, tymczasem wyglądała dużo gorzej. Była blada i nieregularnie oddychała. Wodziła za mną wzrokiem, mrużąc oczy, żeby mnie ostrzej widzieć.
Przysunąłem sobie krzesło do łóżka i usiadłem. Umieszczony przy oknie stojak do kroplówek wzbogacił się o nowe kosze. Wężykiem wprowadzonym do żyły podobojczykowej sączyła się zawartość aż pięciu butelek i plastikowych torebek. Spojrzałem na nogę Lilly, wciąż wiszącą na wyciągu, i zauważyłem, że z rany sterczy kolejny dren.
– Doszło do serca – szepnęła.
Domyśliłem się, że chodzi jej o to, iż zakażenie dotarło do serca, przypuszczalnie do worka osierdziowego lub zastawek. Ale zrozumiałem jej słowa także w i
Zauważyłem, że podczas moich poprzednich wizyt Lilly nigdy nie miała gości. Od pacjentów z zespołem Münchhausena często w końcu odwracają się wszyscy bliscy: rodzina i przyjaciele zwykle nie kryją oburzenia, gdy się dowiadują, że troszczyli się o kogoś, kto sam wywołał u siebie chorobę. Ogarnął mnie smutek – a nawet wstyd. Świadomość, że Lilly cierpi i nie ma przy sobie nikogo bliskiego, spowodowała, że tym bardziej chciałem jej pomóc.
To ona powi
– Lilly, ostatnio powiedziałaś mi, że boisz się samotności. Jak myślisz, skąd bierze się u ciebie ten strach?
Odchrząknęła.
– Pewnie to się wiąże z utratą ojca – odparła. Zamknęła oczy i powoli je otworzyła. – Nigdy się z tym nie pogodziłam. Odkąd skończyłam sześć lat, bez przerwy o nim myślę.
– Masz teraz kogoś, kogo kochasz?
– Oczywiście. Męża. Mamę i dziadków. I kilku dobrych przyjaciół.
Nachyliłem się nad nią. Postawiłem na to, że strach Lilly przed samotnością można przekształcić w jeszcze silniejszy – przed śmiercią.
– Lilly, to bardzo ważny moment – powiedziałem cicho. – Infekcja pokonuje mechanizmy obro
Spojrzała przed siebie i potrząsnęła głową. Upłynęło kilkanaście sekund. Siedziałem nieruchomo. Minęła prawie minuta. Byłem gotowy jeszcze raz zaryzykować i powiedzieć Lilly, że wiem, iż sama wstrzyknęła sobie zarazki. Ale raptem odwróciła się do mnie. Oczy miała pełne łez.
– Ja to zrobiłam – szepnęła.
– Co? – zapytałem.
– Wzięłam strzykawkę… Sama zakaziłam sobie nogę. Kiwnąłem głową.
– Rozumiem.
Rozpłakała się.
– Rozumiem cię – powtórzyłem. Poczekałem, aż wytrze oczy. – Możesz mi powiedzieć, dlaczego to zrobiłaś?
– Nie wiem. Tak mi wstyd.
Wie. Zapytaj, dlaczego się wstydzi - odezwał się mój wewnętrzny głos.
– Co się z tobą dzieje, gdy czujesz, że musisz sobie wstrzyknąć zarazki? Czy prześladują cię jakieś wspomnienia?
Tym razem nie wahała się ani chwili.
– Robię to, gdy czuję do siebie wstręt. Gdy chcę się ukarać.
– Dlaczego czujesz do siebie wstręt?
– Nie wiem – odparła niemal niedosłyszalnie.
– Nikomu nie powiem – obiecałem.
Spojrzała mi prosto w oczy, najwyraźniej zastanawiając się, czy naprawdę może mi zaufać.
– Mam okropne myśli – wydusiła w końcu. – Plugawe myśli.
– Opowiedz mi o nich.
Zamknęła oczy i nic nie powiedziała.
– Lilly, musisz to z siebie wyrzucić. Nie możesz dłużej blokować swojego układu odpornościowego. Jest ci potrzebny, byś mogła pozostać z ludźmi, na których ci zależy.
– Myślę… – zaczęła i urwała.
– Oni także nie chcą cię stracić. Nie chcą się z tobą rozstawać.
– Myślę o dziadku.
– Co o nim myślisz? Jakie dokładnie są to myśli?
– Wyobrażam sobie… że ja i on… – Zamknęła oczy i potrząsnęła głową. – Że ja i on dotykamy się.
– Czy kiedykolwiek miałaś tego rodzaju kontakt fizyczny z dziadkiem?
– Nigdy. – Otworzyła oczy i wlepiła wzrok w sufit. – I to jest w tym wszystkim najdziwniejsze. – Spojrzała na mnie. – Jestem pewna, że on nigdy niczego takiego nie zrobił. – Na jej twarzy malowało się zmieszanie. – Czuję się okropnie, gdy mam takie myśli.
– I to one sprawiają, że chcesz sobie wstrzyknąć zarazki, czy tak?
– Teraz też bym to zrobiła, gdybym mogła. Od razu bym się lepiej poczuła.
– Ukarałabyś siebie – stwierdziłem.
– Tak. Te wstrętne myśli by się skończyły.
A więc tak wyglądał ów zarazek, który atakował serce Lilly. Przybrał postać bakterii, ale zrodził się w psychice dziewczyny. Jej poczucie winy – i zakażenie – wzięło się z pociągu seksualnego, jaki odczuwała do mężczyzny, który zaopiekował się nią po śmierci ojca. Pytanie tylko, co podtrzymywało to pożądanie. Czy padła ofiarą molestowania, którego wspomnienie później wyparła? A może istniało i
– Musisz chcieć poczuć ten ból, nie uśmierzaj go za pomocą strzykawki. Jeśli się na to odważysz, zaczniesz się uwalniać od napięć psychicznych. Infekcja straci szansę na zwycięstwo nad twoim organizmem, nie obroni się przed twoim układem odpornościowym.
– Spróbuję. Naprawdę obiecuję.
– To dobrze.
– Pomożesz mi?
– Przecież powiedziałem, że pomogę ci przez to przebrnąć. Mówiłem serio.
Zjawiłem się w Bomboi na spotkanie z Julią Bishop dwadzieścia minut przed czasem. W restauracji było niespodziewanie dużo ludzi jak na porę lunchu, ale ponieważ należałem do stałych bywalców, K. C. Hidalgo, jeden z właścicieli lokalu, zaproponował mi miejsce tam gdzie zwykle, czyli przy oknie. Powiedziałem mu jednak, że dziś wolałbym stolik w głębi sali, a na osobę, z którą się umówiłem, poczekam przy barze.
Przyjrzał mi się z troską w oczach.
– Przy barze? To coś nowego.
Tyle razy jadłem tu obiad sam, że w dwuminutowych odcinkach zdążyłem opowiedzieć K. Cemu całe swoje życie. Hidalgo był szczupłym Salwadorczykiem pod czterdziestkę, miał rzeźbione rysy twarzy i uśmiech, który zapewniłby jego restauracji klientelę, nawet gdyby podawano w niej przeciętne jedzenie. Lecz Bomboa szczyciła się najlepszą kuchnią w Bostonie i K. C. dorobił się majątku. Przygładził teraz ręką czarne włosy i powiedział:
– Myślałem, że bar to dla ciebie teren zakazany. Mam powiedzieć: „Lekarzu, lecz się sam”?
– Wypiję to co zwykle – odparłem. – Kawę.
– A zatem czuj się jak u siebie w domu. – Podprowadził mnie do baru i skinął na barmana. – Kawa dla doktora – zadysponował.
– Dzięki za troskę.
– Ktoś i
Bar miał około dwudziestu pięciu stóp długości i był zastawiony wszelkimi możliwymi trunkami. W lustrze widziałem swoje odbicie obramowane butelkami dżinu, szkockiej i wódki. Nie podobał mi się ten widok. Mimo to, gdy barman podawał mi kawę, poprosiłem go po cichu o kieliszek sambuki.
Nie doczekałem się jednak. Barman najpierw zniknął w kuchni na kilka minut, a gdy wrócił, zaczął czyścić zlew. Zastanawiałem się, czy mnie w ogóle usłyszał. Nie chciałem jednak przywoływać go otwarcie, toteż siedziałem cicho.
Dopijałem kawę, kiedy zobaczyłem w lustrze Julię Bishop. Serce zaczęło mi walić jak uczniakowi. Była w cienkim kaszmirowym swetrze opadającym z jednego ramienia i obcisłych czarnych biodrówkach z lekko rozszerzanymi nogawkami. Czarne sandały na trzycalowych obcasach sprawiały, że wydawała się wyższa niż wtedy, gdy widziałem ją poprzednio. Wyglądała, jakby zeszła wprost z okładki „Vogue’a”. Rozejrzałem się po sali i zauważyłem, że wszyscy się za nią oglądają, łącznie z K. C.
Podeszła do mnie.
– Dziękuję, że zgodził się pan ze mną zobaczyć.
– Nie ma sprawy i proszę, mów mi po imieniu – odparłem. Znów, jak podczas naszego pierwszego spotkania, doświadczyłem wpływu tej lazurowej mgiełki. W ogóle obecność Julii była tak absorbująca, że czułem się, jakbym stracił kontakt z własnym ciałem, a moje słowa docierały do mnie jak echo.
– Nie wiem, czy przespałam dziesięć godzin od śmierci Brooke… A teraz to zniknięcie Billy’ego. – Zacisnęła usta, jakby się powstrzymywała od płaczu.
Zapach jej perfum zakręcił mi w głowie bardziej niż sambuka.
– Usiądźmy przy stoliku i porozmawiajmy.
Julia zamówiła tylko gazowaną wodę mineralną. Powiedziała, że nie ma apetytu, co było zrozumiałe w jej sytuacji. Mimo to zaniepokoiłem się, gdyż brak apetytu i bezse
– Gdy zjawiłeś się u nas w domu, nie mogłam swobodnie rozmawiać – zaczęła – a powi
– Będę ci wdzięczny za wszelkie informacje.
– Zapewne mój mąż opowiedział ci, co Billy przeżył w Rosji.
Nie podobało mi się to, jak wymówiła słowa „mój mąż”.
– Owszem. Wspomniał w rozmowie ze mną i kapitanem Andersonem, że Billy był świadkiem morderstwa swoich rodziców, a potem dostał w kość w sierocińcu.
Miałem wrażenie, że trudno jej mówić o tym, z czym tu przyszła.
– Wątpię jednak, by powiedział, ile Billy wycierpiał już po przybyciu do Stanów.
– O tym nie napomknął.
Z wysiłkiem przełknęła ślinę.
– Darwin jest i
Postanowiłem nie mówić Julii, że wiem o ranach na plecach Billy’ego. Chciałem usłyszeć z jej ust, czy uważa, że Bishop jest zdolny do rękoczynów.
– Okrutny? W jakim sensie?