Страница 45 из 56
Teraz byłam w kropce. Nie wiedziałam, z której strony domu mam prowadzić obserwację. Bałam się, że nie zauważę, jak Morelli wychodzi z mieszkania. Zanim dobiegłabym do wczu i ruszyła za nim, byłoby już pewnie za późno. Mogłyśmy się z Mary Lou rozdzielić, ale nie po to wzięłam ją ze sobą, żeby się rozdzielać. Potrzebna mi była jeszcze jedna para oczu wypatrujących Ramireza.
– Chodźmy – powiedziałam, przemykając się w stronę domu. – Musimy podejść bliżej.
Przycisnęłam nos do szyby w drzwiach kuche
– Widzisz go? – dopytywała się Mary Lou.
– Nie.
Razem ze mną zaglądała do środka przez szybę.
– Szkoda, że nie widać stąd drzwi frontowych. Jak się zorientujemy, czy wyszedł?
– Zgasi światło.
Cyk. Światło zgasło, a my usłyszałyśmy, jak ktoś wychodzi z domu.
– Cholera!
Odskoczyłam od drzwi kuche
Mary Lou pobiegła za mną i muszę powiedzieć, że szło jej całkiem nieźle, zważywszy na obcisłe spodnie i kowbojskie buty, a także fakt, iż miała nogi krótsze od moich o kilka centymetrów.
Wpakowałyśmy się jedna przez drugą do wozu. Mary Lou udało się wepchnąć kluczyk do stacyjki i po chwili samochód młodej mamuśki przestawił się na tryb pościgowy. Wypadłyśmy zza zakrętu i zdążyłyśmy zobaczyć, jak tylne światła samochodu Morellego znikają, gdy skręcił w prawo dwie przecznice dalej.
– Świetnie – uznałam. – Nie będziemy trzymać się zbyt blisko, żeby nas nie zauważył.
– Myślisz, że jedzie na spotkanie z Terry?
– Możliwe. Albo chce zluzować kogoś na obserwacji.
Teraz, kiedy pierwsze emocje już opadły, trudno było mi uwierzyć, że Joe jest zaangażowany erotycznie czy uczuciowo. Ta cała historia nie miała najmniejszego związku z Joem mężczyzną. Raczej z Joem policjantem. Joe nie dałby się wplątać w konszachty z Grizollimi.
Powiedział mi, że oboje z Terry mają coś wspólnego – że są oboje w tej samej branży. Podejrzewałam, że o to właśnie chodzi. Nie mogłam wykluczyć, że pracują razem, choć trudno było sobie wyobrazić, na jakiej płaszczyźnie. A ponieważ w mieście byli federalni, domyślałam się, że zaplątany jest w to Vito Grizolli. Może Joe i Terry działali jako mediatorzy między Yitem a federalnymi? A zainteresowanie Mokrego czekami potwierdzało moją teorię o defraudacji. Choć nie bardzo rozumiałam, dlaczego władze federalne miałyby się interesować podkradaniem pieniędzy.
Joe skręcił w Hamilton, przejechał z pół kilometra i zatrzymał się przy supermarkecie. Mary Lou przemknęła obok niego, objechała kwartał ulic i stanęła po drugiej stronie ulicy z wyłączonymi światłami. Joe wyszedł ze sklepu z torbą w ręku i wsiadł do samochodu.
– Rany Boga, dałabym się porąbać, żeby wiedzieć, co ma w tej torbie – powiedziała Mary Lou. – Sprzedają w tej sieci kondomy? Nigdy nie zwróciłam uwagi.
– Ma tam coś słodkiego – domyślałam się. – Założyłabym się, że lody. Czekoladowe.
– A ja obstawiam, że zawiezie je do Terry. Uruchomił silnik i ruszył z powrotem wzdłuż Hamilton.
– Nie jedzie do Terry – powiedziałam. – Wraca do domu.
– Kiepsko. Myślałam, że obejrzę sobie jakiś numerek.
Nie chciałam oglądać żadnych numerków. Chciałam tylko znaleźć wuja Freda i żyć dalej. Niestety, wiedziałam, że niczego się nie dowiem, jeśli Morelli spędzi noc przed telewizorem, obżerając się lodami.
Mary Lou trzymała się jedną przecznicę za Joem, nie tracąc go z oczu. Zaparkował pod swoim domem, a my za najbliższym rogiem, tak jak wcześniej. Wysiadłyśmy z wozu Mary Lou mamuśki, pognałyśmy z powrotem alejką i zatrzymałyśmy się na skraju podwórza. W kuchni paliło się światło, a Morelli krzątał się przy oknie.
– Co on robi? – zachodziła w głowę Mary Lou. – Co on robi?
– Bierze łyżeczkę. Miałam rację. Wyszedł po lody. Światło zgasło i Morelli zniknął. Razem z Mary Lou przemknęłam przez podwórze i zajrzałam do kuchni.
– Widzisz go? – spytała Mary Lou.
– Nie. Zniknął.
– Nie słyszałam, żeby ktoś otwierał drzwi wejściowe.
– Fakt, nie włączył też telewizora. Schował się gdzieś. Mary Lou przysunęła się bliżej.
– Niedobrze, że spuścił żaluzje od frontu.
– Spróbuję następnym razem spełnić wasze życzenia -odezwał się Morelli tuż za naszymi plecami.
Odskoczyłyśmy z wrzaskiem, ale on przytrzymał nas za kurtki.
– No i kogo my tu mamy? Dziewczęta mają wychodne? – zapytał.
– Szukamy mojego kota – tłumaczyła nieporadnie Mary Lou. – Polazł gdzieś. Wydawało nam się, że widziałyśmy go na twoim podwórzu.
Morelli uśmiechnął się do niej.
– Miło cię widzieć, Mary Lou. Kopę lat.
– Dzieciaki – wyjaśniła Mary Lou. – Piłka nożna, przedszkole, Ke
– Co u Le
– Świetnie. Szuka kogoś do firmy. Jego ojciec przechodzi na emeryturę.
Le
– Muszę pogadać ze Stephanie – powiedział Morelli.
Mary Lou zaczęła się wycofywać.
– Nie będę przeszkadzać. Mam wóz za rogiem. Morelli otworzył drzwi do kuchni.
– Ty – rzucił do mnie, puszczając moją kurtkę. -Wejdź do domu. Zaraz wracam. Odprowadzę tylko Mary Lou do samochodu.
– Nie trzeba – zapewniła go Mary Lou, wyraźnie zdradzając podenerwowanie, jakby lada chwila miała rzucić się do ucieczki. – Trafię bez problemu.
– Tu jest ciemno – zauważył Morelli. – Nie mówiąc już o tym, że namieszała ci w głowie ta kowbojka. Nie spuszczę cię z oka, dopóki nie znajdziesz się w swoim wozie.
Zrobiłam, jak kazał. Wsunęłam się do domu, a Morelli odprowadził Mary Lou do wozu. Jak tylko zniknęli w alejce, szybko przejrzałam identyfikator rozmów telefonicznych. Nabazgrałam numery na bloczku przy aparacie, wyrwałam kartkę i wepchnęłam do kieszeni. Ostatnią rozmowę przeprowadzono z numerem zastrzeżonym. Abonent niedostępny. Gdybym o tym wiedziała, nie tak szybko posłuchałabym Morellego.
Lody wciąż stały na szafce. I roztapiały się. Uznałam, że powi
Delektowałam się właśnie ostatnią łyżeczką, kiedy wrócił Morelli. Zamknął za sobą drzwi na klucz i spuścił rolety.
Uniosłam zaskoczona brwi.
– Nic osobistego – wyjaśnił. – Ale chodzą za tobą źli ludzie. Nie chcę, by ktoś cię ustrzelił przez moje okno kuche
– Myślisz, że sytuacja jest aż tak poważna?
– Kotku, podłożyli ci bombę w samochodzie. Zaczęłam się do tego wszystkiego przyzwyczajać.
– Jak nas zauważyłeś?
– Zasada numer jeden – jak przyciskasz nos do czyjejś szyby… nie gadaj w tym czasie. Zasada numer dwa -podczas obserwacji nie korzystaj z wozu, na którego rejestracji widnieje nazwisko twej najlepszej przyjaciółki. Zasada numer trzy – nie lekceważ wścibskich sąsiadów. Zadzwoniła do mnie pani Rupp z pytaniem, dlaczego stoicie w alejce i gapicie się w jej okno. Zastanawiała się, czy wezwać policję. Wyjaśniłem, że najpewniej chodzi o moje okno, przypominając, że to ja jestem policją, nie musi więc zawracać sobie głowy kolejnym telefonem.
– To wszystko twoja wina, bo mi nic nie mówisz -wytłumaczyłam.
– Gdybym ci powiedział, ty powiedziałabyś Mary Lou, ona powiedziałaby Le
– Mary Lou nic nie mówi Le
– Co ona, do cholery, miała na sobie? Wyglądała jak sadystka z sąsiedztwa. Brakowało jej tylko bicza i alfonsa przy boku.
– Chciała w ten sposób coś zamanifestować. Morelli popatrzył na mój arsenał.
– A co ty manifestujesz?
– Strach.
Pokręcił głową z niedowierzaniem.
– A wiesz, jaki strach ja odczuwam? Że pewnego dnia możesz zostać matką moich dzieci.