Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 143 из 151

– Nie biegła pionowo w dół, tylko ukośnie, przez co horyzont wydawał się nachylony. Ponieważ była poszarpana, nie rozcięcie, tylko pęknięcie. Miejscami mogłem zajrzeć w dół. Ocean był wzburzony, płynął silny prąd na północ, chociaż wiatr wiał na południe. Fale parły na północ, niosąc ze sobą miasto, i kiedy docierały na skraj Blizny, to jakby trafiły na mur, przezroczysty mur. Na pionową, gładką jak szkło taflę wody. Ciemnej, ruchomej wody opartej nie wiadomo o co i trzymającej się mocno. A za nią… Puste powietrze… Przepaść… A dziesiątki kilometrów dalej, sto kilometrów dalej, ledwo widoczna, przeciwległa ściana rozpadliny, z tej odległości rozmyta. A między tymi ścianami pustka, z której buchały najprzeróżniejsze moce. Kipiały z tego rozdarcia. Z Blizny.

– Nie umiem sobie wyobrazić, jak ludzie zareagowali. Bo na pewno zobaczyli. Wybuchła panika? Albo radość?

Kochankowie oczywiście nie odpowiedzieli.

– Wiedziałem, jaki jest plan. Zatrzymujemy się kilka kilometrów od Blizny i wysyłamy sterowiec, żeby sprawdzić, czy pokona ten krótki dystans. Ja miałem czuwać na bocianim gnieździe. W razie niebezpieczeństwa miałem wystrzelić flary, wywiesić flagi, wezwać sterowiec do powrotu… Nie wiem, z jakimi niebezpieczeństwami się liczyliście. Myślę, że nie mieliście pojęcia, czego się spodziewać. Nie wiedzieliście przecież nawet, co to jest Blizna. Co sobie wyobrażaliście, że kłębi się w niej od Możliwych Zwierząt? Że będą ją patrolowały stworzenia, które mogły wyewoluować, ale nie wyewoluowały? Nic z tych rzeczy. A ogrom rozpadliny był zatrważający. Miasto nie zwolniło – powiedział.

Umilkł na kilka chwil. To ostatnie zdanie wypowiedział tym samym hipnotyzującym, monoto

Serce skoczyło jej do gardła i zaczęło dudnić jak oszalałe.

– Nie zwolniło – powtórzył Hedrigall. – Wręcz przeciwnie, awank przyspieszył. Znajdowaliśmy się piętnaście kilometrów od Blizny, potem siedem, potem pięć, a miasto nie zatrzymywało się, nie zwalniało. Świat się skrócił. Horyzont był tylko kilka kilometrów od nas i przybliżał się z każdą chwilą a Armada przyspieszała. Zacząłem panikować – w głosie Hedrigalla nie było żadnych emocji, jakby na morzu został z nich kompletnie wyprany. – Zacząłem odpalać flary, próbując ostrzec was przed tym, o czym musieliście wiedzieć. Podejrzewam, że w mieście wybuchła panika, ale nie wiem, nie widziałem. Może wszyscy patrzyliście jak zaczarowani, głupkowatym, szklanym wzrokiem. Ale myślę, że nie, że wybuchła panika, kiedy koniec świata przybliżył się do nas. Moje flary rozświetlały się nad wami, ale nikt nie zwracał na nie uwagi… Cztery kilometry, trzy… Bardzo długo siedziałem bez ruchu jak sparaliżowany. Południowy wiatr był silny i odciągał „Arogancję” od Blizny, jakby sterowiec się bał, tak samo jak ja. To mnie ocuciło.

– Czy ktoś wie, co się stało? Może wy wiedzieliście, zanim zginęliście. Mnie przy tym nie było. Może zawinił awank. Może po tygodniach posłuszeństwa wyzwolił się spod władzy impulsów, którymi go karmiono. Może pękł jakiś bolec wetknięty w jego mózg i zwierzę się obudziło, zdezorientowane i spętane, i pognało do przodu, żeby uwolnić się od więzów. Może zawiodły silniki na skalne mleko. Może z Blizny wylała się jakaś możliwość, na przykład możliwość awarii silników. Bogowie raczą wiedzieć, co się stało… Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że wszędzie spuszczane są łodzie i ludzie gorączkowo chwytają za wiosła albo stawiają żagle, żeby uciec. Ale morze nie było dla nich łaskawe. Żagle wydymały się we wszystkich możliwych kierunkach. Miotające się na falach szalupy, jachty i skify pomknęły na północ, wyprzedzając miasto, chociaż chciały popłynąć w drugą stronę. Prądy i fale ciągnęły je z takim zapamiętaniem, jakby były głodne. Po zaledwie kilku minutach pierwsza łódź dotarła do Blizny. Patrzyłem, jak wiruje ku krawędzi Blizny i zobaczyłem punkciki ludzi wskakujących do morza, a potem rufa poszła do góry i wpadła w tę pustą czeluść. Między miastem a Blizną zaroiło się od łodzi pchanych na północ. I od sterowców. Większości z nich nie udało się wzbić w powietrze, bo za dużo ludzi wsiadało albo czepiało się lin, a przeciążone tym sterowce ślizgały się po nabrzeżu, wpadały do wody, wirowały jak zdechłe wieloryby i gnały ku Bliźnie, gubiąc po drodze załogę.

– Armada zaczęła się powoli obracać, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Horyzont szarpał się i pochylał. Kiedy byliśmy kilometr od Blizny, poczułem chłód w głowie i nagle wiedziałem, co muszę zrobić. Wziąłem do ręki kuszarpacz, ustawiłem się nad włazem i zacząłem strzelać do liny cumującej sterowiec. Lina była grubości uda, kołysała się jak pyton, przywiązana do sterowca dziewięć metrów pode mną. Miałem sześć chakri. Najpierw trzy razy spudłowałem, i to bardzo. Czwarty pocisk trafił, ale niedokładnie, rozciął linę do połowy. Piąty przeleciał obok i została mi tylko jedna szansa. Ale chociaż uspokoiłem dłonie i wydawało mi się, że dobrze wycelowałem, znowu chybiłem. Wiedziałem, że już po mnie. Rzuciłem kuszarpacz i zgrabiałymi palcami chwyciłem się krat obok włazu. Poniewierany przez wiatr, patrzyłem, jak lina się strzępi, lecz o wiele za wolno, żeby mnie uratować.

– Dachy, dachówki, wieże, taksówki powietrzne, bandery, małpy oszalałe ze strachu, którego źródeł nie rozumiały, obywatele biegający idiotycznie w tę i we w tę, jakby którekolwiek miejsce miało zostać oszczędzone. Obserwowałem to przez teleskop. Ciekawe, jak było w morzu. Ciekawe, jak zachowywali się ludzie-raki, ludzie-ryby i Bastard John. Może przeżyli, kto wie? Może odpłynęli. Może porzucili pędzące ku zagładzie miasto.

– Platforma „Sorgo”, park Crooma, „Wielki Wschodni” i ja jako pierwsi dotarliśmy nad krawędź. Wiatr na chwilę się zmienił, przez co „Arogancja” przeleciała nad wodnym klifem i mogłem zajrzeć w czeluść. Czas płynął bardzo powoli, kiedy sunęła nad Blizną. Trwało to tylko kilka sekund, które jednak ciągnęły się w nieskończoność.

– Przeleciałem nad krawędzią morza i spojrzałem na ścianę wody. Słońce wbijało się w powierzchnię morza, aby przefiltrowane i załamywane przez wodę wyjść przez pionowy klif. Trzydzieści metrów pod powierzchnią widziałem większe ode mnie ryby, które wystawiały pyski na powietrze. Na obrzeżach Blizny na pewno istnieje odrębny system ekologiczny. Nawet trzy, cztery kilometry w głąb, gdzie panuje bezlitosne ciśnienie, woda jest nasłoneczniona. Ta lita ściana wody, z ruchomymi warstwami kolorów, ciągnęła się przez wiele kilometrów. Widok nie podlegał regułom perspektywy… A potem było błoto: pokład gęstego, czarnego błota na dnie morza. A potem warstwa skały, wielokrotnie grubsza od warstwy wody. Czerwona, czarna i szara skała, gładko rozpłatana. I głęboko w dole ruchomy, płonący blask, z tej odległości matowy. Rzeki pły

Głos Hedrigalla rozbrzmiewał głuchą zgrozą.

– Patrzyłem na to wszystko ledwo kilka sekund, ale pamiętam wszystkie pokłady koloru, jakby ktoś wsypał piasek do butelki. Oko nie radziło sobie ze skalą tego wszystkiego. Armada zatrzymała się na kilka chwil. Znieruchomiała kawałek od otchłani, i awank po raz ostatni szarpnął do przodu… Najpierw zobaczyłem zwierzę przez wodę, sześć kilometrów w dół, tuż nad ciemnym dnem morskim. W głębinach pojawił się jakiś kształt, który przybliżał się do przepaści. Potem z apokaliptycznym hukiem zaczął się przebijać przez morskowodny klif. Półtora kilometra cielska. Wyskoczyła głowa, woda rozłupywała się i rozpryskiwała wokół niej, długie na tysiące metrów katarakty dudniły i rozszczepiały się, krople wody wielkości domów wirowały i eksplodowały, spadały ku pustce, w głąb Blizny. Zobaczyłem pierwszy z łańcuchów, gigantyczny, tworzący rozdarcie w morzu między awankiem a miastem w górze. Potem przebiły się kolejne łańcuchy, morska ściana była okaleczona równoległymi pionowymi wyrwami, jakby ją podrapał jakiś olbrzymi drapieżny ptak. Ciało awanka wysuwało się coraz dalej, płetwy, kolce, rzęski, i kiedy znalazło się w powietrzu, zawładnęła nim grawitacja i tor lotu wygiął się w dół. Łańcuchy naprężyły się, dziobowe krańce Armady dotarły na skraj przepaści i miasto zaczęło się wysuwać nad otchłań. Awank wydał z siebie dźwięk, który rozbił wszelkie szkło wokół mnie. Kadłuby okrętów podwodnych, na których wspierała się „Sorgo”, przebiły pionową ścianę wody, a potem dziobowe obszary Niszczukowód, Cieplarni i Bud dotarły do końca morza, wyskoczyły, zadygotały i spadły.