Страница 48 из 70
– Spokojnie, koleś.
Kładę mu rękę na ramieniu.
– Charlie…
– Pojedziesz z nami. Zapraszam cię na kawę do mojego obozu.
– Nie, to miło z twojej strony, ale nie mogę, Charlie. Mam dużo do zrobienia.
Capone klepie go po ręku i cedzi, jak na dobrym gangsterskim filmie:
– Musisz pojechać z nami, mały.
Kara, który zrozumiał, że coś nie gra, wstaje. Jest imponującej postury.
– Słuchaj, Charlie…
– Przyjacielu, nie zmuszaj mnie, żebym ci poobrywał uszy tutaj.
Wstaje i wychodzi z nami.
W drodze do obozu nie zamieniamy słowa. Capone pogwizduje przez zęby. Ustawiłem moją ciężarówkę w poprzek, naprzeciwko budynku celników. W ten sposób Rabah nie może widzieć, co się u nas dzieje. Od drugiej strony jest tylko żółty piasek, bez świadków.
Cygan siedzi na krześle, twarzą do nas. Dostał już dwa razy w mordę i jego policzki przybrały ładny, ciemnoczerwony kolor, trzeba powiedzieć, że jestem z tego efektu całkiem dumny. W ten sposób został nadany ton tej dyskusji i Cygan rozumie to. Atmosfera będzie ciepła.
Siedzę w kabinie, drzwi są otwarte i nogi trzymam na zewnątrz. Włączyłem jakąś muzykę, głośno, dla nastroju, i żeby zagłuszyć ewentualne krzyki. Wzdłuż ciężarówki stoją moi ludzie. Wszyscy mają surowe, kamie
Nie muszę go specjalnie naciskać, żeby wszystko wyśpiewał. Włosi uciekają przed policją i nie mogą wystąpić o wizę w ambasadzie Mali. Cygan, który nawciskał im kitu, zamierza zawieźć ich do Tessalitu, gdzie oczywiście nie zostaną przepuszczeni. I tam, w tej zagubionej pusty
Co za gównojad! Dla nich to śmierć albo co najmniej bardzo poważne kłopoty. Dorośli odpowiadają sami za siebie, mało mnie obchodzą ich problemy. Ale trzeba być wyjątkową kanalią, żeby wciągać w taką historię dzieciaka. Rola moralisty niezbyt do mnie pasuje, ale uwielbiam dzieci i gardzę tymi, którzy ich nie szanują.
Daję mu ostatnią szansę:
– A chłopak?
Jego znaczący gest wyraźnie pokazuje, że ma to w dupie.
Chłopaki z mojego zespołu patrzą na niego z nienawiścią. Samuel Grapowitz postępuje do przodu i jak prawdziwy inkwizytor żąda, by Cyganowi obciąć jaja. Podchodzi Capone, mniej teatralny, ale równie zdecydowany. Kiedy staje obok Cygana, podnosi rękę. W ostatniej chwili zwraca się do mnie:
– Mogę?
Wypuszcza cios zamkniętą pięścią. Cygan wylatuje z krzesła. Capone umie bić. Cygan wstaje z zakrwawionymi ustami, na wpół ogłuszony, kiedy Indianin błyskawicznie posyła go z powrotem na ziemię, kopnięciem w nogi. Tak zaczyna się seria. Każdy podchodzi i wali na odlew.
– Wstawaj.
Trzeba przyznać oskarżonemu przynajmniej jedną zaletę, jest wytrzymały. Opiera się o krzesło i udaje mu się na nim usiąść. Przód koszuli umazany jest krwią. Mordę ma jak surowy befsztyk. Wargi, nos, łuki brwiowe, wszystko jest rozwalone i obficie krwawi.
Capone, zgodnie ze starą tradycją półświatka, proponuje nałożyć na niego karę.
– Dobry pomysł. Dawaj całą forsę.
Wstaje z trudem i wyciąga z tylnej kieszeni portfel z paroma banknotami, które wyciąga w moim kierunku rozłożone w wachlarz. Każę mu ściągnąć łachy. Kopniaki pozostawiły ślady na jego piersi i na nogach. Poza tymi czerwonymi plamami jest cały biały.
– Capone. Przeszukaj mi to.
Capone podchodzi do kupki łachów i krzywi się.
– Śmierdzi. Za często to ty się nie myjesz, śmierdzielu.
Najpierw znajduje nóż i chowa go do kieszeni. Następnie odkrywa gruby plik banknotów w zaszytej kieszeni z tyłu spodni. Krzyczę do Cygana:
– Skarpetki!
Pod każdą stopą ma niezłą paczuszkę papierów. Capone przynosi mi wszystko. Jest tu trzy tysiące dolarów, z czego rzucam Cyganowi trzysta, żeby miał za co wrócić do Europy. Pozbierał już swoje ubranie i przyciska je do piersi.
– Dajesz spokój Włochom. Więcej się z nimi nie spotykasz.
Potakuje ruchem potłuczonej głowy i podnosi pieniądze.
– Jeśli cię jeszcze raz spotkam na pustyni albo dalej na południe, załatwię cię. Jasne?
Z trudnością wykrztusza, że zrozumiał. Następnie ubiera się i odchodzi.
Dwa dni później dowiedziałem się, że został aresztowany za jakieś i
Epizod ten rozbawił mnie, a moi ludzie zareagowali prawidłowo. To prości ludzie, o prostych rozrywkach. Zaczynają czuć się na pustyni swobodnie. Zdaję sobie z tego sprawę, wracając ze spaceru z Samuelem Grapowitzem.
Jos, Capone i Indianin szpanują właśnie, zgrywając twardziel! pustyni, przed pięcioma młodymi długowłosymi.
– I co, mały, chciałbyś przejechać się przez pustynię?
Przyjemnie widzieć kontrast między tymi młodziutkimi, choć w tym samym wieku co ja, turystami a moimi trzema pracownikami o szerokich barach i spalonej słońcem skórze, zachowującymi kamie
– Charlie, chłopcy chcieliby pojechać na ciężarówce, jak Arabowie.
Afrykańscy pasażerowie schodzą się od czasu naszego przyjazdu do Adraru i usadawiają na naczepach. Rozlokowaniem ich zajmują się Kara i Wallid. Wiedzą, że nigdy nie odmawiam i że w moich konwojach przejazd jest za darmo. Zawsze wieziemy około pięćdziesięciu osób, dla których ciężarówka to jedyny środek lokomocji.
Turyści sprawiają najwięcej kłopotu. Zawsze chętnie spotykałem ludzi lubiących podróże, ale od paru lat widuję w Afryce tylko szmaciarzy. Szanuję tych, którzy jadą szukać przygody, ale ci są i
– Dla pozorów pomachają trochę szczotką, po czym znikają na czas przejazdu. Nigdy w niczym nie pomogą i sprawiają tylko kłopoty. Po każdym konwoju obiecuję sobie, że więcej ich nie zabiorę, ale teraz znowu wspomnienie Miguela, hidalgo z trąbką, każe mi zmienić postanowienie.
Przedstawiciel tamtych pięciu podchodzi do mnie i oświadcza, że mam piękny konwój, po czym pyta, dokąd jadę.
– Wsiadajcie wszyscy na którąś naczepę i żebym nie widział was na dole, zanim nie będziecie potrzebni, to znaczy, kiedy się was zawoła do roboty.
– Dziękuję. Ale jeśli będziemy pracować, to dasz nam zniżkę za Przejazd, co?
Na tym konwoju zarobię czterysta tysięcy dolarów, a ten mi tu zawraca dupę targowaniem się o pięć przejazdów po trzysta franków.
– To jest za darmo, frajerze. Jazda, włazić na górę!
Tego samego wieczoru postanawiam, że dosyć tego. Rabah najwyraźniej nie zamierza się ruszyć. Upozoruję wyjazd i ukryję się w Reggane. Ajudżil zawiadomi mnie, kiedy ten kurewski celnik wreszcie wychyli nosa ze swojej dziury.
Wołam Josa i przekazuję mu polecenie wyjazdu. Składanie sprzętu przeciąga się. Przyśpieszam robotę głośnym wrzaskiem. W niecałe piętnaście minut później wyjeżdżamy. Kara i Ahmed siadają ze mną. Pozostali pomocnicy jadą na naczepie. Pędzę wyboistym szlakiem do Reggane. W lusterku widzę za sobą sznur świateł. Dojeżdżamy bez kłopotów w niecałe cztery godziny, w środku nocy, zatrzymawszy się parę razy po drodze, żeby uzupełnić zapas suchego drewna.
Pierwszego dnia kazałem całkowicie wyładować małego mana. Chcę złożyć na nim towary przewidziane dla Ajudżila. Odwiedzam facetów z obrony cywilnej, którzy dają zezwolenie na przejazd Tanezruftu. Znamy się dobrze od dawna. Na zewnątrz moi ludzie pocą się w upale, przenosząc graty zamówione przez Ajudżila. Nie licząc silnika do ciężarówki, który swoje waży, jest tu kilka silników do samochodów osobowych i mnóstwo części metalowych, opon i i