Страница 21 из 70
– To Francis. Największy alfons w Bordeaux.
Tamten wygląda, jakby komplement mu się podobał. To wysoki frajer mający co najmniej metr dziewięćdziesiąt, bardzo się stara, żebym zauważył kolejno wielki sygnet, który nosi na małym palcu, i szeroki złoty łańcuch zwisający na lewym przegubie. Następnie opiera się łokciami o kontuar, wygięty w pałąk jak w nocnym lokalu w Bordeaux, i zamawia sobie następną anyżówkę. To prawdziwy skecz. Alain przedstawia mnie jako zawodowca afrykańskich szlaków, i Francis odwraca się w moją stronę.
– Ty też handlujesz z czarnuchami, Charlie? Stojący za jego plecami Alain robi do mnie oko.
– Francis jedzie citroenem tube. Ma talent do wybierania samochodów.
– O tak, ja potrafię wybrać wóz. Nie, żebym znał się na mechanice, ale mam nosa. Posłucham tylko silnika i wiem, czy jest dobry. Nachyla się ku mnie.
– Charlie, ty się na tym znasz, jak się sprzedają citroeny? Z tyłu Alain kiwa do mnie głową. Wydaję lekkie gwizdnięcie.
– Citroeny? Czy się sprzedają? Człowieku, idą jak woda! Zachwycony prostuje się, wymachuje sygnetem, łańcuchem, przeciąga dłonią po włosach.
– Widzisz, nie lubię, jak się ma mnie za idiotę. Ci dwaj… Odwraca się, a ci dwaj natychmiast przerywają robienie min i przybierają niewi
– Ci dwaj przyjeżdżają do mnie w Bordeaux i opowiadają mi, że zarobię. Dobrze się składa, kurwa. No wiesz, w Bordeaux już nie ma żyda. Z dziwkami koniec, kurwa. Naprawdę, dziewczyn już się nie utrzyma w garści, gadają tylko o niezależności, kurwa. Miałem dwie. Obie odeszły. Dałem spokój, sam wiesz, wiesz, jakie te dziwki są, same wrócą i będą jeszcze mi jadły z ręki. Co nie, Charlie? A na razie szukam czegoś na moją skalę.
Sygnet, łańcuch, anyżówka.
– Mówią mi, bierz peugeota 404, furgon. Według nich, to się sprzedaje. A jak przyjeżdżam, kurwa mać, akurat rynek nasycony. Czarnuchy zmieniły zdanie, teraz chcą peugeoty 504.
Za jego plecami Alain jest roześmiany od ucha do ucha. Nawet Fred, zwykle bez wyrazu za tymi swoimi okularami intelektualisty, uśmiecha się kątem ust.
– Mówią mi, nie martw się, to przypadek, odbijemy sobie to. Przyjeżdżam 504 limuzyną, a ten kurewski rynek się znowu zmienił, kapujesz. Charlie! Tracę szmal. Tym razem muszę się odkuć, ale citroen tube, nie bój się, zapłacą mi za niego te czarnuchy. Nie jestem jakimś frajerem.
Biedny kutas. Wystarczy, że przyjdzie ktoś zupełnie obcy i potwierdzi mu, że dobrze wybrał, a on już nabrał zaufania. Nie potrzeba mu więcej, żeby poczuć się ważnym. Te świnie, Alain i Fred, muszą mieć z nim niezły ubaw. Mają rację. Gardzę alfonsami; pod pozorami tego całego ich cyrku to mięczaki, które nie mają odwagi robić czegoś i
Starłem się z nimi bardzo wcześnie.
– Mały, zrobiłeś głupstwo. Będziesz musiał zapłacić karę.
Miałem wtedy zaledwie szesnaście lat, ale też dużo kumpli. Kiedy trzej alfonsi stawili się w umówionym miejscu, ich trzydzieści lat, mięśnie i wyszczekane mordy nie na wiele się zdały wobec czterdziestu chłopaków uzbrojonych w łomy i trzonki od łopat.
Kiedy wyszli ze szpitala, opuścili miasto.
Dołącza do nas Christian i przedstawiam ich sobie. Pozostała część popołudnia upływa na rozmowach, obficie zakrapianych malijską anyżówka. W tym otoczeniu dźwięk czterech głosów mówiących z akcentem Bordeuax jest dosyć nieoczekiwany i raczej zabawny.
Pod pretekstem zmęczenia siadam na uboczu w jednym z bardzo niskich plastikowych foteli, które stanowią umeblowanie sali. Po jakimś czasie wchodzi Wallid i ciężko opada na fotel koło mojego. Rycerz pustyni jest całkowicie przybity. Lubię tego faceta. Od początku powstała między nami nić sympatii. Stawiam mu drinka, wybiera anyżówkę, żeby poprawić sobie humor.
– Po co podrzuciłeś mi tę dziewczynę, Charlie?
Jest cały odmieniony. Nie mam już przed sobą bohaterskiego Beduina. Wychodzi teraz z niego paryski imigrant, opowiadający mi o piekle, jakie przeżył.
– Wycisnęła ze mnie wszystko, wykończyła mnie, ciągle mnie prowokowała. A potem załatwiła jeszcze pomocników. Ich też wykończyła. Przysięgam ci. Nie byli już w stanie nic robić. A potem wzięła się za wszystkich pasażerów, po kolei. W końcu wszyscy się pobili…
Na to wspomnienie ogarnia go jeszcze większe przygnębienie. Zamawiam mu jeszcze jedną anyżówkę, ale efekt jest niewielki.
– Już nie mogę… Nie biorę jej więcej do swojej ciężarówki… Nie chcę jej już.
Cholerna Monique! Moja mała dzielna panienka nareszcie się rozwinęła. Później przychodzi się poskarżyć Patricio. Nie ma już forsy. To on sfinansował zakup sprzętu campingowego i większość kosztów wyprawy. A teraz, kiedy nie zostało mu już nic, gruby strażak nie zaproponował mu nawet pożyczki. Patricio musi żebrać.
– Mam tego dość. W Niamey biorę samolot z powrotem. Mogę kazać sobie przysłać pieniądze. Rene sam sprzeda wóz, mam to gdzieś. Nie obchodzi mnie, czy go naciągniesz.
– Jest lepszym psychologiem, niż sądziłem. Rene jest uwięziony w hotelu. Nasz strażak ma afrykańską biegunkę, nie wychodzi z ubikacji, a Patricio nie może się zdecydować na zabranie mu jego portfela. Zapraszam go na naszą małą zabawę. Bo dziś wieczór jest w Gao zabawa. Fred i Alain postanowili załatwić całe stado dziewczyn. Podczas kolacji Alain podpuścił Francisa, zwanego teraz Sygneciarzem, żeby opowiedział nam o swoich seksualnych wyczynach, i cały posiłek ten dureń zatruł nam swoimi przechwałkami i swoją wulgarnością. Zabawa jest na najwyższym poziomie. O ile jakość pozostawia nieco do życzenia, odbijamy to sobie na ilości. Co najmniej dwadzieścia tyłków stoi rzędem pod ścianą. Przed oczami każdej z naszych piękności zawiesiliśmy banknoty. Oczywiście Fred zaopatrzył się w swoje wiadro i gąbkę, i przemywa im zadki. Ten dziwaczny rytuał to jedyna chwila, kiedy można zobaczyć, jak facet ten uśmiecha się i żartuje.
Wieczorek pozwolił mi poznać miejscowego alfonsa, zaopatrującego wszystkich białych. To stary czarny ślepiec, który zna Gao jak własną kieszeń. Nie zdarza się, by się o coś potknął albo żeby się omylił. Ma zadziwiający dar przemieszczania się i rozpoznawania ludzi, zanim się nawet odezwą.
Kiedy orgia rozpoczęła się na dobre, zaciągnąłem parę dziewczyn do i
Była to bezse
Jej ciało jest rewelacyjne. Wybrałem ją, bo ma amputowaną jedną rękę. Brakowało mi jeszcze jednorękiej na mojej liście podbojów.
O świcie natknąłem się na Monique. Wychodziła właśnie z afrykańskiej "prywatki", z włosami w nieładzie, promieniejąc radością życia.
To niewiarygodne, jak miłość potrafi zmienić człowieka. Monique cała promienieje, jest jak odmieniona. Oczywiście nie fizycznie, nadal ma swój obwisły tyłek, ale dobrze się czuje ze swoją brzydotą.
W hotelu, gdzie razem jemy śniadanie, popada w nie kończące się wywody o wspaniałości kontynentu afrykańskiego.
– Zrozumiałam, Charlie, nareszcie odnalazłam swoją drogę. Kiedy pomyślę o wszystkich tych straconych latach w Europie!