Страница 58 из 151
Podeszła do okna z żelazną framugą i spojrzała z góry na przypadkową zbieraninę statków Armady. W oddali widziała zieloność Parku Crooma, który rozpełzł się jak choroba po ciałach kilku statków. Pokój, w którym ją zostawiono, znajdował się znacznie wyżej od wszystkich okolicznych jednostek. Na poziomie oczu miała sterowce i gąszcz cienkich masztów.
– To jest statek z Nowego Crobuzon.
Bellis rozpoznała głos, jeszcze zanim się odwróciła. Mężczyzna pokryty bliznami, Kochanek, stał w drzwiach, sam. Przeżyła wstrząs. Wiedziała, że odbędzie się przesłuchanie, weryfikacja, ale nie spodziewała się, że to on będzie zadawał jej pytania.
„Przetłumaczyłam książkę i zasłużyłam sobie na specjalne traktowanie” – pomyślała.
Kochanek zamknął za sobą drzwi.
– Zbudowano go ponad dwa i pół wieku temu, pod koniec Lat Pełnych – podjął. Mówił do niej w ragamoll, z delikatnym akcentem. Usiadł i pokazał jej, aby uczyniła to samo. – Twierdzi się nawet, że budowa „Wielkiego Wschodniego” położyła kres Latom Pełnym. To oczywiście bzdura, ale ten zbieg okoliczności ma silną wymowę symboliczną. Pod koniec piętnastego wieku mnożyły się oznaki rozkładu, czy można sobie wyobrazić bardziej dobitny symbol upadku nauki niż ten statek? Spiesząc się, aby dowieść, że Nowe Crobuzon wciąż przeżywa swoją złotą epokę, sprokurowano coś takiego… Konstrukcja jest marna. Próba połączenia napędu bocznokołowego ze śrubowym. – Pokręcił głową, nie odejmując oczu od Bellis. – Takiego giganta nie można napędzać kołami łopatkowymi, dlatego posłużyły jedynie za hamulce, psując przy okazji linię okrętu. Czego dodatkowy skutek był taki, że śruba również nie działała zbyt sprawnie i statkiem nie dało się pływać. Czy to nie zabawne?
Ale jedna rzecz im się udała. Zamierzyli sobie, że zbudują największą jednostkę pływającą, jaką widziały ludzkie oczy. Musieli wodować statek bokiem, w ujściu rzeki do Zatoki Żelaznej. Przez kilka lat pływał tu i tam, groźny z wyglądu, ale mało sterowny. Próbowali go użyć podczas wojen Pirackich, ale poruszał się jak ciężkozbrojny nosorożec, podczas gdy statki z Suroch i Jheshull tańczyły wokół niego. A potem, jak można przeczytać w ichnich podręcznikach do historii, zatonął. To oczywiście nieprawda. Myśmy go przejęli… Wojny Pirackie to był wspaniały okres dla Armady. Cała ta rzeź, znikające codzie
Zaczęło się przesłuchanie.
Kiedy było już po wszystkim i z odwykłymi od światła oczami wynurzyła się na popołudniowe słońce, stwierdziła, że nie potrafi przypomnieć sobie dokładnie pytań Kochanka.
Długo odpytywał ją na temat tłumaczenia. Czy była to trudna praca? Czy zdarzały się fragmenty, które nie miały dla niej sensu? Czy umie mówić w wysokim kettai czy tylko czytać? I tak dalej.
Niektóre pytania miały za zadanie sprawdzić jej stan emocjonalny a konkretnie jej stosunek do Armady. Stara
Na zewnątrz nikt na nią nie czekał. Bo kto miałby czekać? To z jakichś nie do końca dla niej jasnych powodów nawet ją ucieszyło. Stromymi pomostami zeszła z „Wielkiego Wschodniego” na niższe jednostki.
Zmierzała do domu istnym labiryntem uliczek i zaułków. Przechodziła pod ceglanymi łukami, które ociekały wszędobylską na Armadzie słoną wilgocią mijała grupki dzieci grające w różne odmiany popychanki i wolnoamerykanki, które pamiętała ze swych ojczystych ulic, jakby istniała wspólna dla całego świata głęboka gramatyka ulicznych zabaw. Mijała też kawiarenki w cieniu przednich kaszteli, w których grali rodzice, tyle że w tryktraka i w pstrykane stivery.
Mewy szybowały i paskudziły. Boczne uliczki kolebały się wraz z powierzchnią morza.
Bellis napawała się tym, że jest sama. Wiedziała, że gdyby był z nią Silas, świadomość współudziału w spisku by ją przytłaczała.
Od dawna się nie kochali. Robili to tylko dwa razy.
Później spali razem w jej łóżku i bez skrępowania rozbierali się w swojej obecności, ale wydawało się, że żadne nie ma ochoty na współżycie. Można było odnieść wrażenie, że użyli seksu do tego, aby się zbliżyć i otworzyć na siebie, a skoro więź już zaistniała, akt cielesny stał się zbędny.
To nie znaczy, że zgasł w niej popęd. Przez ostatnie kilka spędzonych razem nocy czekała, aż Silas zaśnie, a następnie masturbowała się po cichu. Często taiła przed nim swoje myśli, ujawniając tylko to, co było potrzebne do realizacji wspólnych planów.
Bellis z niejakim zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że nie darzy Silasa wielką sympatią.
Była mu wdzięczna. Uważała go za człowieka interesującego i mogącego zaimponować, ale nie tak uroczego, za jakiego sam się miał. Mieli coś wspólnego: niezwykłe tajemnice, plany, które pod żadnym ozorem nie mogły spaść na ziemię. Byli wspólnikami. Nie przeszkadzało jej też, że Silas sypia w jej łóżku. „Może nawet znowu się z nim pobzykam” – pomyślała z mimowolnym uśmieszkiem. Ale nie byli ze sobą blisko.
W świetle tego, co ich ze sobą połączyło, było to nieco dziwne, ale Bellis przyjęła ten fakt do wiadomości.
Nazajutrz rano, przed szóstą, kiedy niebo wciąż było ciemne, na pokładzie „Wielkiego Wschodniego” zebrała się flota sterowców. Ich piloci przynosili do swoich pojazdów ryzy ulotek i pochyleni nad mapami omawiali trasy. Podzielili Armadę na kwadraty.
Kiedy niespiesznie odrywali się od pokładu, światło dzie
Straganiarze, robotnicy fabryczni, gwardziści i tysiące i
Jak konfetti, jak kwiecie, które zaczynało już porastać zahartowane drzewa Armady, ulotki zlatywały wielkimi chmarami. Powietrze wypełnił szelest papieru o papier, któremu towarzyszyły paniczne odgłosy zdezorientowanych mew i wróbli, zmykających przed białymi kartkami. Armadyjczycy podnosili wzrok, osłoniwszy oczy przed schodzącym słońcem, aby zobaczyć sunące po firmamencie obłoki, ciepły błękit nieba i trzepoczące poniżej papierowe prostokąty.
Niektóre wpadały do kominów. Setki lądowały na wodzie. Trafiały do rowów pomiędzy statkami i osiadały na morzu. Podskakując na falach, nasiąkały wodą, atrament rozlewał się i robił nieczytelny. Skubały je ryby, aż w końcu włókna pęczniały od słonej wody i ulotki tonęły. Pod powierzchnią sypał śnieg rozpadającego się papieru. Wiele tysięcy ulotek wylądowało jednak na pokładach statków Armady.
Sterowce bez ustanku krążyły w przestrzeni powietrznej Armady przelatując nad każdym z okręgów, znajdując drogę między najwyższymi wieżami i masztami, rozrzucając ulotki. Zaciekawieni i zachwyceni ludzie łapali je w locie. W tym mieście, w którym papier był drogi ta rozrzutność – nomen omen – budziła zdumienie.
Wiadomość rozchodziła się błyskawicznie. Kiedy Bellis zeszła na pokład „Chromolitu” i stąpała po warstwie ulotek, które szeleściły jak martwa skóra, dokoła toczono spory. Ludzie stali w drzwiach swoich sklepów i domów, wołali, mruczeli albo śmiali się jeden do drugiego, wymachując ulotkami, które trzymali w poplamionych atramentem rękach.