Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 82

– Nie zbliżaj się do małpich zębów z tamtej strony. Kiedyś ugryzły jednego z moich przodków i potem pożarły go kamienie. Mój ojciec znalazł tam jego czaszkę. Od razu położyliśmy ją na swoim miejscu. Oddzielenie głowy od ciała sprowadza nieszczęście.

Kilka godzin później wypełzałyśmy z Małpiej Szczęki z workiem ziemi i jeśli szczęście nam dopisało, jedną lub dwiema kośćmi smoka. Droga Ciocia wznosiła je w stronę nieba i biła pokłony, dziękując bogom. Wierzyła, że właśnie dzięki kościom z tej jaskini jej rodzina zasłynęła jako nastawiacze kości.

– Kiedy byłam mała – mówiła pewnego razu podczas powrotu do domu – pamiętam, że do mojego ojca przychodziło wielu zrozpaczonych ludzi. Był dla nich ostatnią szansą. Jeśli ktoś nie mógł chodzić, nie mógł też pracować. A jeżeli nie mógł pracować, jego rodzina nie miała co jeść. Potem musiałby umrzeć i byłby to koniec jego gałęzi rodziny i wszystkiego, na co pracowali jego przodkowie.

Dla tych zrozpaczonych klientów ojciec Drogiej Cioci miał leki w trzech rodzajach: nowoczesne, eksperymentalne i tradycyjne. Nowoczesnym środkiem była zachodnia medycyna misjonarzy. Eksperymentalnym – zaklęcia i śpiewy wędrownych mnichów. Metoda tradycyjna polegała na leczeniu kośćmi smoka oraz konikami morskimi i wodorostami, pancerzami owadów i rzadkimi nasionami, korą drzew i odchodami nietoperza, wszystkim w najlepszym gatunku. Ojciec Drogiej Cioci był tak utalentowany, że przyjeżdżali do niego pacjenci z pięciu górskich wsi, którzy słyszeli o Sławnym Nastawiaczu Kości z Ust Góry (zapiszę jego imię, dopóki je pamiętam).

Mimo sławy i niewątpliwych zdolności nie mógł zapobiec wszystkim tragediom. Gdy Droga Ciocia miała cztery lata, jej matka i starsi bracia umarli na chorobę wysuszającą jelita. Podobnie i

– Rozpieścił mnie ze smutku – mówiły dłonie Drogiej Cioci. – Pozwalał mi robić wszystko to, co mógłby robić syn. Nauczyłam się czytać i pisać, zadawać pytania i zagadki, pisać wiersze złożone z ośmiu kolumn, podziwiać naturę podczas samotnych spacerów. Stare służące przestrzegały go, że to niebezpieczne, że zamiast okazywania światu swojego szczęścia powi

Tak więc Droga Ciocia krok w krok chodziła za swoim ojcem w pracowni i w aptece. Moczyła łubki i zrywała mech. Polerowała wagę i sprawdzała rachunki. Gdy klient wskazał jakiś słój, umiała odczytać nazwę zawartości, nawet trudne naukowe słowa, oznaczające zwierzęce organy. Gdy była starsza, nauczyła się puszczać krew za pomocą ostrego gwoździa, oczyszczać skaleczenia własną śliną, nakładać warstwę robaków, by odsączyć ropę, oraz opatrywać sterczące kości plecionym papierem. Zanim przestała być dzieckiem i wkroczyła w wiek dziewczęcy, zdążyła usłyszeć wszystkie rodzaje krzyków i przekleństw wydawanych przez cierpiących. Dotykała tylu ciał, żywych, umierających i martwych, że niewiele rodzin widziało w niej żonę dla swych synów. Nigdy nie zawładnęło nią uczucie do mężczyzny, ale za to potrafiła rozpoznać drgawki przedśmiertne.

– Gdy uszy robią się miękkie i przylegają płasko do głowy, jest już za późno – powiedziała mi kiedyś. – Kilka sekund później słychać ostatni świszczący oddech. Ciało zaczyna stygnąć. – Nauczyła mnie wielu takich rzeczy.

W najtrudniejszych przypadkach pomagała ojcu kłaść ra

Pewnego dnia w porze kolacji Droga Ciocia opowiedziała mi swoimi dłońmi historię, którą tylko ja potrafiłam zrozumieć.

– Do mojego ojca przyszła bogata dama i kazała mu zdjąć bandaże ze swoich stóp i sprawić, żeby wyglądały nowocześniej. Powiedziała, że chce nosić buty na wysokim obcasie. “Ale niech nowe stopy nie będą za duże – zastrzegła się. – Nie takie, jak stopy niewolnic ani cudzoziemskich kobiet. Niech będą naturalnie mole jak u niej". Pokazała na moje stopy.

Zapominając, że Matka i ciotki siedzą przy stole, powiedziałam na głos:

– Czy zabandażowane stopy naprawdę wyglądają jak białe lilie, tak jak piszą w romantycznych książkach?

Matka i ciotki, które nadal bandażowały stopy, spojrzały na mnie spod zmarszczonych brwi. Jak mogę tak otwarcie mówić o najbardziej intymnych częściach ciała kobiety? Droga Ciocia udała, że mnie karci, ale naprawdę jej ręce powiedziały:

– Zwykle są pomarszczone jak pleciony chleb. Ale jeśli są brudne i pełne zgrubień, wyglądają jak zgniłe korzenie imbiru i mają zapach jak ryje świń martwych od trzech dni.

W ten sposób Droga Ciocia nauczyła mnie być krnąbrną, tak jak ona. Nauczyła mnie być ciekawą, jak ona. Nauczyła mnie być rozpieszczoną. Przez te cechy nie mogła mnie nauczyć, jak być lepszą córką, choć na koniec próbowała walczyć z moimi wadami.

Pamiętam, jak bardzo się starała. Był to nasz ostatni wspólny tydzień. Przez wiele dni nie mówiła do mnie, tylko pisała, pisała i pisała. Wreszcie wręczyła mi plik arkuszy związanych sznurkiem.

– Oto moja prawdziwa historia – powiedziała mi – Twoja także.

Chcąc jej zrobić na złość, nie przeczytałam większości tych kartek. Gdy jednak przeczytałam, oto czego się dowiedziałam.

Pewnego dnia późną jesienią, gdy Droga Ciocia skończyła już dziewiętnaście lat według chińskiego kalendarza, nastawiacz kości miał dwójkę nowych pacjentów. Pierwszym było wrzeszczące dziecko z rodziny, która mieszkała w Nieśmiertelnym Sercu. Drugim był mój Najmłodszy Wuj. Obaj pacjenci przysporzyli Drogiej Cioci wiele przykrości, lecz każdy z zupełnie i

Ryczące dziecko było najmłodszym synem człowieka o szerokiej piersi, który nazywał się Chang i był trumniarzem, co wzbogacił się dzięki zarazom. Z wierzchu jego trumien było rzeźbione drewno kamforowe, ale środek krył tanią sośninę, pomalowaną i polakierowaną, żeby wyglądała jak znacznie szlachetniejsze złote drewno.

Kawałek tego złotego drewna, spadając ze sterty, wybił dziecku ramię ze stawu. Dlatego malec tak głośno wył, wyjaśniała z przerażoną miną żona Changa. Droga Ciocia poznała tę nerwową kobietę. Przed dwoma laty siedziała ona przed sklepem nastawiacza kości, bo jej oko i szczękę zranił kamień, który spadł znikąd, pewnie prosto z nieba. Teraz wróciła tu z mężem, który bijąc dziecko po nodze, kazał mu przestać hałasować. Droga Ciocia krzyknęła na Changa:

– Najpierw ramię, a teraz chce mu pan jeszcze złamać nogę?

Chang zmierzył ją krzywym spojrzeniem. Droga Ciocia wzięła dziecko na ręce. Wtarła odrobinę lekarstwa w jego policzki. Po chwili dziecko ucichło, ziewnęło i zasnęło. Nastawiacz kości naprawił drobny bark, umieszczając go na swoim miejscu.

– Co to za lekarstwo? – spytał Drogiej Cioci trumniarz. Nie odpowiedziała.

– Tradycyjne składniki – odrzekł nastawiacz kości. – Trochę opium, trochę ziół i specjalna smocza kość, którą wykopaliśmy w sekretnym miejscu, znanym tylko naszej rodzinie.