Страница 145 из 151
Bellis nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Być może Kochanek i Uther Doul skinęli głowami.
Pod koniec tyrady Kochanki Bellis obserwowała Ta
Twarz Ta
„Czy przypomina sobie, jak mówił kiedyś ze szczerego serca, jakie szczęście ich spotkało, że zostali uprowadzeni?” Bellis nie była pewna, ale na twarzy Ta
– Mnie nie zamknie gęby na kłódkę – syknął.
Rozdział czterdziesty siódmy
Ta
Ta
Ta
Bellis nie potrafiła nikomu nic powiedzieć. Usta miała twarde i zimne jak kamień.
Musiała posłużyć się i
Wszyscy znali Ta
Gdyby Bellis spróbowała upowszechnić tajemnice, które usłyszała w tej klaustrofobicznej klitce, nie uwierzono by jej. Nie słuchano by jej. Zabrała jednak ze sobą człowieka, który mógł przemówić zamiast niej i przekazać ogółowi prawdę.
Nie mogła się powstrzymać od kiwania głową, od uśmiechu w duchu.
„Bogowie, dobra robota” – myślała w uznaniu fachowości tego, który to wszystko zaaranżował. Czuła, że oplatają ją nitki przyczyny, skutku, starań i interakcji. Czuła, że wszystko zbiegło się ku tej chwili i temu miejscu, żeby ona mogła wykonać swoje zadanie. „Dobra robota”.
Przystąpili do dzieła niemal natychmiast po wyjściu na pokład.
Zamrugała powiekami i spojrzała dokoła na bandery, pranie, pomosty i wieże, wszystko nadal solidne i spojone zaprawą murarską. Prześladowały ją obrazy z opowieści Hedrigalla. Rozpryskujące się i pikujące w dół miasto miała przed oczyma tak wyraźnie, że kamień spadł jej z serca, kiedy wyszła na pokład i zobaczyła je nienaruszone.
Kochankowie wciąż się zastanawiali, jak ukryć Hedrigalla, wciąż knuli na dole, kiedy Ta
Najpierw poszukał ludzi, których dobrze znał. Mówił szybko i z pasją. Odnalazł Angevine i udał się wraz z nią do dokerów, którzy jej nie znali.
Mówił spontanicznie, z serca. Nie zastanawiał się nad tym, jakich użyć środków retorycznych.
Bellis patrzyła, jak Ta
Dygotał z wściekłości. Bellis podążała za nim w dyskretnym oddaleniu. Jego żarliwość robiła na niej wielkie wrażenie. Osłupiałe reakcje rozlewały się wśród ludzi jak choroba. Niedowierzanie szybko przeszło w pewność, że Ta
Ta
Nie wiedziała, jaka jest prawda. Nie miała pewności, w co wierzy. Nie miała pewności, co się kryje za niezwykłą opowieścią Hedrigalla. Możliwości było kilka. To nie miało jednak znaczenia. Zabroniła sobie myśleć o tym w tej chwili. Postawiono ją w tym miejscu z zadaniem do wykonania i nie zamierzała się od niego uchylać.
Bellis patrzyła, jak ci, którzy usłyszeli słowa Ta
Kochankowie przekazali obywatelom – w spopularyzowanej formie – znaczną część tego, co wiedzieli na temat Blizny. Niełatwo byłoby znaleźć Armadyjczyka, który by nie wiedział, że z Blizny wylewają się możliwości i takie jest źródło jej mocy. Szerokie rzesze mieszkańców widziały włączony miecz Uthera Doula, mogąc się naocznie przekonać, jak w praktyce wygląda eksploatacja potencjalności. Tutaj, na krańcu Ukrytego Oceanu, tak niedaleko od Blizny, która buchała możliwościami jak plazmą, nietrudno było uwierzyć, że Hedrigall – ten Hedrigall, złorzeczący na dolnych pokładach parowca – mówi prawdę.
Ich własny Hedrigall uciekł wprawdzie przed wieloma tygodniami i przypuszczalnie znajdował się tysiące kilometrów dalej – unosił się nad oceanem albo utonął, albo był rozbitkiem w jakiejś obcej krainie – ale ten Hedrigall, którego wyłowili z wody, był prawie-człowiekiem. Uchodźcą z makabrycznych obszarów Bas-Lag, do których zmierzała Armada.
– Dwa dni temu – powiedziała zatrwożonym głosem jakaś kobieta w zasięgu słuchu Bellis. – Od dwóch dni wszyscy nie żyjemy.
Trudno było zlekceważyć takie ostrzeżenie.
Kiedy słońce zsunęło się na najniższą kwartę nieba, historia Hedrigalla rozczapierzyła palce, dosięgając wszystkich okręgów. Powietrze nad miastem zgęstniało od niej.
Hedrigall siedział już w celi, ale Kochankowie popełnili głupi błąd: zostali na dole i opracowywali plan działania. Nad ich głowami Ta
Bellis czekała na „Wielkim Wschodnim” i przypominała sobie opowieść Hedrigalla, która szczelnie wypełniła jej głowę. Katastrofa znowu stanęła jej przed oczyma. Bellis nie próbowała oceniać tego, co powiedział Hedrigall. Była to przejmująca i przejmująco opowiedziana historia. Tylko to się liczyło.
Obserwowała Armadyjczyków, którzy kręcili się wokół niej, debatowali i naradzali się ponuro. Coś planowali, coś szykowali. Wszystko zmierzało do jakiegoś celu.
Czas płynął szybko. Słońce zbliżało się do linii horyzontu. Na terenie całych Niszczukowód zamykano warsztaty i robotnicy gromadzili się na „Wielkim Wschodnim”.
O szóstej Kochankowie wyszli na pokład. Przez skórę przeniknęła do nich świadomość, że coś się dzieje, że ich okręg i całe miasto ogarnął kryzys.
Za ich plecami wyłonił się Uther Doul, ze srogą, ale podszytą nerwowością miną. Na widok rzesz obywateli, które stały przed nimi, cała trójka przeżyła wstrząs. Setki Armadyjczyków, niby niezdyscyplinowana armia: hotchi i ludzie-kaktusy wymieszani z ludźmi, było nawet trochę llorgissów z Niszczukowód.
Nad nimi Brucolac, którego umierające w słońcu nerwy drgały. Na czele tłumu, trochę wysunięty, z butnie uniesioną głową, stał Ta
Kochankowie potoczyli spojrzeniem po swoich poddanych i Bellis dałaby sobie uciąć głowę, że zadrżeli. Po chwili przeniosła wzrok na ich najemnika. Uther Doul nie spotkał się z nią spojrzeniem.
– Rozmawialiśmy z Hedrigallem – zaczęła Kochanka bez cienia niepokoju w głosie.
O zgrozo, Ta
– Oszczędźcie nam tego – powiedział.
Ludzie wymieniali spojrzenia, ośmieleni mocą jego głosu. Oczy Kochanków otworzyły się nieznacznie, lecz ich twarze pozostały nieprzeniknione.
– Dosyć tych kłamstw – ciągnął Ta
Grupka ludzi-kaktusów zaczęła niepewnie podchodzić do drzwi, które tarasowali Kochankowie i Uther Doul.
– Stać! – krzyknęła Kochanka. Ludzie-kaktusy zatrzymali się i spojrzeli na Ta