Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 74

Zastanawiałem się, dlaczego Julia Bishop zrobiła na mnie takie ogromne wrażenie. Prawda, była niesamowicie piękna, ale czułem, że to nie jedyny powód, że nie jest to nawet połowa powodu. Powróciłem myślami do naszej rozmowy przed domem Bishopa i uzmysłowiłem sobie, że w ciągu tych kilku minut nabrałem przekonania, iż mam do czynienia z cierpiącą kobietą, która potrzebuje mojej pomocy. A dla mnie kobieta pogrążona w rozpaczy jest najlepszym bodźcem do działania.

Pomyślałem o swojej matce, kobiecie uległej i słabej, która miała niemiły zwyczaj zamykania się w łazience, gdy ojciec w pijackim szale szukał kogoś, kogo mógłby skrzywdzić, żeby zagłuszyć własny ból. Ponieważ oprócz matki byłem jedyną osobą w naszym mieszkaniu na ostatnim piętrze obskurnej kamienicy w Ly

Potrząsnąłem głową i skupiłem uwagę na monitorze komputera i zdjęciu prowadzonego w kajdankach Bishopa. Chciałem znaleźć coś na temat dalszego ciągu tamtej sprawy. Zauważyłem odsyłacz zatytułowany Bishop staje przed sądem, kuknąłem i przekonałem się, ile w sądzie mogą zdziałać pieniądze – lub zakulisowe machinacje. Była to krótka notatka z „New York Post” zamieszczona w dziale miejskim jako druga od końca, sześć miesięcy po aresztowaniu Bishopa. Można było w niej przeczytać, że zarzuty przeciwko niemu zostały oddalone. Sędzia nie skazał go ani na jeden dzień więzienia, nawet w zawieszeniu.

BISHOP STAJE PRZED SĄDEM

Sąd na Manhattanie oddalił oskarżenia przeciwko Darwinowi Bishopowi, lat 45, zamieszkałemu przy Wschodniej 49 Ulicy pod numerem 32, o prowadzenie samochodu po pijanemu, niebezpieczną jazdę i stawianie oporu władzy, kwestionując ważność badania trzeźwości przeprowadzonego na miejscu zdarzenia, brak wiarygodnych naocznych świadków i niemożność uzyskania zeznań policjantów. Obrońca oskarżonego, F. Lee Bailey, stwierdził: „Nikt się nie zgłosił na świadka, bo wszyscy widzieli, że mój klient uczestniczył w zwykłym wypadku. Potem sprawy wymknęły się spod kontroli tylko i wyłącznie wskutek przesadnej reakcji sił policyjnych”. Bailey powiedział, że nie zadecydował jeszcze, czy wystąpi z oskarżeniem przeciwko miastu lub funkcjonariuszom policji uczestniczącym w tym zdarzeniu.

Próbowałem wyszukać jakieś informacje o pobiciu, za które Bishop został skazany w 1981 roku, ale niczego nie znalazłem.

Spojrzałem na zegarek: dochodziła pierwsza. Nie zostało mi wiele czasu na sen. Wyłączyłem komputer i powlokłem się do łóżka. Jednak mimo zmęczenia nie mogłem zatrzymać gonitwy myśli. Narastały we mnie podejrzenia, że Bishop chce się mną posłużyć. Nie wiedziałem tylko jak, a właściwie dlaczego. Przyznaję, że stawanie w obronie kobiet napawa mnie pewną dumą, ale to nic w porównaniu z energią, jakiej nabieram, gdy jakiś facet próbuje mnie wykorzystać, zmusić do czegoś lub zrobić ze mnie głupka. Może ten przypływ determinacji jest związany z adrenaliną, której poziom rósł mi we krwi, ilekroć ojciec z jakiegoś wydumanego powodu zabierał się do bicia. Może to, że nie umiem się trzymać z dala od kłopotów czy ustępować przed przemocą, jest czymś irracjonalnym – u podstaw czego leży wstyd chłopca, który zachowywał się ulegle wobec brutalnego ojca. Ale nawet doktorowi Jamesowi nie udało się rozsupłać tego węzła w mojej poplątanej psychice.

Poniedziałek, 24 czerwca 2002

Samolot wylądował na LaGuardii spóźniony jedynie o godzinę i dwadzieścia minut, toteż już przed dziesiątą pojawiłem się w Payne Whitney, nijakim budynku na rogu 68 Ulicy i York należącym do Centrum Medycznego Uniwersytetu Cornelia – Nowojorskiego Szpitala Prezbiteriańskiego. Billy Bishop przebywał na trzecim piętrze na oddziale zamkniętym przeznaczonym dla dzieci i nastolatków. Pojechałem windą na górę i ruszyłem długim białym korytarzem, kierując się strzałkami, aż dotarłem do stalowych drzwi z napisem „3 East”. Nacisnąłem dzwonek. Przez szybę pancerną w drzwiach zobaczyłem grupkę chłopców i dziewczynek w różnym wieku, wśród których uwijali się członkowie personelu.

– Słucham – dobiegł z głośnika obok drzwi kobiecy głos.

– Jestem doktor Clevenger – przedstawiłem się. – Przyjechałem się zobaczyć z Billym Bishopem.

– Oczekiwaliśmy pana o dziesiątej trzydzieści.

– Przyjechałem wcześniej.

– Czy mógłby pan pójść coś przegryźć w bufecie?

Na oddziałach psychiatrycznych lubią mieć wszystko pod ścisłą kontrolą. Pacjentom z zaburzeniami psychicznymi odpowiada taki rygor. Problem polega na tym, że personel uzależnia się od niego i nie chce od niego odstąpić ani na milimetr – z żadnego powodu ani dla nikogo.

– Nie – oświadczyłem twardo. – Już jadłem.

– Naprzeciwko jest miła kawiarnia.

– Wolałbym wcześniej przeprowadzić wywiad.

– Zobaczę, czy to będzie możliwe – odezwał się chłodno żeński cerber. – Proszę poczekać.

Minęło pięć minut, zanim korpulentna rozmamłana kobieta mniej więcej w moim wieku, z okularami do czytania na nosie, ubrana w workowatą hinduską sukienkę, podeszła do drzwi, otworzyła je i wpuściła mnie do środka. Włosy miała szare i nie uczesane. Nosiła kilka sznurów pereł.

– Nazywam się Laura Mossberg – przedstawiła się z wyraźnym nowojorskim akcentem. – Jestem psychiatrą, opiekuję się Billym.

Potrząsnąłem wyciągniętą ręką.

– Frank Clevenger.

– Przepraszam, że siostra oddziałowa kazała panu czekać.

– Nic nie szkodzi. Przyjechałem czterdzieści minut za wcześnie. Wiem, że na oddziale psychiatrycznym coś takiego wywraca do góry nogami cały porządek dnia.

Kobieta roześmiała się.

– Przejdźmy do mojego biura. Porozmawiamy chwilę, a potem zawołam Billy’ego.

Idąc korytarzem, mijaliśmy pacjentów w wieku od czterech lat aż po wyglądających na siedemnaście lub osiemnaście. Wszystkie dzieci sprawiały wrażenie zupełnie normalnych. Biegały, grały w gry planszowe lub oglądały telewizję w holu. Lecz na podstawie doświadczenia, którego nabyłem, pracując z dziećmi i nastolatkami w New England Medical Center w Bostonie, wiedziałem, że na oddziały zamknięte trafiają najcięższe przypadki – pacjenci, którzy mogą popełnić zabójstwo lub samobójstwo. Pozostałych firmy ubezpieczeniowe hurtem kwalifikują do leczenia ambulatoryjnego. Pacjenci przebywający na tym oddziale byli na lekach psychotropowych. Każdy z nich mógł bez ostrzeżenia wpaść we wściekłość lub dostać halucynacji. W ich umysłach panował kompletny chaos, czy to z powodu traumatycznych przeżyć, maltretowania, czy uzależnienia od narkotyków lub alkoholu. Być może dzieci te nigdy nie będą mogły normalnie żyć niezależnie od tego, jak dużą pomoc otrzymają. Dzieci są mniej odporne, niż sądzą dorośli.

Pomyślałem o morderstwie, którego Billy był świadkiem w Rosji, i jego niewątpliwych traumatycznych przeżyciach z sierocińca. Nie ma się co dziwić, że chłopiec, którego świat legł w gruzach, ma skło

Weszliśmy do gabinetu doktor Mossberg: pomieszczenia osiem na dziesięć stóp zastawionego stosami książek i czasopism medycznych.

– Proszę – powiedziała, wskazując na krzesło obok biurka.

Podszedłem do niego, uważając, żeby się nie potknąć o któryś ze stosów. Zdjąłem z siedziska dwutomowe wydanie poezji Te

– Interesujący obraz – zauważyłem.

– Niebieski Pies? Pomaga mi skłonić dzieci do rozmowy. Czasem mówią mu rzeczy, których mnie nie powiedziałyby za żadne skarby, a ja tylko podsłuchuję.

– Wygląda, jakby nasłuchał się wielu opowieści.

– To przez te duże uszy – zażartowała Mossberg i uśmiechnęła się.

Dobrze się czułem w pokoju doktor Mossberg i w jej towarzystwie. Umiejętność wzbudzania takich uczuć jest niezwykle ważna dla psychiatrów, ale bardzo u nich rzadka. Tylko jeden na pięćdziesięciu ma ten dar.

– Widzę, że lubi pani perły – powiedziałem, wskazując na jej naszyjniki.

– Podoba mi się nauka, jaka z nich płynie – odparła. Sięgnęła do szyi i przez chwilę obracała jedną z pereł między palcami. – Ziarenko piasku potrafi być dokuczliwe, lecz małż przemienia je w coś przepięknego. Bez ziarenka piasku małż nie zademonstruje pełni swoich możliwości. Tak samo jest z ludźmi.

– Zgadzam się. Wyczuwam w pani bratnią duszę.

Uśmiechnęła się.

– Możliwe. Znam pańskie prace. Miał pan do czynienia z fascynującymi przypadkami.

Od czasu do czasu trafiam na kogoś, kto przeczytał o mnie w „A

– Kilka lat temu zrezygnowałem ze spraw kryminalnych. Normalnie nie zająłbym się takim przypadkiem jak Billy. Zgodziłem się przeprowadzić z nim wywiad na prośbę przyjaciela z policji.

Nie podchwyciła aluzji.

– Nieczęsto trafia się taki psychopata jak ten chirurg plastyczny. Gdzie to się wydarzyło? W Ly

– Zgadza – przyznałem.

– Doktor Trevor Levitt.

Wolałbym, żeby przestała.

– Nie, Lucas – poprawiła się. – Trevor Lucas. Wziął zakładników. Pielęgniarki, pacjentów i i

– Owszem.

– A pan go przekonał, żeby ich uwolnił. Czułem pulsowanie w skroniach.

– Nie wszystkich. Lucas zdążył paru zaszlachtować, zanim mogłem ogłosić swoje zwycięstwo i pozować do zdjęć w gazetach. Ludzie zwykle zapominają o tym drobnym szczególe.