Страница 138 из 151
Bardzo powoli, na razie nie szybciej niż wtedy, kiedy ciągnęły ją chmary holowników. Ale znów sunęła do przodu. Awank ruszył, ból rany ustępował.
Grindylow odeszli.
A Silas żyje.
Trzymając się relingu, Bellis zdążała ku dziobowi „Wielkiego Wschodniego”. Mijając grupę domków, usłyszała jakieś dźwięki. Z przodu byli ludzie.
Przebiegła wzrokiem Niszczukowody, Pragnieniowice, Czasy i Książkowice. Bitewne hałasy były cherlawe. Nie słyszała już odgłosów przemieszczania się rzesz ludzkich ani nieprzerwanej kanonady strzałów. Docierały do niej tylko pojedyncze okrzyki i huki.
Wojna zamierała. Bunt dobiegł końca.
Nikt nie wygłaszał żadnych deklaracji. Na podstawie tego, co ją otaczało, nie sposób było stwierdzić, która strona zwyciężyła. Lecz kiedy Bellis wyszła zza węgła i zobaczyła scenę, która rozgrywała się na przednim pokładzie „Wielkiego Wschodniego”, nie była zaskoczona. Przy burtach okrętu flagowego stali posępni przedstawiciele wszystkich ras, okaleczeni i zakrwawieni, z bronią w ręku.
Mieli przed sobą stos zwłok. Wiele z nich było zmiażdżonych, z rozerwanymi klatkami piersiowymi, wypalonymi albo wypatroszonymi. Większość miała ucięte głowy, które leżały porozrzucane bezładnie po pokładzie, rozdziawione, straszące kłami i wężowymi językami.
Wampiry. Dziesiątki wampirów. Pokonanych. Straconych, uśmierconych. Losy bitwy odwróciły się, kiedy ich tajemniczy sprzymierzeńcy zniknęli, a spontaniczne rozruchy wspierające bunt wygasły. Bez wsparcia mieszkańców Pragnieniowic i szerokich rzesz i
Bellis usłyszała nad głową jakiś ruch. Spojrzawszy na fokmaszt „Wielkiego Wschodniego”, zszokowana wybałuszyła oczy. I pomyślała: „A, od tego zaczęła się ich klęska. Wampiry z Pragnieniowic nie miały już szans wygrać. Od kiedy to makabryczne wahadło zadyndało na maszcie, strach, który szerzyli, musiał zgasnąć jak echo”.
Trzy metry nad pokładem – przywiązany do poprzeczki jak do krzyża, z jęzorem wywalonym na wierzch niby u zdechłego zwierzęcia, z zębami i wargami zabarwionymi własną krwią – wisiał Brucolac.
Rozdział czterdziesty piąty
Kiedy wstał świt, Brucolac znalazł w sobie siły, żeby wrzasnąć.
Słońce paliło go. Zamknął oczy i bezproduktywnie rzucał głową, usiłując wytrząsnąć z nich światło. Skórę poprzecinały pręgi, jakby oblano go jakimiś niebezpiecznymi chymikaliami. Srogoblada twarz poczerwieniała, zaczęła się łuszczyć i ropieć w świetle dnia.
Brucolac miotał się nieestetycznie jak wyrzucone na brzeg morskie stworzenie. Siły z niego wyciekały. Wydawał z siebie ciche jęki bólu.
Był silny, dlatego słońce na razie go nie zabiło, ale przyprawiło go o kalectwo, a przede wszystkim o potworne cierpienie. Dwie godziny po świcie był zbyt otępiały z bólu, żeby choć pisnąć. Z ust ciekła mu ślina i jad, tracąc swoją naturę.
Światło słoneczne wyżerało też skórę jego ukatrupionych pretorian. Z upływem dnia dziesiątki zastygłych ciał były coraz bardziej zapęcherzone i odkształcone. O zmierzchu wrzucono je wszystkie do morza.
Ciemności podziałały na Brucolaca jak kojąca maść. Ból powoli ulatniał się z niego. Wampir z wysiłkiem rozwarł zasklepione ropą oczy. Organizm zaczął się regenerować, ale spustoszenia poczynione przez słońce były znaczne i dopiero koło północy znalazł w sobie dość sił, żeby wydobyć z siebie jakiś głos.
Nikt nie zwrócił uwagi na jego skrzeczący jęk. Nie zaopiekowano się nim. Nie nakarmiono go. Kurcze i bóle paraliżowały mu kończyny. Przez całą noc wył o pomoc lub zmiłowanie. Próbował wykrzykiwać groźby, ale jego słowa wyradzały się w rozpaczliwy skowyt zwierzęcia. Godziny mijały leniwie i w końcu zobaczył, że ciemności rozcieńczają się na wschodzie.
Proces gojenia dopiero się rozpoczął. Rany wciąż były rozjątrzone, kiedy słońce wypełzło zza horyzontu i zaczęło je obmacywać sadystycznymi palcami. Dzień znowu był na górze, jakby obróciło się koło zębate w jakiejś bezlitosnej maszynie.
Przystąpiono do sprzątania miasta. Na stygnące jeszcze „Nosidło” weszły ekipy inżynierów, aby oszacować szkody i zdecydować, co nadaje się do uratowania.
Gorąco odkształciło całe pomieszczenia i korytarze, zmieniając stan skupienia ścian. Znajdowano sporo ciał: niektórych nienaruszonych, niektórych w rozmaity sposób uszkodzonych.
W całych Niszczukowodach i na obrzeżach sąsiednich okręgów konflikt pozostawił po sobie ślady z rozbitego szkła, dziur po pociskach i plam krwi w rynsztokach. Gruz wywożono do fabryk, a złom do odlewni.
Lojaliści Niszczukowód patrolowali ulice. W okręgach Cieplarnia i Budy panował spokój. Ich władcy nie wiedzieli nic o buncie i czekali sparaliżowani, obserwowali zmagania, próbując ocenić, kto ma przewagę, gotowi włączyć się do walki, gdyby porażka Niszczukowód wydawała się już tylko kwestią czasu. Ale wampiry zostały pokonane. Władcy Cieplarni i Bud woleli się nie wychylać, ze strachu przed Kochankami.
Generał z Alozowic nie żył, zabity przez wampiry, którzy wzięli go na zakładnika i wpadli w panikę, kiedy usłyszeli, że ich przywódcę ujęto. W rewanżu wszyscy zostali uśmierceni, przy wielkich stratach wśród strupodziejów. Ściany Holu Kurhanu oszpeciły wielkie, lejące się, ciemnoczerwone rzeźby – rozbryzgi krwi strupodziejów.
Nikt nie wiedział dokładnie, jak liczna była drużyna Brucolaca i nikt nie potrafił precyzyjnie określić, ilu jego pretorian zabito. Nie ulegało wątpliwości, że niektórzy przeżyli. Pokonani, z pewnością zeszli do podziemia, wtapiając się w margines społeczny Armady. Mieszkali na dziko w ruinach lub ukryli się w przytułkach. Niewidoczni.
Na pewno bardzo uważali podczas żerowania. Musieli być wybiórczy, powściągliwi i brutalni – nie było mowy o pozostawianiu ofiar przy życiu. Za to niszczukowodzcy funkcjonariusze zaklinali się, że wyłapią wszystkie wampiry, a los schwytanych był przesądzony.
Strach przed wampirami zgasł.
Tymczasem największy zdrajca, Brucolac, wisiał na swoim metalowym krzyżu, skwiercząc w słońcu i powoli zdychając z głodu.
Awank trochę przyspieszył, ale nadal ciągnął wolniej niż przed chorobą i z niejednostajną prędkością. Po paru dniach nawigatorzy nabrali przekonania, że rany awanka, odniesione w tajemniczych okolicznościach znanych tylko garstce Armadyjczyków, nie goją się. Zwierzę nadal krwawiło i traciło siły.
Nie było zemsty na obywatelach Pragnieniowic. Kochankowie obwieścili lakonicznie, że nie są oni współwi
A jednak najliczniejsze i najlepiej uzbrojone patrole gwardzistów z Niszczukowód i straży obywatelskiej wysyłano do dzielnicy wampirów. Mieszkańcy okręgu patrzyli na nie spode łba, ukrywając stłuczenia i rany odniesione w tamten wieczór, bo nie ufali miłosierdziu Kochanków.
Razem z dymem pożarów nad miastem rozprzestrzeniło się w noc buntu coś jeszcze, do tej pory nierozwianego: dręcząca niepewność, podejrzliwość wobec władz. Uczucia te ogarnęły nawet tych, którzy dzielnie walczyli przeciwko Brucolacowi.
Krew, przemoc i strach – wydawało się, że taka jest spuścizna projektów Kochanków. Po stuleciach pokoju Armada w ciągu trzydziestu dni stoczyła dwie wojny – w tym jedną sama ze sobą. Fanatyzm Kochanków zaburzył delikatną równowagę sił, sieci zobowiązań i interesów porwały się, wewnętrznie konfliktując miasto.