Страница 26 из 109
– Tak? – powiedział.
– Pan jest Bipin Halevi? – spytał po angielsku Charbo
– Tak.
Charbo
– Niech pan się przyjrzy. Zna pan tego faceta?
Halevi odwrócił zdjęcie w swoją stronę i pochylił się nad nim, rozdygotanymi palcami przytrzymując rogi. Był nerwowy i bardzo starał się nam przypodobać, a przynajmniej sprawiać wrażenie, że jest skory do współpracy. Wielu właścicieli depa
– Nie sposób poznać człowieka na czymś takim. Czy to z kamery? Policjanci byli już tu wcześniej. Co ten człowiek zrobił?
Mówił śpiewnym angielskim, z intonacją typową dla mieszkańców północnych Indii.
– Nie orientuje się pan, kim on jest? – spytał Charbo
Halevi wzruszył ramionami.
– Moich klientów nie pyta się o takie rzeczy. Poza tym, zdjęcie jest zbyt niewyraźne. I nie widać twarzy.
Poprawił się na stołku. Uspokajał się trochę, bo zrozumiał, że nic od niego nie chcą i że ma to coś wspólnego z kamerą bezpieczeństwa, którą już wcześniej skonfiskowała policja.
– Mieszka gdzieś w okolicy? – spytał Claudel.
– Mówię wam, że nie wiem.
– A może chociaż słabo przypomina panu kogoś, kto tu przychodzi? Halevi spojrzał na zdjęcie.
– Być może. Może, tak. Ale nie jestem pewien. Chciałbym być pomocny. Hmm… To może być człowiek, którego widziałem.
Charbo
– Kto to?
– Ja… Nie znam go. To tylko klient.
Halevi wyglądał na zakłopotanego.
– Czy ten facet przychodzi tu o stałej porze? Czy przychodzi z tej samej strony? Czy kupuje te same rzeczy? – Claudel zaczynał się irytować.
– Mówiłem już. Naprawdę nie wiem. Nie zwróciłem na niego uwagi. Pilnuję interesu. Ten facet wygląda jak wielu i
– Do której otwarty jest ten sklep?
– Do drugiej.
– Przychodzi w nocy?
– Być może.
Charbo
– Pracował pan wczoraj po południu?
Halevi pokiwał głową.
– Był tłok, bo to był dzień przedświąteczny, nie? Może ludzie myśleli, że dzisiaj nie otworzę sklepu…
– Widział pan, jak ten facet wchodzi?
Halevi ponownie zaczął się przyglądać zdjęciu, obydwie ręce przesunął po głowie, po czym energicznie podrapał się w miejsce, gdzie miał jeszcze trochę włosów. Wypuścił powietrze i uniósł ręce w geście bezradności.
Charbo
– Jeśli coś się panu przypomni, Halevi, niech pan do nas zadzwoni. Dziękujemy za pana czas.
– Pewnie, pewnie – powiedział, a jego twarz rozpogodziła się po raz pierwszy od chwili, kiedy zobaczył odznakę. – Zadzwonię.
– Pewnie, pewnie – powtórzył Claudel, kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz. – Ten gad zadzwoni, jak Matka Teresa zerżnie Saddama Husseina.
– Pracuje jako sprzedawca. Ma chili zamiast mózgu – dodał Charbo
Kiedy ruszyliśmy w stronę samochodu, obejrzałam się za siebie. Dwóch staruszków ciągle siedziało po obu stronach wejścia. Wyglądali na wrośniętych w to miejsce, jak kamie
– Niech mi pan da na chwilę to zdjęcie – powiedziałam do Charbo
Zdziwił się, ale wyjął je. Claudel otworzył w tym czasie drzwi od samochodu i buchnęło z niego gorące powietrze, jak z pieca hutniczego. Położył ramię na drzwiach, oparł nogę o samochód i przyglądał mi się. Kiedy przechodziłam z powrotem przez ulicę, powiedział coś do Charbo
Podeszłam do starszego człowieka po prawej stronie. Był ubrany w czerwone, sportowe szorty, lekką bluzę bez rękawów i tenisówki. Jego kościste nogi znaczyły liczne żylaki, które wyglądały jakby ziemista, blada skóra była naciągnięta na poplątane spaghetti. Miał zapadłe, bezzębne usta. Z kącika ust zwisał mu papieros. Z nieskrywaną ciekawością patrzył, jak się zbliżam.
– Bonjour – powiedziałam.
– Hej – rzucił, pochylając się do przodu, żeby odlepić swoje spocone plecy od oparcia koślawego krzesła. Albo słyszał, jak rozmawiamy, albo rozpoznał mój akcent.
– Upalny dzień – odezwałam się po angielsku.
– Bywało gorzej. – Kiedy mówił, papieros podskakiwał mu w ustach.
– Mieszka pan gdzieś tutaj?
Wyciągnął chude ramię w stronę St. Laurent.
– Mogę pana o coś spytać?
Założył nogę na nogę i pokiwał głową,
Wręczyłam mu zdjęcie.
– Widział pan kiedyś tego człowieka?
Trzymał zdjęcie w wyciągniętej lewej ręce, a prawą osłaniał je od słońca. Dym snuł się po jego twarzy. Przyglądał się fotografii tak długo, że pomyślałam, iż może się zdrzemnął. Patrzyłam na biało-szarego kota, którego sierść gdzieniegdzie znaczyły nieregularne, brązowe plamy. Przeszedł pod jego krzesłem, obszedł budynek i zniknął za rogiem.
Drugi staruszek położył obie ręce na kolanach i podniósł się wzdychając. Jego skóra kiedyś musiała być jasna, ale teraz wyglądała, jakby siedział na tym krześle od stu dwudziestu lat. Poprawił szelki, pasek przytrzymujący jego robocze spodnie i powoli do nas podszedł. Rondo jego meksykańskiego kapelusza zrównało się z ramionami jego znajomego, po czym spojrzał na zdjęcie. W końcu staruszek z nogami jak spaghetti oddal mi zdjęcie.
– Rodzona matka by go nie poznała. Zdjęcie jest do dupy.
Drugi staruszek był i
– Mieszka gdzieś tam – powiedział, wskazując pożółkłym palcem na stojący kawałek dalej budynek z brązowej cegły. Mówił z tak silnym miejscowym akcentem, że ledwo go rozumiałam. On też nie miał ani zębów, ani protezy i kiedy mówił, jego broda wydawała się sięgać nosa.
Kiedy zamilkł, wskazałam najpierw na zdjęcie, a potem na budynek, który mi pokazał. Pokiwał głową.
– Soment? Często? – spytałam.
– Mmm, oui – odparł, unosząc brwi i ramiona, wysuwając dolną wargę i poruszając rękoma z dłońmi raz skierowanymi ku górze, a raz w dół. Często. Tak sobie.
Drugi staruszek potrząsnął głową i żachnął się zniesmaczony.
Pokazałam Claudelowi i Charbo
Claudel patrzył na mnie jak na uciążliwą muchę, którą trzeba tolerować. Spojrzałam mu w oczy, prowokując go, żeby coś powiedział. Wiedział, że powi
Bez komentarza, Charbo
W końcu Charbo