Страница 27 из 109
10
Upierając się o samochód, Charbo
– Co o tym myślicie? – spytał.
– Co jak co, ale na pewno spędzają tutaj dużo czasu – rzuciłam. Czułam, jak pod bluzą po moich plecach spływa kropelka potu.
– Może być z nimi naprawdę trudno dojść do ładu – zauważył Claudel.
– A może rzeczywiście widzieli sukinsyna – rzekł Charbo
– Nie byli zbyt zgodni co do szczegółów – odparował Claudel.
– Tak – przytaknął Charbo
– A dziadek numer dwa był pewny swego – dodałam.
Claudel żachnął się.
– Ci goście mogą być pewni tylko tego, gdzie jest sklep z winem i bank krwi. To pewnie jedyne dwie instytucje, które potrafią znaleźć.
Charbo
– Może nic z tego nie będzie, ale równie dobrze on tam może być. Ja nie chcę ryzykować. Uważam, że powi
Claudel ponownie wzruszył ramionami.
– Okej. Ale nie zamierzam się narażać. Zadzwonię po wsparcie. Z uniesionymi brwiami, ledwo zauważalnie kiwnął w moją stronę i spojrzał ponownie na Charbo
– Ona mi nie przeszkadza – powiedział Charbo
Potrząsając głową, Claudel obszedł samochód i wsiadł po stronie pasażera. Przez szybę widziałam, jak sięga po mikrofon.
Charbo
– Niech pani będzie czujna – rzekł. – Jeśli coś się zacznie dziać, niech się pani rzuca na ziemię.
Doceniłam to, że nie powiedział mi, że mam niczego nie ruszać. Po niecałej minucie z samochodu wyłonił się Claudel.
– Allons-y- powiedział. Jedźmy.
Usiadłam z tyłu, a dwóch detektywów z przodu. Charbo
– Niech pani niczego tam nie rusza. Jeśli to facet, którego szukamy, nie chcemy, żeby coś poszło nie tak.
– Spróbuję – powiedziałam, starając się, żeby nie było słychać sarkazmu w moim głosie. – Jestem z tych bez testosteronu, więc czasem mam kłopoty z zapamiętywaniem takich rzeczy.
Głośno wypuścił powietrze z ust i wyprostował się. Jestem pewna, że gdyby miał publiczność, to by się głupawo uśmiechnął i przekręcił oczyma.
Charbo
– Staruszek nie widział go dzisiaj – powiedział Charbo
– O której zajęli stanowisko? – spytał Claudel.
– O dziesiątej – odparł Charbo
– Może facet ma zwyczaj długo spać – podsunął Charbo
– A może wcale go tu nie ma i tych dwóch klownów zrywa teraz boki ze śmiechu.
– Może.
Zauważyłam grupę dziewczyn przechodzących przez nie zabudowany plac. Trzymały się wzajemnie za ramiona w geście przyjaźni typowym dla nastolatków. Szły pośród chwastów, a kolory ich krótkich spodni tworzyły rzędy flag Quebecu. Wszystkie miały włosy splecione w ciasne warkocze i pomalowane na jaskrawoniebiesko. Kiedy patrzyłam, jak się trącają i śmieją w ten upalny dzień, myślałam, jak łatwo jakiemuś szaleńcowi na zawsze zgasić dobre nastroje tych młodych dziewcząt. Zdusiłam wzbierającą we mnie lalę gniewu. Czy to możliwe, że siedzimy niecałe dziesięć metrów od takiego potwora?
W tym momencie niebiesko-biały radiowóz cicho wśliznął się za nas. Charbo
– Zabezpieczą tył – powiedział, kiwając w stronę radiowozu. W jego głosie czuć było zdenerwowanie i ani śladu sarkazmu. – Allons-y.
Kiedy otworzyłam drzwi, Claudel rozchylił usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił i ruszył w stronę budynku. Ja i Charbo
Z budynkiem z czerwonej cegły od dawna nie sąsiadował już żaden i
Trzy pary położonych blisko siebie, bardzo starych, białych drzwi wychodziły na poziomie ulicy Berger. Wylano przed nimi trochę asfaltu, który prowadził do krawężnika. Kiedyś był to pomalowany na czerwono chodnik, ale teraz miał kolor zaschniętej krwi.
W oknie przy trzecich drzwiach na zniszczonej i zszarzałej zasłonie wisiała przekrzywiona, ręcznie wypisana tabliczka. Przez brudne okno ledwo byłam w stanie przeczytać napis – “Chambres d louer, #1". Pokoje do wynajęcia. Claudel postawił jedną nogę na progu i wdusił wyższy z dwóch przycisków znajdujących się koło framugi drzwi. Żadnej odpowiedzi. Zadzwonił ponownie, a potem, po chwili, uderzył w drzwi ręką.
– Cholera was wzięła! – zaskrzeczał nagle, niemal tuż przy moim uchu czyjś głos.
Na ten dźwięk, serce skoczyło mi do gardła.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że głos dobiegał z okna, od którego dzieliło mnie jakieś piętnaście centymetrów. Wyraźnie poirytowana i naburmuszona twarz spoglądała na nas zza firanki.
– Co wy wyrabiacie? Jak zniszczycie te drzwi, trou de cul, to za nie zapłacicie.
– Policja – powiedział Claudel, nie zwracając uwagi na wyzwanie nas od dupków.
– Tak? Pokażcie mi odznakę.
Claudel przystawił ją do firanki. Zbliżyła się do niej twarz i zobaczyłam, że należy ona do kobiety. Nalaną i świńską twarz otaczała delikatna, zielonkawa chustka, związana na czubku głowy w mocny supeł. Jej końce sterczały do góry i podskakiwały jak uszy z szyfonu. Oprócz braku rogów i czterdziestu kilogramów nadwagi, wszystko w niej przypominało kozę.
– No i? – Końcówki chustki poruszały się, kiedy przenosiła wzrok z Claudela na Charbo
– Chcielibyśmy zadać pani kilka pytań – powiedziałam i natychmiast poczułam, że powiedziałam to dokładnie tak, jak wyrecytowałby rasowy policjant z jakiegoś serialu. Po francusku to zdanie było równie wyświechtane jak po angielsku.
– Chodzi o Jean-Marca?
– Naprawdę nie powi
Twarz zawahała się i zniknęła. Po chwili usłyszeliśmy szczęk przekręcanych zamków i w otwartych drzwiach ukazała się ogromna kobieta ubrana w prostą sukienkę z żółtego poliestru. Pod pachami i na mostku widać było plamy potu, który w fałdach jej szyi mieszał się z brudem. Przytrzymała dla nas drzwi, po czym odwróciła się, niepewnym krokiem przeszła przez wąski przedpokój i zniknęła w drzwiach po lewej stronie. Ruszyliśmy za nią gęsiego, Claudel szedł pierwszy, a ja ostatnia. W przedpokoju unosił się zapach kapusty i starego tłuszczu. W środku było przynajmniej trzydzieści pięć stopni.