Страница 87 из 112
Słowo „sądzeni” uderzyło Paula jak grom. „Przebyliśmy całą tę drogę na darmo” – pomyślał.
Grupa „Czystych” spędziła środę w domu Lou Goelza w Teheranie.
Wcześnie rano zadzwonił z Dallas Tom Walter. Połączenie było nie najlepsze, rozmowa utrudniona, ale Joe Pochemu udało się powiedzieć Walterowi, że on i jego grupa są bezpieczni. Przeniosą się do ambasady jak najszybciej i opuszczą kraj, gdy tylko ambasada zorganizuje loty ewakuacyjne. Poche poinformował też swego rozmówcę, że stan Cathy Gallagher nie poprawił się i poprzedniego wieczoru zabrano ją do szpitala.
John Howell zawołał Abolhasana, który miał jeszcze wiadomość od Dadgara. Dadgar wyraził zainteresowanie rozmowami w sprawie zmniejszenia kaucji. Gdyby EDS ustaliło miejsce pobytu Paula i Billa, spółka powi
Howell zrozumiał to tak, że Paul i Bill nie będą mogli dostać się na lot ewakuacyjny. Zastanawiał się też, czy Grupa „Czystych” może być w większym niebezpieczeństwie niż Grupa „Podejrzanych”. To samo nurtowało Boba Younga. Właśnie gdy o tym rozmawiali, usłyszeli strzały, które wydawały się dochodzić od strony ambasady amerykańskiej.
„Narodowy Głos Iranu”, stacja radiowa nadająca z Baku w Związku Radzieckim, od wielu już dni rozpowszechniała „wiadomości” o tajnych amerykańskich planach kontrrewolucji. W środę „Narodowy Głos” podał, że akta SAVAK, znienawidzonej tajnej policji szacha, przeniesiono do ambasady Stanów Zjednoczonych. Historia była zapewne zmyślona, ale nosiła wszelkie znamiona prawdopodobieństwa. SAVAK została stworzona przez CIA i pozostawała z nią w bliskim kontakcie, poza tym wszyscy wiedzieli, że ambasady USA – tak jak wszystkie zresztą ambasady – roiły się od szpiegów, którzy niezbyt przekonywająco udawali dyplomatów. W każdym razie część rebeliantów w Teheranie uwierzyła w tę wiadomość i bez konsultacji z którymkolwiek z doradców ajatollaha Chomeiniego zdecydowała się na podjęcie akcji. Rankiem weszli do wysokich budynków otaczających ogrodzony teren ambasady, uzbrojeni w broń maszynową, i zajęli pozycje.
O wpół do jedenastej otworzyli ogień.
Ambasador William Sullivan znajdował się w sekretariacie, rozmawiając przez znajdujący się tam telefon z wiceministrem spraw zagranicznych Chomeiniego. Prezydent Carter zdecydował się uznać nowy, rewolucyjny rząd Iranu i Sullivan ustalał sprawę wręczenia oficjalnej noty dyplomatycznej. Gdy odłożył słuchawkę, odwrócił się i zobaczył swojego attache prasowego, Barry Rosena, w towarzystwie dwóch amerykańskich dzie
Rosen powiedział mu, że dwaj dzie
Rosen wyszedł. Zadzwonił telefon. Sullivan podniósł słuchawkę. Rozległ się nagły, straszliwy huk broni palnej i grad pocisków roztrzaskał okna gabinetu. Sullivan rzucił się na podłogę. Przeczołgał się przez pokój do następnego biura, gdzie spotkał się nos w nos z Charliem Naasem, swoim zastępcą, który w momencie rozpoczęcia strzelaniny prowadził spotkanie w sprawie lotów ewakuacyjnych. Sullivan miał do dyspozycji dwa numery telefonów, których mógł użyć w razie niebezpieczeństwa, aby skontaktować się z przywódcami rewolucji. Polecił teraz Naasowi zadzwonić pod jeden, a attache wojskowemu pod drugi. Ciągle leżąc na podłodze, dwaj mężczyźni ściągnęli telefony z biurka.
Sullivan wyjął krótkofalówkę i zażądał relacji z terenu ambasady od jednostek marines.
Atak broni maszynowej stanowił osłonę dla oddziału około siedemdziesięciu pięciu rebeliantów, którzy przeszli przez front muru otaczającego teren ambasady i nacierali teraz na rezydencję Sullivana. Na szczęście większość personelu znajdowała się razem z nim w budynku biurowym. Ambasador rozkazał marines wycofać się, nie używać karabinów i strzelać z rewolwerów tylko w samoobronie. Potem wyczołgał się z apartamentów na korytarz.
Przez następną godzinę atakujący zdobyli rezydencję i budynek mieszczący bar samoobsługowy. Sullivan zebrał wszystkich cywilów w pomieszczeniu sekcji telekomunikacyjnej na piętrze. Gdy usłyszał, jak atakujący rozwalają stalowe drzwi budynku, rozkazał, aby będący wewnątrz marines dołączyli do cywilów. Tam nakazał im złożyć broń na stos w kącie, a wszystkim poddać się jak najszybciej. W końcu sam dołączył do zebranych w pomieszczeniu sekcji, zostawiając na zewnątrz tylko attache wojskowego z tłumaczem. Gdy napastnicy dotarli do pierwszego piętra, Sullivan otworzył drzwi i wyszedł z podniesionymi rękoma. I
Nagle za oknem padł strzał. Wszyscy Amerykanie rzucili się na podłogę. Jeden z Irańczyków myślał chyba, że strzał pochodzi z wewnątrz i wściekle skierował swego AK – 47 w plątaninę ciał na podłodze.
– To było na zewnątrz! To było na zewnątrz! – wrzasnął w farsi Rosen.
W tym momencie Sullivan zorientował się, że leży obok dwóch dzie
– Mam nadzieję, że dokładnie to wszystko notujecie – powiedział. W końcu zostali wyprowadzeni na podwórze, gdzie Ibrahim Jazdi, nowy wicepremier ajatollaha, przepraszał Sullivana za ten atak. Jazdi dał mu też, jako osobistą eskortę, grupę studentów, która miała być odtąd odpowiedzialna za jego bezpieczeństwo. Przywódca grupy wyjaśnił Sullivanowi, że są dobrze przygotowani do tego, aby go chronić. Doskonale znali rozkład zajęć ambasadora i jego samego, ponieważ do niedawna mieli za zadanie zamordować go.
Późnym południem zadzwoniła ze szpitala Cathy Gallagher. Dostała jakieś środki, które przynajmniej chwilowo pomogły i chciała wrócić do męża i i
Przyjechała wieczorem, o jakiejś wpół do ósmej. Czuła się lepiej, ale Gholam, podwożąc ją, przekazał straszną wiadomość.
– Ostrzelali wczoraj nasze pokoje hotelowe – opowiadała Cathy. – Gholam poszedł do Hyatta zapłacić rachunek EDS i zabrać bagaże, które zostawili. Pokoje były zdemolowane, bagaże pocięte na strzępy, a wszędzie widniały dziury po kulach.
– Tylko nasze pokoje? – zapytał Howell.
– Tak.
– Czy dowiedział się, jak to się stało?
– Gdy Gholam poszedł zapłacić rachunek, dyrektor hotelu zapytał: „Kim, do diabła, byli ci ludzie? CIA?”
Najwyraźniej w poniedziałek rano, wkrótce po tym, jak ludzie EDS opuścili hotel, zajęli go rebelianci. Sterroryzowali wszystkich Amerykanów, żądając ich paszportów i pokazywali zdjęcia dwóch mężczyzn, których szukali. Ani dyrektor jednak, ani nikt i