Страница 69 из 70
To zły sen. To prawdziwy średniowieczny loch. Nie ma przepisów, króluje głupota. Koniecznie trzeba, żeby ta komisarzówa przyszła i wyciągnęła nas stąd.
W miarę wysłuchiwania informacji i historyjek dowiaduję się paru praktycznych szczegółów, równie ciekawych, co wszystko i
Wypuszczają ich raz dzie
Wreszcie, po iluś godzinach, zbliża się moja kolej, by pooddychać przy okienku. Jestem od niego zaledwie o metr, kiedy gliniarz na zewnątrz podaje facetowi w środku skręta z trawki. Pracuję łokciami, pociągając za sobą Jacky'ego, i podchodzę do niego. Nie robi trudności i daje nam się zaciągnąć. Te długie sztachy czystej trawki dobrze nam robią.
Piekło to stworzono z myślą o Afrykanach. Odkąd jestem na tym kurewskim kontynencie, wielokrotnie uderzała mnie ich moralna i fizyczna wytrzymałość. Są silni, niewiarygodnie odporni i obdarzeni zadziwiającą zdolnością znoszenia przeciwności losu, wolą nieograniczonego wytrwania, i to bez buntu. W ten właśnie sposób przez wieki pozwolili się zamienić w niewolników. W tym mamrze oni mogą przeżyć, ale nie dwaj biedni biali, którzy nie lubią cierpieć. Nie wiem, czy pani komisarz przyjdzie, ale my musimy stąd wyjść.
Kiedy wszyscy padli bezładnie, żeby spać, usiadłem z Jackym na czymś w rodzaju wąskiej ławki pod ścianą. Obaj jesteśmy cali mokrzy i ubrania mamy przemoczone. Trawka otępiła nas trochę i dobrze nam to robi. Rozmawiamy przez chwilę, tylko tyle, ile trzeba, żeby zachować spokój. Opowiadamy sobie, jak to komisarzówa przyjdzie i zwolni nas z przeprosinami, ale żaden z nas w to nie wierzy.
– Jacky, nie wytrzymamy następnego dnia. Zdechniemy tu.
– Tak, wiem.
– Najważniejsze, to się stąd wydostać. Niech nas przynajmniej zamkną gdzie indziej. Potem to będzie tylko kwestia czasu, żeby wszystko załatwić. Tutaj tego czasu nie będziemy mieli.
Mam pomysł. To prosty plan, ale liczę na głupotę afrykańskich policjantów, może się uda.
– Ty zagrasz główną rolę, Jacky. Jutro, kiedy nas wypuszczą, musisz upaść. Będziesz udawał atak serca, omdlenie, cokolwiek, co cię przewróci na ziemię, i nie możesz się ruszać. Tamci to chamy. Przekonam ich, że jest tu nam za ciężko. Jeśli uda mi się ich zaniepokoić, umieszczą nas gdzie indziej.
Jacky zgadza się i pozostałe godziny spędzamy na omawianiu planu działania.
Jacky to solidny gość i wiem, że mogę mu ufać na sto procent. Doskonale zagra swoją rolę. Był taki moment w jego życiu, w szczególnych okolicznościach, kiedy musiał udawać wariata. Wsadzili go w kaftan bezpieczeństwa, a karaluchy z całej celi przychodziły się ogrzać między jego nogami i pośladkami. Wytrzymał. Jest twardy. W parę miesięcy stał się moim najlepszym kumplem. Zgadzamy się co do pewnych podstawowych spraw.
– Jeśli jutro się nie uda, rąbiemy ich i niech nam Allach dopomoże! Lepiej umrzeć w walce, niż zdychać tutaj.
Noc wydaje się nie mieć końca. Jesteśmy gotowi, podnieceni myślą o akcji, ale nie łagodzi to warunków. Tracimy litry wody, słabniemy, trwa to długo.
Wreszcie, o ósmej, drzwi celi otwierają się i powoli wszyscy wychodzą na codzie
Teraz wszystko się rozegra. Jacky przechodzi przez drzwi.
– Trzymam za ciebie, Jacky.
Mały uśmiech.
– I ja za ciebie.
Idziemy.
Więźniowie trzymają się w grupie, o parę metrów od celi. Dwóch gliniarzy zostaje przy drzwiach, a trzech stoi przy grupie. Jeden ma broń. Jeśli pójdzie źle, na niego rzucę się najpierw.
Jacky przewraca się.
Jego upadek jest doskonały. Nagle miękną mu nogi i pada całym ciałem, twarzą do ziemi. Ja opieram się o beczkę, z miną, jakbym się dusił. Udawanie nie sprawia mi żadnych trudności. Myślę, że nie wyglądam zbyt ładnie. Pozostali więźniowie, widząc, że Jacky zemdlał, oddalają się, a kilku macha do strażników. Ci spod drzwi zauważyli, to pewne. Mój też, ten z bronią, nie mógł nie widzieć upadku mojego kumpla, który leży nieruchomo.
I nic się nie dzieje.
Żaden z tych skurwieli nie rusza nawet małym palcem. Upływają minuty. Opadam na moją beczkę. Na ziemi Jacky nawet nie drgnie. Trzymaj się, bracie, w końcu będą musieli coś zrobić. Nie ruszaj się.
Gliniarze przy drzwiach machają do więźniów. Koniec przerwy.
Nareszcie coś się dzieje. Powoli, biernie, więźniowie wracają do mamra, bez pośpiechu, ale i bez buntu. To smutny obrazek. Uzbrojony strażnik podchodzi do nas. Jesteśmy teraz sami na podwórzu. Drugi Murzyn podchodzi do Jacky'ego, okrąża go, i daje mu straszliwego kopniaka szpicem buta pod żebra.
Ty kurewski czarnuchu! Skurwielu!
Tamten jeszcze raz obchodzi mojego kumpla dookoła. Ponowny kopniak.
Ponowny skurwielu.
Jacky nie ruszył się. Specjalista od kopniaków patrzy na mnie, spojrzenie kretyna.
– Co myślisz, kutasie, wydaje ci się, że go obudzisz?
Patrzy mi prosto w oczy jego cała afrykańska głupota. Prawie słychać, jak myśli. Sporo czasu zajmuje mu sformułowanie pytania:
– Co mu jest?
Zwracam się do uzbrojonego, wygląda na nieco mniejszego idiotę.
– Słuchaj. My, biali, nie przyzwyczajeni do takiego więzienia. I
– Takie więzienie, niedobre. Rozumiesz? Zbyt ciężkie dla nas, białych. My umrzeć tam.
Kiwa głową. To już jakiś początek. Ale i
– Jak to niedobre? Dobre dla i
– My, nie tak silni. Dużo mniej silni. Rozumiesz? Mniej silni, wiesz?
– Tak, mniej silni.
Posuwamy się. A tamten sabotuje mi robotę.
– Więzienie dobre dla wszystkich. Wszyscy tak samo, jest równość.
Nie zwracam na niego uwagi. Nie spuszczam z oczu mojego.
– Ja czuć się niedobrze. On zemdlał. Rozumiesz? Chory.
– Tak, chory.
– Jeśli wrócimy tam, umrze. Ty będziesz odpowiedzialny. Przez twarz przebiega skurcz paniki. Krzykliwy zarzuca go zdaniami w dialekcie. Nalegam.
– Ty odpowiedzialny. Odpowiedzialny, niedobrze. Odpowiedzialny!
Daje znak podnieconemu, żeby wreszcie zamilkł. Drapie się w głowę, w brzuch, w jaja i postanawia:
– Tego trzeba tam zanieść. Jest chory.
Dwóch podnosi Jacky'ego i prowadzą nas do małego budynku oddalonego od reszty komisariatu. Wchodzimy do pokoju, rodzaju sali wypoczynkowej połączonej z biurami, i tam nas zostawiają.
– Jacky.
Otwiera oczy, rozgląda się po tym niezbyt atrakcyjnym, ale normalnym otoczeniu, i jednakowo reagujemy:
– Uf!
Wywalczyliśmy względną swobodę ruchów, ale nudzimy się okropnie przez następnych dziewięć dni. Dostaliśmy z powrotem nasze buty i trochę pieniędzy na życie.
Pokój i biura pomalowane są łuszczącą się zieloną farbą. W kącie żółtawa umywalka z kranem, w którym od dawna nie ma już wody. Żeby się napić albo umyć, trzeba wychodzić do kranu na podwórzu. Łóżka to zwykłe prycze z dziurawymi moskitierami. Nie ma nic i