Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 17 из 74

– Zakochałem się w Amerykance. Nie chciałem się znowu żenić. – Wzruszył ramionami – Wyjechałem, kiedy Dorota miała dziewięć lat. – Nagle zjechał do krawężnika i oznajmił: – River House.

Otworzyłem drzwi, ale nie wysiadłem.

– Dziewięć łat – powtórzyłem.

Zmarszczył brwi.

– Niech pan idzie. Załatwi, co ma pan załatwić. Ja poczekam.

Wzdłuż chodnika stał sznur czarnych limuzyn z szoferami.

Wysiadłem i spojrzałem na River House. Ogromną, otwartą teraz bramę z kutego żelaza osadzono na wapie

Miejsce to emanowało bezczasowością, bezpieczeństwem i elitarnym spokojem.

Zadarłem głowę, by przypatrzeć się budynkowi, który zajmował cały kwartał. Miał piętnaście pięter, z których trzy pierwsze wzniesiono z wapienia, a pozostałe z cegły. Mur miejscami porastał bluszczem. Narożny penthouse, który Darwin Bishop nazywał swoim domem, zajmował dwie kondygnacje. Wyróżniał się ciągiem kolumn wysokich na dwa piętra i ogromnym tarasem, który miał bez mała sto metrów kwadratowych.

Zszedłem nad brzeg East River i spojrzałem na panoramę rozciągającą się pomiędzy Queensboro Bridge po lewej stronie a Williamsburg Bridge po prawej. Miałem przed sobą sły

Miałem to, po co tu przyszedłem: namiastkę uczucia wielkości, którego Darwin Bishop musiał doznać, gdy kupił tu mieszkanie. Obejmował w posiadanie nieruchomość znajdującą się w centrum cywilizowanego świata – bezpieczną przystań oddaloną o niecałą milę od hotelu Waldorf-Astoria, katedry św. Patryka, Radio City Music Hall i Central Parku. Tu nikt nie mógł powiązać go z facetem z Brooklynu figurującym w kartotece policyjnej. Ruszyłem z powrotem do taksówki.

– Już? – zdziwił się Puzick. – Tak szybko się pan uwinął?

– Sprężyłem się.

– Tam podobno kiedyś mieszkała Garbo – poinformował mnie, pokazując na budynek stojący po przeciwnej stronie River House.

– Garbo? – powtórzyłem. – Naprawdę?

– Tak mówią. – Ruszył z powrotem w stronę Pierwszej Alei, zmierzając do Trasy Roosevelta, by nią pokonać resztę drogi do centrum. Dwa razy spojrzał na mnie we wstecznym lusterku, ale nic nie powiedział.

– Odwiedza pan córkę w Polsce? – zachęciłem go.

– Co roku, przysięgam na Boga. Ale widocznie za rzadko… – Głos mu zamarł.

Wiedziałem, czego Alex Puzick poszukuje. Przebaczenia. Spojrzałem na plastikowego Jezusa przyklejonego do deski rozdzielczej.

– To, że pan odszedł od żony, nie wywołało choroby córki.

Nie odwrócił się, nawet nie spojrzał w lusterko.

– Tak pan sądzi? – powiedział to tak, jakby się modlił, żeby to była prawda.

– Widzę, że się pan tym zadręcza. Martwi się pan o córkę.

Westchnął.

– Powinienem był z nimi zostać – mruknął bardziej do siebie niż do mnie.

Może tak, a może pogorszyłoby to tylko sprawę. Mogłem jedynie być pewien tego, że człowiek, którego znałem zaledwie od piętnastu minut, cierpiał tak bardzo, że udzielał mi się jego ból.

– Opuścił pan żonę i córkę, bo się pan zakochał. To znaczy, że działał pan z porywu serca. Zachował się pan uczciwie wobec siebie. Nie wiem, co sprawiło, że Dorota utraciła władzę nad swoimi emocjami, ale na pewno nie to.

– Mówi to pan z taką pewnością…

– Wykonuję tę pracę od bardzo dawna. – Nachyliłem się do niego. – Wiem, co mówię.

Wyraźnie się odprężył.

– Zobaczę się z nimi w następnym miesiącu. Za pięć tygodni.

Opadłem z powrotem na siedzenie.

– W porządku.

Żaden z nas już się nie odezwał, póki nie zatrzymaliśmy się na Beaver przed numerem 25. Wysiadłem z taksówki i podszedłem do okna z przodu, żeby zapłacić Puzickowi.

– Na koszt firmy – oświadczył.

Taksometr wybił jedenaście dolarów i trzydzieści centów. W ręku trzymałem dwudziestkę.

– Nie musi pan tego robić.

– Nie muszę. Pan też nie musiał. Jesteśmy kwita.

Pojechałem windą na siódme piętro do Archiwum Akt Sądowych, gdzie dwóch urzędników usiłowało się uporać z kilkunastoosobową kolejką. Musiałem czekać niemal godzinę, nim przyszła moja kolej. Kiedy stanąłem przy ladzie, bardzo młoda Azjatka z poważnym wyrazem twarzy i wielkimi okrągłymi srebrnymi kolczykami w uszach poinformowała mnie, że za sprawdzenie w bazie danych kryminalnej przeszłości Darwina Bishopa muszę zapłacić szesnaście dolarów. Wydruk będzie zawierał numer sprawy i postanowienie, jakie zapadło w każdej ze spraw, które wytoczono Bishopowi od połowy lat siedemdziesiątych. Nie miałem nic przeciwko płaceniu, ale mina mi zrzedła, gdy urzędniczka poinformowała mnie, że po wydruk mam przyjść następnego dnia.

– Współpracuję z policją nad pewną sprawą – oświadczyłem. – Te dane są mi potrzebne na dzisiaj. Naprawdę.

– Jest pan policjantem? – zapytała z niedowierzaniem.

– Psychiatrą – odparłem. – Ale pracuję dla policji nad sprawą dotyczącą rodziny Darwina Bishopa.

– Psychiatrą. Nie może być. – Niemal się uśmiechnęła. – Nie wygląda pan na psychiatrę.

– Już mi to mówiono – odparłem zgodnie. – Wiele razy. – Wyciągnąłem portfel i pokazałem swoją licencję lekarską.

– Tu jest napisane Massachusetts – oświadczyła, wskazując na dokument.

– Bo tam mam gabinet, ale biorę też sprawy z i

Tę jedną sprawę – upomniał mnie mój głos wewnętrzny. – Ta jedna sprawa i na tym koniec.

W duchu przyznałem mu rację. Psychiatria sądowa kosztowała mnie niemal utratę zmysłów. Nie chciałem już więcej ryzykować.

Urzędniczka spojrzała na mnie, jakby chciała sprawdzić, czy jestem z nią szczery, po czym potrząsnęła głową.

– Jeśli pan kłamie, to jest pan bardzo dobrym kłamcą. – Odwróciła się i zniknęła za przepierzeniem. Dziesięć minut później wróciła z wydrukiem komputerowym. Złożyła go i wsunęła do koperty. Podała mi ją, ale zanim zdążyłem ją od niej odebrać, cofnęła rękę.

– Robimy to niezwykle rzadko – oznajmiła. – Niezależnie od tego, kto nas prosi.

– Doceniam pani uprzejmość.

Oddała mi kopertę.

Wyszedłem z biura, usiadłem na pobliskiej ławce, wyciągnąłem wydruk i zacząłem czytać.

Wyciąg z archiwum sądowego wg stanu na 24/06/2002

Strona 1/1

Nazwisko, imię: Bishop, Darwin G. Data ur.: 11/05/1948

Miejsce ur.: Brooklyn Nr akt: 507950C0

Płeć: M Nr ub. społ: 013-42-1057 Matka: Norma Erickson Ojciec: Thomas

Miejsce zamieszkania: Park Avenue 240

Przynależność etniczna: Biały

I

Data: 22/05/95 Manhattan Nr sprawy: 6656 CR952387

Wydział Kryminalny

Przestępstwo: Spowodowanie zagrożenia życia i bezpieczeństwa

Decyzja sądu: Oskarżenie oddalone

Data: 22/05/95 Manhattan Nr sprawy: 6656 CR952388

Wydział Kryminalny

Przestępstwo: Prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu

Decyzja sądu: Oskarżenie oddalone

Data: 06/09/81 Manhattan Nr sprawy: 7513 CR811116

Wydział Kryminalny

Przestępstwo: Przemoc w rodzinie

Decyzja sądu: Skazany (zwolniony warunkowo)

Data: 23/07/80 Manhattan Nr sprawy: 4912 CR800034

Wydział Kryminalny

Przestępstwo: Złamanie zakazu zbliżania się do żony (Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie)

Decyzja sądu: Skazany (zwolniony warunkowo)

To, co przeczytałem, nie nastroiło mnie optymistycznie. Sprawa z 1981 roku najprawdopodobniej dotyczyła pobicia przez Bishopa pierwszej żony, Lauren. Co nastąpiło po i

Mimo poważania, jakim się cieszył na Manhattanie i w Nantucket, Bishop zaczynał mi wyglądać na zwykłego alkoholika i gościa maltretującego rodzinę – kombinacja, którą aż za dobrze poznałem na własnej skórze. Myśl, że bił Billy’ego lub zamordował małą Brooke, stawała się coraz mniej nieprawdopodobna.

Zadzwoniłem z holu na komórkę Andersona. Odezwał się natychmiast.

– Właśnie przejrzałem w archiwum sądowym Nowego Jorku wyciąg z akt Bishopa.

– Jaki wyciąg?

– Znalazłem artykuł, którego autor wspomina, że na początku lat osiemdziesiątych Bishop miał sprawę o pobicie. Poprosiłem więc o wszystkie dane dotyczące jego karalności.

– I co?

– Niedobrze. W 1981 roku został skazany za znęcanie się nad żoną. Rok wcześniej naruszył zakaz sądowy zbliżania się do niej. Do tego w połowie lat dziewięćdziesiątych oskarżono go o niebezpieczną jazdę i prowadzenie po pijanemu. Z pomocą F. Lee Baileya załatwił sobie oddalenie zarzutów.

– To stawia Bishopa w zupełnie nowym świetle – zauważył Anderson. – A co z Billym? Wyciągnąłeś coś od niego?

– Twierdzi, że jest niewi

– A co ty o tym myślisz?

– Nie wiem. Billy utrzymuje, że był bity przez ojca. Potwierdzają to rany, w których ma całe plecy. Poza tym uważa, że to Bishop zabił dziewczynkę. Podsunął nawet motyw. Według niego Bishop nigdy nie chciał bliźniaczek. Namawiał Julię do aborcji. Kłócili się o to całymi nocami. Ale ona nie ustąpiła.

– A Bishop przywykł do tego, że zawsze stawia na swoim.

– Właśnie. – Wziąłem głęboki oddech. – Nie zapominajmy jednak, że Billy nie jest świętoszkiem. Jest socjopatą niezależnie od tego, czy zamordował Brooke, czy nie. Może kłamać, oskarżając ojca o niechęć do dziewczynek. A rany, które mi pokazał, mógł zadać sobie sam.

– Sprawa się coraz bardziej komplikuje. Jest jeszcze jedno.

– Co takiego?

– Mój przyjaciel Sal Ferraro, prywatny detektyw z Brooklynu, powęszył trochę dla mnie. Okazało się, że praca Claire Buckley wykracza poza tradycyjnie rozumiane obowiązki niani. Tylko w tym roku jeździła z Darwinem Bishopem do San Francisco, Chicago, Palm Beach, Londynu i Buenos Aires. Żaden i

– Może być asystentką albo kimś w tym rodzaju – podsunąłem, sam w to nie wierząc.

– Zdaniem Sala, w każdym hotelu mieli zarezerwowany tylko jeden pokój. Jak na dwa posiłki, obsługa hotelowa wystawiła im nazbyt długie rachunki. Wina i szampana też zamawiali od cholery.

– Mężczyzna ma swoje potrzeby.