Страница 24 из 56
No to będziesz ze mną biegał czy nie?
Pod jednym warunkiem – jeśli myślisz poważnie o powrocie do formy.
Myślę.
Jesteś okropną kłamczuchą – oświadczył. – Ale ponieważ nie chcę mieć za partnera otyłego kurczaka, będę u ciebie o szóstej.
Nie jestem kurczakiem! – krzyknęłam, ale zdążył już odłożyć słuchawkę. Cholera.
Nastawiłam budzik na piątą trzydzieści, ale obudziłam się o piątej i ubrałam w ciągu piętnastu minut. Już nie myślałam z takim entuzjazmem o bieganiu. I nie dlatego chciałam być przed czasem, by sprawić przyjemność Komandosowi. Bałam się, że zaśpię i wciągnę go do łóżka, kiedy włamie się do mnie, żeby mnie zbudzić.
Co bym wtedy powiedziała Joemu? Mieliśmy taką niepisaną umowę. Tyle że żadne z nas nie wiedziało, czego ona właściwie dotyczy. Może zresztą nie było żadnej umowy. Prawdę mówiąc, bardziej chodziło o negocjacje dotyczące jej warunków.
Poza tym nie zamierzałam robić niczego z Komandosem, ponieważ zaangażowanie w tym przypadku okazałoby się równoznaczne ze skokiem bez spadochronu. Byłam chwilowo złakniona seksu, ale nie głupsza niż zwykle.
Na śniadanie zjadłam kanapkę i resztkę szarlotki. Przeciągnęłam się parę razy. Poskubałam brwi. Zmieniłam szorty na dres. I o szóstej byłam już w holu, obserwując, jak Komandos wjeżdża na parking.
Jezu – rzekł na mój widok. – Chyba naprawdę chcesz biegać. Nie spodziewałem się, że będziesz o tej godzinie na nogach. Ostatnim razem musiałem wyciągać cię z łóżka siłą.
Byłam w dresie, a myślałam, że odmrożę sobie tyłek, i zastanawiałam się, gdzie, do cholery, jest słońce. Komandos włożył podkoszulek bez rękawów, które sam obciął, i absolutnie nie wyglądał na zmarzniętego. Zrobił kilka przysiadów, rozgrzał sobie kark i zaczął biegać w miejscu.
Gotowa? – spytał.
Półtora kilometra dalej stanęłam i zgięłam się wpół, próbując złapać trochę powietrza. Koszulka była przesiąknięta potem, włosy lepiły mi się do czoła.
Poczekaj minutę – poprosiłam. – Muszę się wyrzygać. Jezu, naprawdę nie jestem w formie.
Cholera, może nie powi
Nie będziesz rzygać – oświadczył z naciskiem Komandos. – Biegnij dalej.
Nie mogę biec dalej.
Zrób jeszcze pół kilometra. Powlokłam się za nim.
Rany, naprawdę jestem bez formy – powtórzyłam. Chyba bieganie co trzy miesiące nie może zapewnić człowiekowi maksimum sprawności.
Jeszcze dwie minuty – zapewnił Komandos. – Dasz radę.
Chyba naprawdę będę rzygać.
Nie będziesz rzygać – powtórzył stanowczo. – Jeszcze minuta.
Pot kapał mi z nosa i zalewał oczy. Chciałam go obetrzeć, ale nie byłam w stanie unieść ramienia tak wysoko.
Dobiegliśmy?
Tak. Dwa kilometry – odparł Komandos. – A nie mówiłem, że dasz radę?
Nie byłam w stanie się odezwać, więc tylko skinęłam głową.
Komandos biegł w miejscu.
Trzeba się ruszać – oświadczył. – Gotowa do biegu? Schyliłam się i puściłam pawia.
Nie wykręcisz się – uprzedził. Pokazałam mu wyprostowany palec.
Cholera – rzekł, przyglądając się kolorowej bryi na ziemi. – Co to za różowe świństwo?
Kanapka z szynką.
Równie dobrze mogłabyś palnąć sobie w łeb.
Lubię szynkę. Wyprzedził mnie o kilka kroków.
Dalej. Zrobimy następne półtora kilometra.
Właśnie zwymiotowałam!
No dobra, i co z tego?
Więcej nie biegam.
Bez pracy nie ma kołaczy, dziecinko.
Nie lubię pracy – oświadczyłam. – Wracam do domu. I to normalnym krokiem. Ruszył przed siebie.
Dogonię cię w drodze powrotnej.
Przyszło mi do głowy, że nie ma tego złego. Przynajmniej śniadanie nie poszło mi w uda. Nie mówiąc już o tym, jak podniecające są wymioty. Nie musiałam się bać w najbliższej przyszłości nagłego przypływu pożądania ze strony Komandosa.
Znajdowałam się przecznicę za Hamilton, w okolicy małych domków jednorodzi
Słońce świeciło blado na szarym niebie, a ja czułam chłód powietrza na skórze pod przepoconym dresem. Byłam już trzy przecznice od domu i zaczęłam planować w myślach dzień. Obejść okolicę centrum handlowego ze zdjęciem Freda. Wrócić do domu odpowiednio wcześnie i włożyć czarną sukienkę. I cały czas wypatrywać Mokrego.
Usłyszałam, jak ktoś za mną biegnie. Pomyślałam, że to Komandos, zdecydowana nie dać się namówić na wyścigi do domu.
Witaj, Stephanie – odezwał się głos za moimi plecami.
O mało nie upadłam. Ramirez. Miał na sobie dres i adidasy, ale nie był spocony. I nie oddychał ciężko. Uśmiechał się, skacząc wokół mnie. Boksował na przemian powietrze i biegał w miejscu.
Czego chcesz? – spytałam.
Czempion chce być twoim przyjacielem. Czempion może pokazać ci różne rzeczy. Zabrać cię tam, gdzie nigdy nie byłaś.
Pragnęłam, z jednej strony, by pojawił się Komandos i mnie wybawił, z drugiej zaś nie chciałam, by w ogóle zobaczył Ramireza. Podejrzewałam, że w przypadku Komandosa wchodziło w grę tylko jedno rozwiązanie moich kłopotów z Ramirezem – śmierć. Można było z dużym prawdopodobieństwem założyć, że Komandos regularnie trudni się zabijaniem. Tylko złych facetów, oczywiście, więc o co właściwie tyle krzyku? Mimo wszystko nie chciałam, by zabijał kogokolwiek z mojego powodu. Nawet kogoś takiego jak Ramirez. Choć z drugiej strony, gdyby Ramirez zmarł nagle we śnie albo został przejechany przez ciężarówkę, nie zmartwiłabym się specjalnie.
Nigdzie z tobą nie pójdę – oświadczyłam. – I jeśli będziesz mnie nachodził, to postaram się, żebyś przestał.
Pójść z Czempionem to twoje przeznaczenie – powiedział
Ramirez. – Nie możesz przed tym uciec. Twoja przyjaciółka Lula poszła ze mną. Spytaj ją, jak było. Spytaj Lulę, jak to jest być z Czempionem.
Ujrzałam w wyobraźni nagie ciało Luli na schodach pożarowych pod moim oknem. Dziękowałam Bogu, że zwymiotowałam, bo gdybym miała coś jeszcze w żołądku, z całą pewnością bym to zwróciła.
Pomaszerowałam przed siebie, oddalając się od niego. Nie dyskutuje się z szaleńcem. Tupał jeszcze za mną przez chwilę, potem roześmiał się cicho i krzyknął: „Do widzenia!”, po czym ruszył biegiem w stronę Hamilton.
Komandos dogonił mnie dopiero na parkingu. Skórę miał śliską od potu, oddech ciężki z wysiłku. Ostro ćwiczył i wydawało się, że bardzo to lubi.
W porządku? – spytał. – Jesteś blada. Myślałem, że już ci przeszło.
Chyba masz rację, jeśli chodzi o szynkę – przyznałam.
Chcesz jutro znów spróbować?
Nie sądzę, bym się do tego nadawała.
Wciąż szukasz roboty?
Biłam się z myślami. Potrzebowałam pieniędzy, ale propozycje Komandosa nie były znów takie kuszące.
Co masz tym razem?
Otworzył swój samochód, sięgnął do środka i wyjął dużą żółtą kopertę.
Mam zbiega, i to niezłego. Kręci się po Trenton. Kazałem komuś obserwować dom jego dziewczyny i mieszkanie. Matka tego faceta mieszka w Burg. Nie warto chyba trzymać pod jej domem człowieka przez dwadzieścia cztery godziny, ale znasz wielu ludzi w tamtej okolicy, więc może uda ci się znaleźć jakiegoś informatora. -Wręczył mi kopertę. – Facet nazywa się Alphonse Ruzick.
Znałam Ruzicków. Mieszkali na drugim końcu Burg, dwa domy za piekarnią Carmine’ów, naprzeciwko szkoły katolickiej. Tuż obok mieszkała Sandy Polan. Chodziłam z nią do szkoły. Wyszła za Roberta Scarfo, więc nazywała się teraz pewnie Sandy Scarfo, ale wciąż była dla mnie Sandy Polan. Miała trójkę dzieci, z których ostatnie bardziej przypominało ich sąsiada niż Roberta. Zajrzałam do koperty. Zdjęcie Alphonse’a Ruzicka, potwierdzony sądownie nakaz zatrzymania, umowa zastawna i dane osobowe.