Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 2 из 46

Olbrzymi komar z gatunku Anopheles, niemal wielkości ważki, plunął mu w twarz świstem powietrza, a potem zanurkował w dół, w kierunku pływającego nabrzeża, przy którym stał zacumowany katamaran Keransa. Słońce wciąż kryło się za rośli

W oddali, gdzieś za zatopionym o pół mili na południe korpusem dużej gotyckiej budowli, zakaszlał i zakrztusił się silnik Diesla. Kerans wrócił do pokoju, zamknął druciane drzwi balkonu i poszedł do łazienki, żeby się ogolić. Z hotelowych kranów woda nie ciekła już od dawna, ale Kerans urządził sobie zbiornik w brodziku, pieczołowicie destylując wodę w kotle na dachu, która spływała do środka rurką, wprowadzoną do łazienki przez okno.

Choć miał dopiero czterdzieści lat, zarost zbielał mu wskutek działania radioaktywnego fluoru, zawartego w wodzie, ale wyblakła, po żołniersku ostrzyżona czupryna i głęboka, bursztynowa opalenizna odmładzały Keransa przynajmniej o dziesięć lat. Chroniczny brak apetytu i kolejne nawroty malarii wysuszyły mu szorstką skórę na policzkach, podkreślając jeszcze ascetyczność jego fizjonomii. Podczas golenia przyglądał się krytycznie swoim rysom, obmacując zwężającą się powierzchnię twarzy, ugniatając palcami więdnące mięśnie, które powoli zmieniały kształt jego oblicza, odsłaniając głęboko uśpioną dotąd osobowość. Z ironicznym dystansem wodził chłodnymi, niebieskimi oczami po swojej twarzy, a choć z natury był introwertykiem, teraz wydawał się sobie jeszcze spokojniejszy i bardziej zrównoważony niż kiedykolwiek dotąd. Nieco nieśmiałe zainteresowanie swoim własnym światem, z jego prywatnymi rytuałami i obrzędami, minęło bez śladu. Jeśli trzymał się z dala od Riggsa i jego ludzi, to po prostu dla świętego spokoju, nie zaś wskutek mizantropii.

Wychodząc wybrał ze sterty ubrań, pozostawionych w szafie przez finansistę, kremową jedwabną koszulę z monogramem, a potem wślizgnął się w stara

Stał już na pływającej przystani, kiedy przebudowany z łodzi desantowej kuter pułkownika Riggsa dobijał do jego katamaranu. Riggs stał na dziobie – schludny, wytworny mężczyzna, jedną nogę w bucie z wysoką cholewą trzymał wspartą na rampie, przypatrując się krętym strumieniom i wiszącym dżunglom, jak niegdyś pierwsi badacze w Afryce.

– Dzień dobry, Robercie – powitał Keransa, zeskakując na chwiejną platformę nabrzeża, zbudowanego z pięćdziesięciogalonowych beczek, powiązanych razem wewnątrz drewnianej ramy. – Cieszę się, że jeszcze jesteś w hotelu. Mam coś do zrobienia, coś, w czym możesz mi pomóc. Mógłbyś zwolnić się na jeden dzień ze stacji?

Kerans pomógł mu wejść na betonowy balkon, należący do apartamentu na siódmym piętrze.

– Oczywiście, pułkowniku. Właściwie już się zwolniłem.

Technicznie rzecz biorąc personel stacji badawczej podlegał Riggsowi i Kerans powinien był poprosić go o pozwolenie, ale stosunki między nimi były raczej bezceremonialne. Współdziałali ze sobą od blisko trzech lat, odkąd stacja i jej wojskowa eskorta zaczęły powoli przemieszczać się na pomoc przez europejskie laguny. Riggs pozwalał Keransowi i Bodkinowi stosować dowolne metody pracy, sam bowiem miał dość roboty przy nanoszeniu na mapy zmieniających się ciągle legend, zaznaczaniu nowych zatok i ewakuacji pozostałych mieszkańców. Jeśli chodzi o to ostatnie zadanie, potrzebował często pomocy Keransa, ponieważ ostatni mieszkańcy tonących miast byli na ogół psychopatami albo cierpieli na niedożywienie i chorobę popromie

Kerans kierował stacją badawczą i pełnił funkcję oficera medycznego zespołu. Wielu ludzi, których spotykali w podróży, wymagało natychmiastowej hospitalizacji, zanim można było przewieźć ich helikopterem na jeden z wielkich okrętów desantowych, dawniej transportujących czołgi, a teraz przewożących uchodźców do Camp Byrd. Byli wśród nich ra

Sierżant, który wziął udział w sfabrykowaniu historii pelikozaura, zimny, sumie

Kiedy nad laguną wstało słońce, wsysając obłoki pary w swój wielki, złoty całun, Kerans poczuł okropny odór, bijący z powierzchni wody – słodki, gęsty zapach obumierającej rośli

– Chodźmy na taras – powiedział do Riggsa, ściszając głos, żeby żołnierze go nie usłyszeli. – Postawię ci drinka.

– Porządny z ciebie chłop. Cieszę się, że nabrałeś w tym hotelu wielkopańskich manier. Sierżancie, idę na górę, może uda mi się naprawić aparat destylacyjny doktora – zawołał Riggs, mrugając do Keransa, gdy Macready sceptycznym skinieniem głowy dał pułkownikowi znać, że słyszy.

Riggs użył niewi

Kerans wlazł przez okno do sypialni, wychodzącej na pływające nabrzeże.

– W czym problem, pułkowniku?

– To jest właściwie twój problem. Wspinali się z trudem po schodach, a Riggs chlastał gumową pałką pnącza owinięte wokół poręczy.

– Jeszcze nie naprawiłeś windy? Zawsze uważałem, że Ritz to mocno przereklamowany hotel.

Pułkownik uśmiechnął się jednak z zadowoleniem, kiedy wstąpiwszy w czyste, chłodne niczym kość słoniowa powietrze apartamentu na dachu, zasiadł z przyjemnością w jednym z foteli w stylu Ludwika XV. Wszystkie meble miały złocone nogi.

– Cóż, jednak jest tu bardzo sympatycznie. Wiesz co, Robert? Zdaje mi się, że masz naturalny talent do wyszukiwania wyrzuconych przez morze skarbów. Kto wie, może zamieszkam tutaj razem z tobą. Są jakieś wolne pokoje?