Страница 12 из 74
4
Dostałem bilet na ostatni samolot do Bostonu i dotarłem na miejsce dopiero o ósmej wieczorem. Postanowiliśmy z Andersonem, że jeśli załatwi mi pozwolenie na odwiedzenie Billy’ego Bishopa w Payne Whitney, polecę do Nowego Jorku rano następnego dnia.
Po drodze do domu zatrzymałem się w Mass General. Chciałem dotrzymać obietnicy złożonej Lilly, że odwiedzę ją po zabiegu.
Spała, kiedy stanąłem w drzwiach jej pokoju, lecz na stoliku nocnym paliła się lampka. Już z daleka widać było, że zabieg okazał się rozleglejszy, niż planowano. Noga, zgięta w kolanie, wisiała na wyciągu dobre kilka cali nad łóżkiem. Udo przykrywał mokry opatrunek z gazy. Do kości udowej przykręcone były z obu stron cienkie stalowe pręty.
Zapukałem w futrynę, ale Lilly się nie obudziła. Wszedłem do pokoju. Przez pół minuty stałem nieruchomo, przysłuchując się pikaniu aparatury elektronicznej i obserwując oddech Lilly. Próbowałem sobie wyobrazić, co czuła, wstrzykując sobie zarazki. Nie sądziłem, aby to była złość, panika czy smutek. Raczej ulga, a może nawet euforia. Na chwilę zrzucała z siebie pozory normalności. Udawane poczucie własnej wartości i wiara w siebie znikały, torując drogę nieświadomemu obrazowi własnego ja, w którym jawiła się sobie kobietą brudną i zbrukaną. Śmieciem. Jak ktoś, kto po wielu godzinach opuścił w końcu trzymane w górze ręce, mogła przestać walczyć ze swoimi demonami i pozwolić im wziąć się w posiadanie.
– Lilly – powiedziałem półgłosem.
Nie poruszyła się.
– Lilly – powtórzyłem głośniej.
Powoli otworzyła oczy, ale nie odpowiedziała.
– To ja, doktor Clevenger. Przyszedłem zobaczyć, jak się czujesz.
Westchnęła se
– Dostałam jakiś środek przeciwbólowy.
– Chcesz spać? Mogę wpaść jutro.
Spojrzała na mnie, mrużąc oczy, aby mnie ostrzej widzieć.
– Nie, zostań, proszę.
Podszedłem do łóżka, przystawiłem sobie krzesło i usiadłem.
– Jak udał się zabieg? – zapytałem.
– Doktor Slattery powiedział, że zakażenie dotarło do kości i musieli część jej wyciąć.
Pokiwałem głową, patrząc na stalowe pręty łączące dwie części kości.
– Usunięcie zakażonej tkanki zapobiegnie powtórnej infekcji… prawda?
– Prawda – szepnęła wyraźnie nie przekonana.
Przypomniało mi się, jak jej powiedziałem, że nie boję się poznać nawet najgorszej prawdy. Musiałem ją przekonać, by mi uwierzyła, jeśli chciałem nakłonić ją do zwierzeń. Pochyliłem się i dotknąłem opatrunku z gazy.
– Mogę zerknąć? – zapytałem.
Kiwnęła głową, nie spuszczając wzroku z mojej ręki.
Odchyliłem opatrunek na tyle, aby zobaczyć ranę. Lilly momentalnie odwróciła głowę do ściany. Przyjrzałem się przeciętym warstwom skóry, tłuszczu i mięśni. Przesiąknięta krwią gaza zakrywała środek głębokiej do kości rany.
– W porządku – rzuciłem.
– W porządku? – powtórzyła z goryczą.
– Nie widać śladu zakażenia.
Przewróciła oczami.
– Masz szczęście, że trafiłaś na chirurga, który stara się zwalczyć infekcję u źródła – dodałem. Zauważyłem łzę na jej twarzy. Wziąłem chusteczkę ze stoliczka nocnego i osuszyłem jej policzek.
Odwróciła do mnie głowę, ale nic nie powiedziała.
– Ja też tak robię – podjąłem. – Pomagam swoim pacjentom sięgnąć do korzeni ich kłopotów.
Minęło kilka sekund.
– A co, jeśli twój pacjent nie wie, co jest przyczyną jego bólu?
Zadanie pytania jest polową odpowiedzi - odezwał się mój Wewnętrzny głos. – Lilly chce wyruszyć w tę podróż. W głębi duszy każdy pragnie poznać prawdę.
Wstrzymałem oddech. Zamknąłem oczy i po chwili je otworzyłem.
– Jeśli tego nie wiesz, musimy się razem zdobyć na odwagę, by dojść do prawdy.
Lilly zarumieniła się.
– Nie umiem rozmawiać o swoich kłopotach.
– Dlaczego?
– Myślę, że bezpieczniej jest tłumić w sobie uczucia.
– Bezpieczniej?
Nie odpowiedziała.
– Co niebezpiecznego jest w otworzeniu się?
– Ludzie, którzy za wiele opowiadają o sobie, stają się w końcu… – Urwała w pół zdania.
– Jacy?
– Bo ja wiem? – Zmarszczyła brwi. – Chyba samotni.
To wyznanie wiele mi o niej powiedziało. Wywołała u siebie chorobę i wszystkich okłamała co do jej przyczyny, żeby skupić na sobie uwagę tłumu lekarzy. Dojście do źródła cierpienia, zwłaszcza gdyby się okazało, że było nim molestowanie przez dziadka, mogło doprowadzić do zerwania z nim, a pewnie także z i
– Wiem, że się tego boisz, ale musisz chcieć chociaż przez chwilę być sama. A przynajmniej sama ze swoimi myślami.
Dotknęła dolnej wargi jak mała nieśmiała dziewczynka.
– Nie potrafię znieść samotności.
Był to zupełnie jasny przekaz. Potrzebowała czegoś – kogoś – na kogo mogłaby liczyć bez względu na to, co powie. Dotknąłem jej uda tuż powyżej rany.
– Obiecuję, że będę przy tobie przez całą tę drogę.
– Skąd wiesz? – zapytała. – Nawet mnie nie znasz. Jak ci mogę zaufać?
Mogłem zbyć jej pytanie jakimś frazesem, ale dla osoby, której całe życie stało się kłamstwem, liczyła się tylko szczera odpowiedź.
– Oczywiście nie możesz być pewna, że okażę się godny zaufania. Nigdy nie będziesz miała takiej pewności – wobec nikogo. Tak czy owak będziesz musiała zdać się na wiarę. Zaufać swojemu instynktowi.
– Nie wiem – westchnęła. – Jestem skołowana.
Jeszcze jedno małe zwycięstwo. Taki zamęt w głowie często oznacza słabnięcie mechanizmów obro
– Mogę więc wpaść do ciebie za kilka dni?
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę.
– Tak – odparła. – Zgoda.
Dotarłem do domu tuż przed jedenastą wieczorem. Na automatycznej sekretarce znalazłem wiadomość od Northa Andersona, który zawiadamiał mnie, że na jutro mam umówione spotkanie z Billym Bishopem. Z doświadczenia wiedziałem, że jeśli chcę punktualnie znaleźć się na Manhattanie, muszę wybrać samolot o siódmej trzydzieści, który zwykle ma dwugodzi
Postanowiłem poszukać w Internecie informacji na temat Darwina Bishopa. Yahoo! wyrzuciło 2948 odsyłaczy do takich źródeł, jak „Wall Street Journal”, „Business Week” czy „CNN Financial News”. Dowiedziałem się z nich, że Bishop założył CMM z kapitałem czterdzieści milionów dolarów, że zatrudnił inżynierów i metalurgów po MIT, CalTechu i uniwersytecie w Sankt Petersburgu i że po osiemnastu miesiącach działalności w firmie pracowało tysiąc ludzi. W „New York Timesie” znalazłem wzmiankę o aukcji u Sotheby’ego, na której Bishop wylicytował olej Marka Rothki za 4,2 miliona dolarów, czyli grubo powyżej sumy wywoławczej, która wynosiła osiemset tysięcy. Wystawny tryb życia Bishopa przyciągnął uwagę reporterów „Vanity Fair”, które opublikowało zdjęcia jego zabytkowych samochodów oraz liczącego ponad tysiąc pięćset metrów kwadratowych apartamentu na ostatnim piętrze River House stojącego przy 52 Ulicy między Pierwszą Aleją a East River. Mieszkania mieli w nim również Henry Kissinger i lord Rothschild. Apartament wcześniej należał do Astorów, od których Bishop odkupił go za 13 milionów dolarów. A było to, zanim ceny nieruchomości na Manhattanie skoczyły pod niebiosa.
Na dłużej zatrzymałem się przy artykule z magazynu „New York” zatytułowanym Bishop i jego narzeczona rozpoczynają podróż życia, w którym opisywano małżeństwo Bishopa z „należącą do elity towarzyskiej modelką Julią Oakley”. Zdjęcie przestawiało pana młodego w smokingu i pa
W artykule zacytowano także wypowiedź Bishopa na temat jego pierwszego małżeństwa. „Przeżyliśmy z Lauren dwa cudowne lata” – powiedział reporterowi. – „Na nic bym ich nie zamienił, ale któregoś dnia obudziliśmy się i powiedzieliśmy sobie: «Lepiej bądźmy przyjaciółmi niż mężem i żoną». I niech pan posłucha: Nigdy nie miałem lepszego przyjaciela”.
Parsknąłem śmiechem. Było tam więcej takich kwiatków.
Pobieżnie przejrzałem kilkadziesiąt i
STUART TABOR
SPECJALNIE DLA „DAILY NEWS”
MANHATTAN
Na Manhattanie aresztowano wczoraj o drugiej w nocy mężczyznę, który na moście Triboro uderzył swoim porsche carrera w dwa i
Kierowcą samochodu okazał się Darwin Bishop, lat 45, zamieszkały przy Wschodniej 49 Ulicy pod numerem 32. Mężczyzna został oskarżony o prowadzenie samochodu w stanie nietrzeźwym, niebezpieczną jazdę, ucieczkę z miejsca wypadku i stawianie oporu władzy. Policja zatrzymała go po długim pościgu w dzielnicy Astoria w Queens.
Mimo że w 1981 roku Bishop został skazany za pobicie, zwolniono go dziś z aresztu za osobistym poręczeniem i kaucją w wysokości 250 000 dolarów.
Ofiara wypadku, Estelle Marshfeld, lat 39, z obrażeniami brzucha i klatki piersiowej została przewieziona do Columbia Presbyterian Hospital, gdzie przyjęto ją na oddział. Nikt i
Zdjęcie pokazywało zupełnie i
Patrzyłem na zdjęcie pijanego Bishopa i zastanawiałem się. Na swoim terenie w Nantucket miał nieskazitelne maniery. Wydawał się niezniszczalny. Dzięki temu zdjęciu stał się dla mnie prawdziwy, gdyż potwierdzało ono to, w co zawsze wierzyłem: każdy człowiek – biedny czy bogaty, biały czy kolorowy, wykształcony czy półanalfabeta – znajduje się w stanie emocjonalnego wrzenia, coś go gryzie, cierpi. Ja przez lata uśmierzałem swój ból gorzałą i kokainą. Bishop widać też miał kiedyś problemy z alkoholem. Teraz szprycował się pieniędzmi – równie silnie uzależniającymi.
Ale być może owa zaduma nad człowiekiem była tylko jednym z powodów, dla których przyglądałem się temu zdjęciu. Być może podobał mi się widok poniżonego Bishopa, gdyż drażniła mnie myśl o nim i jego młodej narzeczonej.