Страница 35 из 82
Na dnie schowka pod fotelem było coś jeszcze. Ruth sięgnęła tam i wydobyła pakunek zawinięty w szarą torbę po zakupach i przewiązany czerwoną bożonarodzeniową wstążką. W środku był plik papierów zapisanych po chińsku. Na początku niektórych arkuszy widniał duży znak, zapisany pędzelkiem według zasad stylowej kaligrafii. Już to gdzieś widziała. Ale gdzie? Kiedy?
Olśniło ją. Kartki, które tkwiły w prawej dolnej szufladzie jej biurka. Ruth przypomniała sobie nagłówek pierwszej przeczytanej stronicy: “Prawda". “Oto rzeczy, które na pewno są prawdziwe". Co mówiły kolejne zdania? Imiona zmarłych, tajemnice, jakie ze sobą zabrali. Jakie tajemnice? Miała wrażenie, jak gdyby życie matki było w niebezpieczeństwie, a ona od samego początku miała w ręku odpowiedź.
Ruth spojrzała na stara
“Oto rzeczy, których nie powi
Matka dała jej tamte kartki jakieś pięć czy sześć lat temu. Czy w tym samym czasie zapisała te? Wiedziała, że traci pamięć? Kiedy matka zamierzała jej przekazać resztę zapisków, jeśli w ogóle miała taki zamiar? Kiedy w końcu dałaby jej pierścionek na zawsze? Kiedy miałaby pewność, że Ruth jest gotowa uważnie przeczytać? Ruth przyjrzała się kilku następnym znakom. Żaden poza “ja" nie wyglądał znajomo, a po “ja" mogły się pojawić tysiące słów. I co teraz?
Położyła się na łóżku, kładąc obok siebie zapiski. Spojrzała na zdjęcie Drogiej Cioci i umieściła je sobie na piersi. Jutro zadzwoni do Arta na Hawaje, żeby polecił jej jakiegoś tłumacza. To Po Pierwsze. Zabierze z domu pozostałe kartki. To Po Drugie. Zadzwoni do cioci Gal i zapyta, co ta wie. To Po Trzecie. I poprosi matkę, żeby opowiedziała o swoim życiu. Tym razem poprosi. Będzie słuchać. Usiądzie i nie będzie się nigdzie śpieszyła, nie będzie miała nic i
SERCE
Oto rzeczy, których nie powi
– Patrz, Piesku – poleciła i narysowała znak “serce". – Widzisz ten łuk? To dno serca, gdzie zbiera się i płynie krew. Te kropki to dwie żyły i arteria, przez które wpływa i wypływa krew. – Gdy śledziłam linie znaku, zapytała: – Czyje martwe serce nadało kształt temu słowu? Jaki był początek, Piesku? Czy należało do kobiety? Czy narysowano je w smutku?
Widziałam kiedyś serce świeżo zabitej świni. Było czerwone i błyszczące. Widziałam też już mnóstwo serc kurcząt w misce, czekających na ugotowanie. Wyglądały jak małe usta i miały ten sam kolor co blizny Drogiej Cioci. Ale jak wyglądało serce kobiety?
– Dlaczego musimy wiedzieć, czyje to było serce? – pytałam, rysując znak.
Ręce Drogiej Cioci zaczęły się szybko poruszać.
– Człowiek powinien wiedzieć, jak coś się zaczęło. Początek prowadzi zwykłe do określonego końca.
Pamiętam, że często mówiła, jak coś się zaczynało. Potem zastanawiałam się nad początkiem i końcem wielu rzeczy. Takich jak wioska Nieśmiertelne Serce. I wszyscy ludzie, którzy tam mieszkali, razem ze mną.
Zanim się urodziłam, szczęście opuściło już Nieśmiertelne Serce. Wioska była położona w dolinie między wzgórzami, łączącej się z głębokim wapie
Jednak u swoich początków wioska była świętym miejscem. Według legendy, cesarz, kiedy ją odwiedził, własnoręcznie zasadził pośrodku doliny sosnę. Drzewo miało upamiętnić jego zmarłą matkę, którą ogromnie szanował, więc uroczyście przyrzekł, że drzewo pozostanie wiecznie żywe. Gdy Droga Ciocia zobaczyła je po raz pierwszy, miało już ponad tysiąc lat.
Do Nieśmiertelnego Serca pielgrzymowali biedni i bogaci. Mieli nadzieję, że spłynie na nich część energii życiowej drzewa. Gładzili pień, dotykali liści, a potem modlili się o synów albo wielkie fortuny, lek na umieranie albo koniec klątw. Przed odjazdem zeskrobywali trochę kory, odłamywali gałązki. Zabierali to na pamiątkę. Droga Ciocia powiedziała, że właśnie za dużo czci zabiło drzewo. Gdy drzewo umarło, pamiątki straciły moc. A ponieważ martwe drzewo nie było już nieśmiertelne, przestało być sławne, tak jak nasza wioska. Później ludzie mówili, że drzewo wcale nie było takie stare, mogło mieć najwyżej sto lub dwieście lat. A opowieść o cesarzu oddającym hołd zmarłej matce? To fałszywa legenda feudalna, wymyślona po to, żebyśmy myśleli, że zepsuta władza jest szczera. Zaczęto tak mówić w tym samym roku, gdy upadła stara dynastia Qing i powstała nowa Republika.
Bez kłopotów przypominam sobie potoczną nazwę, jaką określano naszą wioskę: Czterdzieści Sześć Kilometrów od Mostu Trzcinowej Fosy. To ten sam most, który ludzie nazywają teraz Mostem Marco Polo, prowadzący do i z Pekinu. GaoLing pewnie nie pamięta już dawnej nazwy, ale ja nie zapomniałam. W latach mojego dzieciństwa ludzie radzili, że aby trafić do Nieśmiertelnego Serca, należy “najpierw znaleźć Most Trzcinowej Fosy, a potem cofnąć się o czterdzieści sześć kilometrów".
Słuchając tego żartu, ktoś mógłby pomyśleć, że mieszkaliśmy w jakiejś maleńkiej osadzie, liczącej dwudziestu czy trzydziestu mieszkańców. Było inaczej. Kiedy dorastałam, mieszkały tam prawie dwa tysiące ludzi. Pomiędzy ścianami doliny było nam ciasno. Mieliśmy ceglarza, tkacza worków i farbiarnię. Mieliśmy dwadzieścia cztery dni targowe, sześć świątecznych jarmarków i szkołę podstawową, do której chodziłyśmy z GaoLing, kiedy nie musiałyśmy pomagać rodzinie w domu. Od domu do domu chodzili handlarze sprzedający świeże tofu, parujące bułeczki, słodkie plecionki i kolorowe cukierki. Dużo ludzi chętnie kupowało. Wystarczyła garść miedziaków, żeby każdy sprawił swojemu brzuchowi radość znaną tylko bogaczom.
Klan Liu mieszkał w Nieśmiertelnym Sercu od sześciu stuleci. Przez cały ten czas synowie w rodzinie wyrabiali pałeczki tuszu, które sprzedawali przejezdnym. Mieszkali w tym samym domostwie, któremu przybywało pokoi, a potem skrzydeł, ponieważ czterysta lat temu matki rodziły po ośmiu chłopców, co roku jednego. Dom rodzi