Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 66 из 70

Moi ludzie, pomocnicy i kierowcy, wrzeszczą i opowiadają o swoich wyczynach. Samuel Grapowitz i Capone udają przystojniaków i zabijaków wobec Murzynek. Zachowują się po europejsku, starając się osiągnąć urokiem osobistym coś, co dostać mogą tylko za pieniądze.

Chotard, Jacky i ja siedzimy przy stoliku i rozprawiamy o tym feneku, co do którego jestem pewien, że fenekiem nie jest. Chotard ma na ten temat swoje zdanie.

– To zwierzę to szakal.

– Sam jesteś szakal, Chotard! Ty, on naprawdę przypomina szakala.

Co jakiś czas któryś pracownik podchodzi do mojego stolika, żeby podziękować mi za wszystko, co dla nich zrobiłem. Pozostawiam ich w oparach alkoholu, zanim staną się zupełnie nie do wytrzymania. Zresztą robota nie jest jeszcze zakończona.

Jestem pewien, że to nie fenek.

Nazajutrz rano, po przebudzeniu, mam do swojej dyspozycji same trupy. O brzasku konwój podjeżdża do przystani promu, dwa kilometry od Gao. Niger to szara płaszczyzna wody. Płynie powoli, gładko, okolica wygląda zacisznie. Po drugiej stronie wznoszą się strome brzegi. Szlak objeżdża je w miałkim piachu.

Dziesięciu Murzynów pracuje przy promie, to znaczy przy podłej metalowej platformie, na której przeprawić się może na raz tylko jedna ciężarówka. Potrzebujemy całego dnia, by w komplecie znaleźć się po drugiej stronie. W końcu ruszamy i grzęźniemy w piachu,

Manewrowanie paraliżuje konwój. Zbyt wiele czasu zajmuje nam przejechanie tych stu metrów. Wystarczyła jedna zabawa, żeby nastąpiło ogólne rozprzężenie. Celem przypomnienia wszystkim obowiązującego regulaminu zarządzam ogólny przegląd wozów, smarowanie, pompowanie opon i tak dalej. Ruszamy dalej w nocy. Nikt nie dokończył posiłku. Osobiście zająłem się przyprawieniem potraw, wrzucając po dwie garście pieprzu do każdej menażki. Tylko Jacky i ja zjedliśmy normalnie. Poprosiłem go, żeby dolał trochę oleju napędowego do zapasu wody pitnej, żeby nadać jej niedobry smak. Z wrodzonej złośliwości nalał za dużo i nikt nie może pić. Nie jest to bezsensowne okrucieństwo. Muszę wziąć ludzi z powrotem w garść, i narzucić im normalny rytm pracy.

Okolica jest pagórkowata. Nie ma ściśle wytyczonego szlaku, poza śladami kół pomiędzy drzewami. Te ostatnie zaczynają osiągać spore rozmiary i gdzieniegdzie pojawiają się baobaby. Pierwszych sto kilometrów przejeżdżamy bez kłopotów. Dalej pora deszczowa narobiła szkód i musimy zwolnić tempo. Za jednym przejazdem udaje się nam pokonać maksymalnie trzydzieści kilometrów. Błotniste odcinki to pułapki, w których ciężarówki grzęzną bez końca.

Błoto nieusta

O ile na początku starali się zasłaniać, pracownicy szybko zrozumieli, że najskuteczniej jest zanurzyć się, uklęknąć i prowadzić walkę w samym oku cyklonu. Ranek nadal zastaje nas w tym błotnym oceanie. Dodaję po dwie garście pieprzu do posiłku. Nie ma nic do picia, nie licząc kawy.

– Ruszamy!

Jest mniej gorąco niż na pustyni, ale upał bardziej daje się we znaki. Nawet jeśli człowiek się nie rusza, trudno wytrzymać. A przed nami błoto, ciągle błoto.

Jos ugrzązł aż po osie. Nawet przednie koła zanurzają się. Ciężarówka wygląda, jakby tonęła. Długo mordowaliśmy się z podkładami, po czym trzeba było zmienić taktykę. Moja ciężarówka posłużyła jako ciągnik, przywiązany do wozu Josa kablami. Oba współpracujące silniki pozwoliły wreszcie wyciągnąć wóz z tej brei. Całość zatrzymała nas na dwie godziny. O tyle mniej czasu mamy na wypoczynek.

Błoto jest wszędzie. Moi ludzie nigdy nie byli tak usmarowani. Wszyscy są wściekli do maksimum. Praca i wypoczynek przebiegają w milczeniu, nie licząc paru krótkich wybuchów. Przy czwartym z kolei niejadalnym posiłku Capone cisnął swoją menażkę przez środek obozu i zamknął się w kabinie.

Wysiłek Samuela Grapowitza, by wytrzymać, jest godny szacunku. Przygarbił się jak sęp. Nie uśmiecha się już wcale, napięty i wyczerpany, w czarnym nieprzemakalnym płaszczu ubrudzonym zaschniętą gliną.

Chotard wywrócił się jak długi w błoto i twierdzi, że ktoś podstawił mu nogę. Radzę mu, żeby o tym zapomniał.

Jos trzyma się, ale także chętnie zrezygnowałby z tego dodatkowego odcinka. Od czasu wyjazdu z Gao tylko przez dwie godziny jechaliśmy bez trudności, przekraczając masyw górski Hombori, koło wsi o tej samej nazwie. Wznoszą się tu dziwne szczyty, wyglądające, jakby wyrastały bezpośrednio z równiny, jak zęby. U ich stóp kamienisty grunt zapewnia twarde podłoże, ale trwa to zbyt krótko.

Wyjeżdżamy z błota i napotykamy kolejne przeszkody. Wśród drzew i ciągłych podjazdów droga nie nadaje się do użytku. Ciężarówki zatrzymują się przed dwumetrowymi dziurami, które niekiedy przytrzymują nas godzinami. Trzeba przejeżdżać pod kątem prostym, przez pagórek, nie niszcząc łącza między ciągnikiem a naczepą.

Choć przejazd jest teraz mniej spektakularny, dalszy teren jest uciążliwy. Trzeba pokonywać pagórek za pagórkiem. Ciężarówki niebezpiecznie przechylają się na boki. Jeśli w porę nie zauważy się dołka, cała kabina wylatuje w powietrze. Od ciągłej pracy przy kierownicy bolą ramiona. Powoli posuwamy się w terenie dobrym dla czołgów, ale jednak jedziemy naprzód.

Dzisiaj Indianin paskudnie się urządził. Poszedł rozpalić sobie ognisko na uboczu, żeby samotnie coś zjeść, i źle się to dla niego skończyło. Niezdarnie dolał benzyny do ognia i poważnie poparzył sobie prawą rękę. W tym stanie nie może prowadzić. Zwęglona skóra niszczy mu się dookoła rany.

Moglibyśmy mu być wdzięczni za ten nieoczekiwany wypoczynek, ale jego skargi i pojękiwanie wszystko psują. Każę mu zamknąć mordę i przy okazji przestać wreszcie opowiadać nam o żonie.

– Jak wrócisz, okaże się, że ją rżną wszystkimi otworami.

Mojej przepowiedni towarzyszy złośliwy śmiech pozostałych. Trzy godziny później Indianin siedzi za kierownicą.

Nie brakuje nam widzów, odkąd wjechaliśmy w gęściej zamieszkane rejony. Drogą przemieszcza się dużo ludzi, piechotą lub zaprzężonym wozem, a nawet na rowerze. Mężczyźni noszą stożkowate skórzane kapelusze, by uchronić się od słońca. Kobiety mają wokół ust niebieskie tatuaże. Wszyscy ci ludzie machają do nas lub podchodzą przyjrzeć się najbardziej widowiskowym wydarzeniom. Przejeżdżamy przez wioski pełne glinianych chat, wśród których stoi czasami szary budynek o mocniejszej konstrukcji, więzienie, szkoła lub koszary.

Nie zatrzymujemy się. Nie mam czasu.

Wreszcie, po sześciu dniach, trzydzieści kilometrów przed Mopti, Kara wykrzykuje zdanie, które dla mnie oznacza koniec podróży:

– Jedź, jedź, szefie, to asfalt.

Po raz pierwszy od Adraru pod naszymi oponami mamy cywilizowaną nawierzchnię.

Po półgodzinie walczymy z prysznicami w hotelu w Mopti. Na spotkanie wyległy też komary. Gorąca wilgoć unosząca się z wód Boni jest nie do zniesienia. Złe samopoczucie pogłębia jeszcze wspomnienie Peyruse'a. A przecież muszę tu pozostać przez czas potrzebny do załatwienia sprzedaży ostatniego ciągnika.

Odwiedzam klienta nazajutrz. Następnie łażę z chłopakami, żeby pokazać im pirogi. Na targu, między stosami owoców mango, rozładowują ciężarówkę. Nieco dalej stoi i