Страница 7 из 46
Kerans położył dłoń na czole Beatrice, badając jej temperaturę jak dziecku.
– Co Riggs miał na myśli sugerując, że niedobrze sypiasz? Już drugi raz dzisiejszego ranka wspomniał coś o zaburzeniach snu.
Beatrice na chwilę zapatrzyła się w dal.
– Och, to nic takiego. Miałam ostatnio kilka dziwacznych i przerażających snów. Mnóstwo ludzi miewa koszmary nocne. Nie ma o czym mówić. Powiedz mi lepiej, Robercie, ale poważnie: czy jeśli zdecyduję się zostać, zostaniesz ze mną? Moglibyśmy zamieszkać tutaj razem.
Kerans uśmiechnął się szeroko.
– Chcesz mnie skusić, Bea? Co za pytanie! Pamiętaj, że jesteś nie tylko najpiękniejszą, ale i jedyną kobietą w tych okolicach. Doprawdy, trudno byłoby znaleźć bardziej trafną podstawę do biblijnego porównania. Adam nie miał zmysłu estetycznego, bo inaczej zdałby sobie sprawę, że Ewa była dziełem dosyć przypadkowym.
– Jesteś dzisiaj szczery. – Beatrice wstała i podeszła do brzegu basenu. Obiema rękami zgarnęła włosy z czoła. Jej smukłe, gibkie ciało zalśniło w słońcu.
– Czy rzeczywiście musimy wyjechać tak nagle, jak twierdzi Riggs? Mamy przecież motorówkę.
– To wrak. Pierwsza poważniejsza burza rozpruje ją jak zardzewiałą puszkę po konserwach.
Zbliżało się południe. Upał na tarasie stawał się już nie do wytrzymania, więc Kerans i Beatrice weszli do mieszkania. Filtry podwójnych żaluzji przepuszczały do niskiego, przestro
Przez kilka chwil Kerans wpatrywał się w ciszy w przyćmiony, żółty pierścień słońca Emsta, przeświecający pośród egzotycznej rośli
– Beatrice.
Przyglądała mu się, kiedy do niej podchodził. W jej spojrzeniu pojawił się wyraz lekkiego niezadowolenia.
– Co się stało, Robercie?
Kerans zawahał się. Nagle zdał sobie sprawę, że, choć krótka i niezauważalna, minęła właśnie ważna chwila, niosąca go w strefę decyzji, z której nie będzie już mógł się wycofać.
– Chyba zdajesz sobie sprawę, że jeśli pozwolimy Riggsowi wyjechać bez nas, to nie znaczy, że będziemy mogli wyjechać stąd później. To znaczy, że będziemy musieli pozostać tu na zawsze.
Rozdział III. Ku nowej psychologii
Cumując katamaran przy nabrzeżu, Kerans rzucił trap, a potem ruszył kładką w stronę bazy. Kiedy otwierał właz, obejrzał się raz jeszcze na lagunę. Wśród fal upału dostrzegł Beatrice, wspartą o balustradę balkonu. Kiedy jej pomachał, w charakterystyczny dla siebie sposób odwróciła głowę i nie zareagowała.
– Pa
Kerans wzruszył ramionami.
– Wie pan, sierżancie, jak twarde i niezależne bywają samotne dziewczyny. Jeśli mężczyzna nie ma się na baczności, to mogą mu napędzić porządnego strachu. Próbowałem namówić Beatrice, żeby spakowała się i wyjechała z nami. Jeżeli sprzyja mi szczęście, to chyba tak zrobi.
Macready wpatrywał się uważnie w dach dalekiego bloku mieszkalnego.
– Cieszę się, że pan to mówi, doktorze – powiedział niezobowiązująco, ale Kerans nie umiał zdecydować, czy sceptycyzm w głosie sierżanta odnosił się do niego, czy raczej do Beatrice.
Bez względu na to, czy ostatecznie zostaną czy nie, Kerans postanowił udawać, że jednak wyjeżdżają. Przez trzy następne dni powi
– Doktor Bodkin prosił mnie, żebym pana wezwał, jak tylko pan przyjedzie, proszę pana. Porucznik Hardman nie czuł się rano zbyt dobrze.
Kerans skinął głową, omiatając wzrokiem pusty pokład. Zjadł lunch z Beatrice wiedząc, że popołudniami w bazie nikogo nie ma. Połowa załogi była z Riggsem albo w helikopterze, reszta zaś spała w swoich kojach, toteż Kerans liczył, że będzie mógł odbyć samotną przechadzkę po magazynach i zbrojowni. Ale na nieszczęście Macready, czujny jak zwykle pies pułkownika, i teraz deptał mu po piętach, gotów towarzyszyć mu na dół, do lazaretu, na pokład B.
Kerans bacznie przyglądał się parze komarów, które wślizgnęły się za nim, kiedy wchodził przez druciany właz.
– Ciągle przedostają się do środka. Co z tym podwójnym zabezpieczeniem, które miał pan założyć?
Odpędzając komary furażerką, Macready niepewnie rozglądał się wokoło. Położenie drugiej warstwy osłony na drucianą siatkę otaczającą bazę było od dawna jednym z ulubionych projektów pułkownika Riggsa. Czasami nawet rozkazywał Macready'emu wyznaczyć ludzi do wykonania odpowiednich prac, ale ponieważ wymagały one siedzenia na drewnianym koźle w pełnym słońcu i w samym środku całej chmary komarów, ukończono dopiero roboty w kilku ważniejszych miejscach wokół kabiny pułkownika. Dzisiaj, kiedy mieli ruszyć dalej na północ, praktyczne znaczenie tego pomysłu zbladło, ale raz zbudzone prezbiteriańskie sumienie Macready'ego nie chciało już dać mu spokoju.