Страница 8 из 27
3
Tej nocy, jak zawsze, staruszek w czarnej pelerynie szedł wolno wzdłuż samego krawężnika długą pustą aleją i ostrzem sękatego kija dziobał asfalt, wyszukując niedopałki papierosów – złociste, koloru korka, i zwyczajne papierowe, a także warstwiaste końcówki cygar. Z rzadka, rycząc jak jeleń, przemykał samochód albo też zdarzało się to, czego nie może dostrzec żaden z przechodniów w mieście – szybciej niż myśl i bezgłośniej niż łza spadała gwiazda. Jaskrawsze i weselsze od gwiazd były ogniste litery, które wysypywały się jedna po drugiej nad czarnym dachem, dreptały gęsiego i nagle niknęły w ciemnościach.
“Czy… to… możliwe?"… – wyłaniał się ognisty, ostrożny szept liter, a noc strącała je jednym aksamitnym uderzeniem. – “Czy… to…" – zaczynały od nowa, skradając się po niebie.
I znów pochłaniała je ciemność. Ale one rozpalały się z uporem i wreszcie, zamiast od razu zniknąć, pozostawały, ażeby lśnić przez całe pięć minut, jak to zostało ustalone między biurem reklam elektrycznych a fabrykantem.
Diabli zresztą wiedzą, co naprawdę jarzyło się w ciemności, ponad domami, czy reklama świetlna, czy ludzka myśl, znak, wołanie, pytanie, ciśnięte w niebo i uzyskujące naraz zachwycającą, roziskrzoną odpowiedź.
Po ulicach zaś, które zrobiły się szerokie niby czarne, połyskliwe morze, o tej późnej godzinie, kiedy zamyka się ostatnia knajpa i Rosjanin niepomny już, że czas spać, bez czapki, bez marynarki, okryty starym prochowcem, niczym jasnowidzący, wyszedł na ulice, żeby się powłóczyć – o tej późnej godzinie, po tych szerokich ulicach błądziły nic o sobie nie wiedzące światy – nie hulaka, nie kobieta, nie po prostu przechodzień, lecz zabity na głucho świat pełen cudów i zbrodni. Pięć dorożek stało wzdłuż alei obok ogromnego bębna ulicznego pisuaru, pięć se
Zdarzają się mgnienia, kiedy wszystko staje się potworne, bezde