Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 52 из 70

W moim lusterku wstecznym biała nieruchoma sylwetka szybko znika w tumanie pyłu, jaki podnosi nasza kolumna. Czuję wśród pomocników zaskoczenie, niedowierzanie i lęk. Nigdy nie rozumieją, jak daleko może posunąć się moje szaleństwo. Jadę piętnaście kilometrów, zatrzymuję wozy i czekam pół godziny, zanim wreszcie zawracam. Ta lekcja powi

Stary nadal tkwi w miejscu, gdzie go zostawiłem, stoi nieruchomo. Zataczam szerokie koło wokół niego. Kara wysiada.

– Przetłumacz mu: tutaj jedynym, któremu wolno wrzeszczeć, jestem ja.

Kara tłumaczy.

– Chcesz wsiąść z powrotem, stary?

Uśmiech starego rozciąga się od ucha do ucha. Widać ulgę, radość prostego człowieka: zostawiam go pośrodku pustyni, a on uśmiecha się do mnie, kiedy po niego zawracam.

– Ty rozumieć? Ty już nie krzyczeć?

Szeroki uśmiech. Twarz przepoławia mu się od prawej do lewej.

– Nie, proszę pana, już nie krzyczę, jestem grzeczny, zesrałem się ze strachu.

– Kara, ładuj jego rzeczy.

Ciężarówki jadą tyralierą. Pracujące na pełnych obrotach silniki słyszalne są zapewne o kilometry stąd, o ile jest tam ktoś, żeby słuchać. Za konwojem wzbija się w górę ogromny tuman białego pyłu. Tworzymy nieregularną linię na całej szerokości szlaku. Karoserie lśnią w słońcu.

Na naczepach stosy towarów i tabuny ludzi, pasażerów i pomocników, wzmagają jeszcze wrażenie nadmiaru. Dwanaście potworów rozpędzonych na szlaku pożera piasek. Upajam się potęgą, jaka emanuje z tej małej armii prącej do przodu. Wszyscy odpowiadają na moje długie, wesołe trąbienie klaksonami. Nic nas nie powstrzyma, Doprowadzę wszystkich na drugi brzeg. Jacky i ja zgarniemy fortunę, która się nam należy.

W swojej norze celnik Rabah krztusi się pewnie z wściekłości. Myślał, że potrafi mnie powstrzymać. U pompiarza w Adrarze zostawiłem dla niego małą karteczkę. Ehszisz Fizokak, "mam cię w dupie", celniku. I podpisałem. Celniku, celniku, wściekły jesteś, co? Charlie jeszcze raz cię wykołowal.

Lubię tego Rabaha. On też jest częścią tej przygody.

Chłopaki trzymają się dobrze. Są zadowoleni, że są tutaj. Od czasu do czasu Capone podjeżdża do mojej ciężarówki i głośno trąbi albo posyła mi wielkie znaki ręką. Z naczepy na naczepę pokrzykują do siebie pomocnicy. Lubię ich. Dobrze zrobiłem, że zabrałem aż tylu.

Obok mnie Kara zasnął. To prawdziwy kumpel, prosty i inteligentny. Dobrze się o mnie troszczy. Co wieczór przygotowuje mi łóżko. Pomaga mi zdjąć buty i założyć szlafrok. Lubię go.

Ja wszystkich lubię.

Niedługo będę z Radijah, moją małą Tamachek. Mam wszystkie prezenty z listy, którą przygotowała swoją rączką ucze

Jest uosobieniem czystości, której tak potrzebuję i której kobiety nigdy nie dają, chyba że kłamiąc. Tam, w Tessalicie, wszyscy czekają na to wesele. Podczas ostatniej podróży mały Murzynek podszedł do mnie jak do kolegi i z ważną miną powiedział mi, że moja narzeczona chodziła z nim do jednej klasy, to znaczy do pierwszej.

To jeszcze jedna z tych rzeczy, które zdarzają się niewielu ludziom.

Później, kiedy będzie już fizycznie gotowa mnie przyjąć, nauczę ją. A potem zawsze zapewnię jej należną księżniczce pozycję.

Dwukrotnie długo naciskam klakson. Ciężarówki zwalniają. Konwój ustawia się gęsiego za mną, po czym staje. One i Two zajmują się olejem i wodą. Każę Capone'owi zatankować wozy ze swojej cysterny. Jestem w doskonałej formie i Samuel Grapowitz będzie ofiarą mojego dobrego humoru.

Na płaskiej jak stół pustyni nie ma mowy o znalezieniu osłoniętego od spojrzeń miejsca, żeby się wypróżnić. Bierze się ciężarówkę, odjeżdża dwieście metrów dalej i w normalnych warunkach ma się spokój.

Po obiedzie Samuel Grapowitz odjechał złożyć daninę naturze. Leżąc na piasku widzę, jak ustawia się za osłoną ciężarówki, jakieś sto metrów ode mnie.

Wyciągam z kabiny karabin na słonie Weatherby i kładę się na ziemi. Zaintrygowani ludzie otaczają mnie. Dzięki lunecie Zeissa broń jest niebywale dokładna. "Paczkę papierosów z odległości czterystu metrów", powiedział mi sprzedawca.

Samuel Grapowitz kucnął, obok stoi niezbędna puszka po konserwach wypełniona wodą. Celuję w nią.

– Bang!

Puszka ulatuje w powietrze i widzę, jak para nóg, skrępowna spuszczonymi spodniami, skacze w kierunku kabiny i znika.

Taka dokładność warta jest nieco wandalizmu dla idei. Nic złego się nie stanie. Drugi pocisk rozbija nieszczęsny reflektor, zamocowany na błotniku, trzeci niszczy jedno z bocznych lusterek, moim zdaniem zbędne na pustyni w przypadku kierowcy klasy Samuela Grapowitza.

Chłopaki są pod wrażeniem mocy, hałasu i celności tej wspaniałej broni. Jeżeli na mojej twarzy rozkwita uśmiech, to bynajmniej nie z dumy, nie ma tu mojej zasługi. Z taką lunetą i ślepy by trafił. Nie śmieję się myśląc o tym biednym Samuelu Grapowitzu, który być może nabawił się przeze mnie zaparcia na całe życie.

Kończymy tankowanie. Kierowcy, z rękami w kieszeniach, przyglądają się pracy pomocników. Gorąco im. Światło jest bardzo intensywne.

Lubię, kiedy słońce grzeje mocno, bezlitośnie. W przeciwieństwie do wielu Europejczyków nigdy mi nie przeszkadzało. Od dawna już nie czułem się tak dobrze i tak pełen energii.

W połowie dnia teren zmienia się. Z obu stron szlaku, w oddali, tworzą się jakby bardzo niskie wały z piasku. Dojeżdżamy do czterechsetnego kilometra. Miejscami pojawiają się zagłębienia. Koleiny stają się wyraźniejsze.

Takie podłoże jest trudne, a może stać się niebezpieczne, gdzieniegdzie są ławice miałkiego piasku. Przy odpowiednim rozpędzie przejeżdża się bez problemu.

Wały piaskowe ciągną się jeden za drugim przez pięćdziesiąt kilometrów. Przed nami nadal twardy, jasny korytarz. Słońce tworzy na nim błyszczące plamy, bardzo daleko, na horyzoncie, wyglądają jak kałuże wody. Ławice miałkiego piasku są szare, kontrastując z pomarańczową pustynią. Jedziemy jeszcze godzinę, po czym nakazuję tworzyć krąg.

Urządzamy obozowisko. W tym momencie okazuje się, że brakuje jednej ciężarówki. Albana zaginął.

� Kara. Przygotuj mi herbatę.

Nie mam ochoty od razu psuć sobie tego pięknego dnia kłopotami. Chłopaki przychodzą czegoś się dowiedzieć. Oczywiście, nikt niczego nie zauważył. Kwitną przypuszczenia. Proszę o ciszę. Wypijam herbatę i podejmuję decyzję.

Jest kilka możliwości: jeżeli się zgubił, jesteśmy w gównie po uszy. Mógł zjechać ze szlaku gdziekolwiek, i nawet nie chcę myśleć o trudnościach organizacyjnych, jakie sprawić muszą poszukiwania. Korci, żeby go zostawić, ale z drugiej strony oznaczałoby to utratę jednej ciężarówki. Mógł też ugrzęznąć po osie, jeżeli źle przejechał przez jakąś ławicę. Wolę jednak sądzić, że po prostu miał awarię. W każdym razie zawraca dupę.

– Chotard, przygotuj peugeota 504, będziesz prowadzić.

Biorę też Josa, jedynego, który zna się trochę na mechanice, Karę, jakimś cudem znajdującego wyjścia ze wszystkich naszych pusty

Jedziemy dwadzieścia kilometrów z powrotem nie dostrzegając niczego. Noc jest jasna. Jeśli ciężarówka stoi na szlaku, nie możemy jej nie zauważyć… Trzydzieści, czterdzieści kilometrów…