Страница 16 из 27
9
Rankiem Kolin parzył dla Gornocwietowa herbatę. Tego czwartku Gornocwietow miał wcześnie pojechać za miasto, żeby spotkać się z baletnicą kompletującą zespół, i dlatego, gdy wszyscy jeszcze spali, Kolin w niesamowicie brudnym japońskim szlafroczku i w starych pantoflach wsuniętych na bose nogi powlókł się do kuchni po wrzątek. Jego okrągła, niezbyt inteligentna, bardzo rosyjska twarz o zadartym nosie i niebieskich, melancholijnych oczach (sądził, że podobny jest “na poły do pierrota, na poły gawrosza" z Verlaine'a) była wymięta od snu i błyszcząca, jasne włosy, nie rozdzielone jeszcze przedziałkiem, spadały mu na czoło, rozwiązane sznurowadła uderzały o podłogę jak niespieszny deszczyk. Nastawiając czajnik po kobiecemu wydymał wargi, a potem zaczął cicho i w skupieniu coś podśpiewywać. Gornocwietow kończył się ubierać, wiązał na kokardę kolorowy krawat, złoszcząc się na krostę, ściętą przed chwilą podczas golenia i teraz wydzielającą przez grubą warstwę pudru żółtą surowicę. Cerę miał ciemną, rysy twarzy regularne, długie, podwinięte rzęsy nadawały jego brązowym oczom jasny, niewi
Zaprzyjaźnili się stosunkowo niedawno, tańczyli w rosyjskim kabarecie gdzieś na Bałkanach i przed dwoma mniej więcej miesiącami przyjechali do Berlina w poszukiwaniu teatralnej fortuny. Szczególny ton, tajemnicza manieryczność wyróżniały ich nieco spośród i
Po odejściu przyjaciela Kolin, zostawszy sam w nie sprzątniętym pokoju, otworzył etui z przyborami do paznokci i nucąc półgłosem zaczął wycinać sobie skórki. Nie wyróżniał się nadmiernie schludnością, o paznokcie za to dbał nadzwyczajnie.
W pokoju trwał ciężki zapach oregano i potu; w mydlanej wodzie pływał pęk ściągniętych z grzebienia włosów. Baletowe fotografie na ścianach unosiły nóżkę; na stole leżał duży, rozłożony wachlarz, obok zaś – brudny, usztywniony kołnierzyk.
Kolin, przyjrzawszy się z upodobaniem pąsowemu połyskowi paznokci, stara
Wracając do domu na obiad, wyprzedził przy drzwiach frontowych Ganina, który właśnie kupił w aptece lekarstwo dla Podtiagina. Stary pan czuł się dobrze, coś tam pisał, chodził po pokoju, Klara jednak po naradzie z Ganinem postanowiła nie wypuszczać go dziś z domu.
Kolin, nadszedłszy z tyłu, ścisnął Ganinowi rękę nad łokciem. Ten obejrzał się.
– To pan, Kolin… czy spacer się udał?
– Alek dziś wyjechał – powiedział Kolin, wchodząc po schodach razem z Ganinem. – Strasznie się denerwuję, czy dostanie engagement…
– Tak, właśnie – powiedział Ganin, który nie miał pojęcia, o czym z nim rozmawiać.
Kolin roześmiał się.
– Ałfierow znowu wczoraj utknął w windzie. Teraz winda nie działa…
Powiódł rączką laski po poręczy i spojrzał na Ganina z nieśmiałym uśmiechem.
– Czy mogę trochę u pana posiedzieć? Jakoś bardzo mi dziś nudno…
“Tylko, bracie, nie zabieraj się z tych nudów do flirtowania ze mną" – odburknął w myślach Ganin, otwierając drzwi pensjonatu, a głośno odpowiedział:
– Niestety, jestem zajęty. Może i
– Jaka szkoda – przeciągle wyrzekł Kolin, wchodząc za Ganinem i przymykając za sobą drzwi. Drzwi nie dały się zamknąć, ktoś z tyłu wyciągnął dużą brązową dłoń i berliński bas zagrzmiał:
– Chwileczkę, panowie.
Ganin i Kolin obejrzeli się. Za progiem stał wąsaty, tęgi listonosz.
– Czy tu mieszka Herr Alferow?
– Pierwsze drzwi na lewo – powiedział Ganin.
– Dziękuję – śpiewnie zahuczał listonosz i zapukał do wskazanego pokoju. Była to depesza.
– Co to jest? Co to jest? Co to jest? – mamrotał w panice Ałfierow, otwierając ją nieposłusznymi palcami. Z przejęcia nie od razu zdołał odczytać nalepioną tasiemkę bladych nierównych liter: “psyjezdam sobotę 8 rano". Ałfierow nagle zrozumiał, westchnął i przeżegnał się.
– Dzięki ci, Boże… przyjeżdża…
Z szerokim uśmiechem przysiadł na łóżku, pocierając chude uda, i zaczął kiwać się w przód i w tył. Jego wodnistoniebieskie oczy szybko mrugały, bródka barwy zbutwiałego siana złociła się w ukośnym promieniu słońca.
– Sehr gut - mamrotał. – Sobota jest pojutrze. Sehr gut. Jak wyglądają moje buty!… Maszeńka będzie się dziwić. To nic, jakoś przeżyjemy. Wynajmiemy mieszkanko, bardzo tanie, ona zadecyduje. A na razie pomieszkamy sobie tutaj. Dobrze, że między pokojami są drzwi.
Po pewnej chwili wyszedł na korytarz i zapukał do sąsiedniego pokoju.
Ganin pomyślał: “Co jest, u licha, że mi ktoś ciągle dziś zawraca głowę?"
– Otóż, Glebie Lwowiczu – bez ceregieli zaczął Ałfierow, ogarniając pokój spojrzeniem – kiedy pan się wyprowadza?
Ganin spoglądał nań z irytacją.
– Mam na imię Lew. Jeśli pan łaskaw zapamiętać.
– Czy pan się wyprowadzi przed sobotą? – zapytał Ałfierow, a w myślach rozważał: “Łóżko trzeba będzie ustawić inaczej, szafę przesunąć, odsłonić drzwi…"
– Tak, wyprowadzę się – odparł Ganin i znów jak wówczas, przy obiedzie, poczuł się bardzo niezręcznie.
– To świetnie – z ożywieniem podchwycił Ałfierow. – Przepraszam, że niepokoiłem, Glebie Lwowiczu.
I po raz ostatni obrzuciwszy pokój spojrzeniem, wyszedł z hałasem.
– Głupiec… – wymamrotał Ganin. – Do diabła z nim. O czym mi się przed chwilą tak przyjemnie myślało?… Ach, tak… noc, deszcz, biała kolumnada…
– Pani Lidio, pani Lidio! – wzywał głośno oleisty głos Ałfierowa.
“Nie sposób się od niego odczepić – pomyślał ze złością Ganin. – Nie będę tu dziś na obiedzie. Dosyć mam tego."
Asfalt na ulicy połyskiwał fioletem; słońce wplątywało się w koła samochodów. Obok knajpki znajdował się garaż; szczelina jego bramy ziała ciemnością i delikatnie tchnęła zapachem karbidu. Ten przypadkowy zapach pomógł Ganinowi przypomnieć sobie jeszcze wyraźniej tamten rosyjski deszczowy sierpień, tamten nurt uszczęśliwienia, w który przez cały ranek tak natarczywie wdzierały się cienie jego berlińskiego życia.
Wychodził z jasności dworu w ciemny, rozszemrany mrok, zapalał delikatny płomyczek w latarce roweru – i teraz, gdy przypadkiem odetchnął zapachem karbidu, wszystko sobie od razu przypomniał: mokra trawa, chłoszcząca po przesuwającej się łydce, po szprychach roweru, krążek mlecznego światła, wchłaniającego i rozpraszającego mrok, z którego wyłaniały się to sfalowana kałuża, lśniący kamyk, oblepione nawozem belki mostu, to wreszcie obracająca się furtka, przez którą się przeciskał, zawadzając ramieniem o miękkie, mokre liście akacji.
Z pły
W lipach przed gankiem, w czarnym, kłębiącym się mroku deszczowe moce przetaczały się rozległymi zrywami, skrzypiały pnie, ujęte w żelazne kluby, podtrzymujące ich nadwątloną potęgę. Przy wtórze poszumów jesie
Owej czarnej, burzliwej nocy, gdy w przededniu wyjazdu do Petersburga przed rozpoczęciem roku szkolnego po raz ostatni spotkał się z nią na tym ganku z kolumnami, stało się coś strasznego i niespodziewanego, co symbolizowało, być może, wszystkie przyszłe obelżywości. Deszcz szumiał tej nocy szczególnie mocno, a spotkanie ich było wyjątkowo czułe. Nagle Maszeńka krzyknęła i zeskoczyła z poręczy. Ganin, świecąc sobie zapałką, zobaczył, że okie
Tego ostatniego sierpniowego dnia los, wybiegając w przyszłość, kazał mu zaznać przyszłej rozłąki z Maszeńką, rozłąki z Rosją.