Страница 84 из 112
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Gdy Grupa „Podejrzanych” odjeżdżała z podwórza domu Dvoranchików, Ralph Boulware był na lotnisku w Istambule, oczekując na Rossa Perota.
Boulware miał co do Perota dość mieszane uczucia. Kiedy przyszedł do EDS, był technikiem, teraz zaś pracował jako dyrektor. Miał wspaniały duży dom w białej dzielnicy Dallas i dochody, o których niewielu czarnych Amerykanów mogło w ogóle marzyć. Zawdzięczał to wszystko EDS oraz polityce promowania talentów, stosowanej przez Perota. Nie dostał oczywiście tego wszystkiego za darmo, dostał to za tęgą głowę, ciężką pracę i rzutkość w interesach. Tym, co miał za darmo, była możliwość pokazania swojej forsy.
Z drugiej strony Boulware podejrzewał, że Perot chciał zawładnąć swoimi ludźmi bez reszty. Dlatego właśnie byli żołnierze dobrze dawali sobie radę w EDS – nie krępowała ich dyscyplina i byli przyzwyczajeni do dwudziestoczterogodzi
Podziwiał Perota za wyjazd do Iranu. W przypadku człowieka tak bogatego, tak wygodnie urządzonego i strzeżonego, wystawianie tyłka na pierwszą linię, tak jak to robił, wymagało sporej odwagi. Prawdopodobnie trudno byłoby znaleźć i
Tu znowu Boulware zastanawiał się – zastanawiał się przez całe życie – czy naprawdę mógłby kiedykolwiek zaufać białemu człowiekowi.
Wydzierżawiony Boeing 707 Perota wylądował o szóstej rano. Boulware wszedł na pokład. Ogarnął bogaty wystrój szybkim spojrzeniem i zaraz o nim zapomniał – spieszyło mu się.
Usiadł obok Perota.
– Mam za pół godziny samolot, więc muszę się streszczać – powiedział. – Nie kupisz tu helikoptera ani awionetki.
– Dlaczego?
– To jest sprzeczne z prawem. Możesz wyczarterować samolot, ale nie zabierze cię on wszędzie tam, gdzie byś zechciał. Czarterujesz na określony kurs.
– Kto tak mówi?
– Prawo. Poza tym, czartery zdarzają się tak rzadko, że od razu miałbyś na karku urzędników zadających pytania, co mogłoby nie być ci na rękę. Teraz…
– Chwileczkę, Ralph, nie tak szybko – przerwał Perot. Błysk w jego oczach mówił „ja tu jestem szefem”. – A gdybyśmy dostali helikopter z i
– Jestem tu od miesiąca i przyjrzałem się wszystkiemu dokładnie. Nie możesz wynająć helikoptera, nie możesz wynająć samolotu, a ja muszę teraz wyjechać, aby spotkać Simonsa na granicy.
Perot wyprostował się.
– W porządku. Jak masz zamiar się tam dostać?
– Pan Fish załatwił nam autobus. Jest już w drodze. Jechałem nim, ale musiałem zostać w tyle, żeby spotkać się z tobą. Polecę do Adany – to mniej więcej w połowie drogi – i tam dogonię autobus. Mam ze sobą Ilsmana, faceta z wywiadu, a także drugiego faceta do tłumaczenia. Kiedy tamci mają dotrzeć do granicy?
– Jutro o drugiej po południu.
– Nie będzie łatwo. Zobaczę się z wami później.
Wrócił biegiem do terminalu, akurat aby zdążyć na samolot. Ilsman, tłusty tajniak, oraz tłumacz – Boulware nie znał jego nazwiska, nazywał go „Charlie Brown” – byli już na pokładzie. Wystartowali o szóstej trzydzieści.
Polecieli na wschód, do Ankary, gdzie czekali kilka godzin na kolejne połączenie. W południe dotarli do Adany, niedaleko biblijnego miasta Tars, w południowo – centralnej Turcji.
Autobusu nie było. Czekali godzinę, w końcu Boulware stracił nadzieję, że przyjedzie. Razem z Ilsmanem i „Charlie Brownem” poszedł do informacji i zapytał o połączenie lotnicze z Adeny do Wan, miasta położonego jakieś sto mil od zbiegu granic.
Nie było w ogóle lotów do Wan.
– Zapytaj, czy możemy wyczarterować jakiś samolot – polecił „Charliemu” Boulware.
„Charlie” zapytał.
– Nie ma tu samolotów do wyczarterowania – brzmiała odpowiedź.
– Czy możemy kupić jakiś samochód?
– Samochody są w tej części kraju rzadkością.
– Nie ma w mieście handlarzy używanych wozów?
– Jeśli nawet są, nie będą nic mieli.
– Czy jest jakikolwiek sposób, by dostać się stąd do Wan? – Nie. Przypominało to dowcip o turyście, który spytawszy chłopa o drogę do Londynu, słyszy w odpowiedzi: „Gdybym jechał do Londynu, nie zaczynałbym stąd”. Wyszli z terminalu i stanęli obok pokrytej kurzem drogi. Nie było nawet chodnika. Prawdziwe zadupie. Boulware czuł się załamany. Jak dotąd szło mu łatwiej niż reszcie ratowniczej grupy, nie był nawet w Teheranie. Teraz, gdy przyszła jego kolej, wyglądało to, jakby miał przegrać. A Boulware nienawidził porażek. Zobaczył zbliżający się samochód z jakimiś tureckimi znakami na boku.
– Hej! – krzyknął. – Czy to taksówka?
– Tak – odparł „Charlie”.
– Do diabła, bierzemy taksówkę!
„Charlie” zatrzymał samochód i wsiedli do środka.
– Powiedz mu, że chcemy jechać do Wan – mruknął Boulware. Kierowca ruszył. Po kilku sekundach zapytał o coś i „Charlie przetłumaczył”.
– Co za Wan?
– Powiedz mu, że Wan w Turcji. Kierowca zatrzymał samochód.
– On pyta, czy wiecie, jak to daleko – powiedział „Charlie”. Boulware nie był pewien, ale pamiętał, że gdzieś w połowie drogi przez Turcję.
– Powiedz mu, że tak.
– Nie zabierze nas – oznajmił „Brown” po kolejnej krótkiej wymianie zdań.
– Czy zna kogoś, kto to zrobi? Kierowca odpowiedział wzruszeniem ramion.
– Zabierze nas na postój taksówek, tam będziemy mogli popytać.
– Dobra.
Wjechali do miasta. Postój był po prostu jeszcze jednym kawałkiem zakurzonej drogi. Stało tam kilka samochodów, jeden starszy od drugiego.
Ilsman zaczął rozmawiać z kierowcami. Boulware i „Charlie” znaleźli mały sklepik i kupili torebkę jaj na twardo. Gdy wyszli, Ilsman już znalazł kierowcę i targował się o cenę. Taksówkarz dumnie wskazał swój samochód, którego widok wprawił Boulware’a w przerażenie. Był to mniej więcej piętnastoletni „Chevrolet”, na oko wciąż jeszcze jeżdżący na oryginalnych oponach.
– Mówi, że będziemy potrzebować jakiegoś jedzenia – rzekł „Charlie”.
– Mam trochę jajek.
– Możemy potrzebować więcej.
Boulware wrócił do sklepu i kupił dziesięć kilogramów pomarańczy. Wsiedli do „Chevroleta” i pojechali na stację benzynową. Kierowca kupił zapasowy kanister, napełnił go benzyną i włożył do bagażnika.
– Tam, gdzie jedziemy, nie ma stacji benzynowej – wyjaśnił „Charlie”. Boulware oglądał mapę. Droga, którą mieli pokonać, miała około pięciuset mil i prowadziła przez góry.
– Słuchaj – powiedział. – Nie ma szans, żeby ten samochód dowiózł nas do granicy jutro do drugiej po południu.
– Nie rozumie pan – odparł „Charlie”. – Ten człowiek jest tureckim kierowcą.
– Ech, cholera… – machnął ręką Boulware. Wrócił na miejsce i zamknął oczy.
Wyjechali z miasta, kierując się w stronę gór środkowej Turcji żwirową, błotnistą i strasznie wyboistą, a w wielu miejscach niewiele starszą od samochodu drogą. Wiła się nad górskimi stokami, mając po jednej stronie zapierający dech w piersiach, prawie pionowy uskok. Ani śladu balustrady, która mogłaby uchronić nieuważnego kierowcę przed upadkiem w przepaść. Ale krajobraz był wspaniały, z fantastycznymi widokami na skąpane w słońcu doliny. Boulware postanowił powrócić tu pewnego dnia, z Mary, Stacy i Kesją, aby jeszcze raz, bez pośpiechu, odbyć tę podróż.
Z góry zbliżała się do nich jakaś ciężarówka. Taksówkarz zahamował i stanął.
Z ciężarówki wysiedli mężczyźni w mundurach.
– Patrol wojskowy – stwierdził „Charlie Brown”.
Kierowca opuścił szybę. Ilsman zagadał do żołnierzy i choć Boulware nic nie rozumiał, wyglądało na to, że patrol był zadowolony.
Taksówkarz ruszył.
Po godzinie zatrzymał ich i
O zmroku dostrzegli przydrożną restaurację. Zatrzymali się przy niej. Lokal był prymitywny i obrzydliwie brudny.