Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 70

Opowiadam mu o afrykańskim handlu, o samochodach, o pustyni, o Afryce, o zabawach.

– Kiedy wyjeżdżasz?

– W tych dniach.

– Można na tym zarobić?

– Jak się to zrobi po mojemu, to tak.

– Jadę z tobą.

W zasadzie miałem zamiar odbyć tę pierwszą podróż sam. Ale reakcja Christiana sprawia mi przyjemność.

Tyle razem narozrabialiśmy! Napisano nawet o nas artykuł w prasie, w �Sud Ouest", pod tytułem �Początkujący gangsterzy". To równy facet, odważny i tak spokojny, że nic, absolutnie nic, nie może go wytrącić z równowagi.

– A twoja żona?

Obala tę wątpliwość.

– Mam ją w dupie.

Z grzeczności próbuję się za nią wstawić.

– Wygląda bardzo miło.

Patrzy na mnie przez chwilę. Wie, co myślę o kobietach, i zna moją opinię na temat małżeństwa.

– Charlie, nie zawracaj głowy. Wiesz, jak to jest. Na początku fajnie nam było w łóżku, podobało mi się to… Ale odkąd ma to dziecko, stała się nie do zniesienia. Zostawiam jej moją forsę i jadę z tobą. Wakacje dobrze mi zrobią.

Następnego dnia odwiedzamy okoliczne cmentarzyska samochodów, żeby znaleźć sobie wóz. Znajdujemy na trzecim. Właściciel złomu, młody facet, mówi nam, że ma właśnie do sprzedania peugeota 404?

– Od razu mówię, że nie wygląda najlepiej.

Ma akcent południowego zachodu, aż uszy bolą. Jest pół-Cyganem i zapewne półzłodziejem. Jeśli sam mówi, że nie jest to najlepsza okazja, to znaczy, że wóz się rozsypuje.

To wrak koloru piaskowego, poobcierany i pokryty pęcherzykami rdzy. Chris robi minę zawodowca i obchodzi samochód dookoła.

– Charlie, chodź zobaczyć.

W środku nie ma nawet jednej klamki na swoim miejscu, siedzenia są dziurawe, a podłoga przepuszcza światło. Chris ciągnie za kawałek blachy. Szeroki pas przeżartego metalu zostaje mu w ręku.

Prostuje się, zapala mecarillo i podsumowuje:

– Ten wóz się sypie.

Zwracam się do Cygana:

– Jeździ to?

– Tak, jeździ, używam go na zakupy.

– I ile za niego chcesz?

– Boja wiem… Sześćset franków.

Patrzę na Christiana i decyduję:

– Bierzemy go.

– Zgoda.

Cygan patrzy na nas przez chwilę, nie rozumiejąc. Z trudem powstrzymuje uśmiech, który rozszerza się, kiedy podaję mu dwa banknoty pięćsetfrankowe.

– Za nadwyżkę nałożysz mi do bagażnika części zamie

Z pomocą Christiana, który nosi jak najmniej. Cygan wypełnia mi bagażnik różnymi częściami, jak leci. Po półgodzinie magnetofon jest zamontowany i gość odstępuje nam parę swoich własnych kaset, ze Stonesami, Dorsami i Janis Joplin.

Możemy jechać. Silnik zapala od razu. Pochylony przy opuszczonej szybie Cygan pyta:

– Daleko tak jedziecie?

Odpowiada mu Christian spokojnym głosem.

– Do Afryki.

– Nie?

Teraz już śmieje się otwarcie. Pozostawiamy go rozbawionego i wracamy do centrum Bordeaux. Po południu Christian zajmuje się dokumentami, dowodem rejestracyjnym i ubezpieczeniem.

Około siedemnastej wyruszamy na południe.

– Dokąd konkretnie jedziemy, Charlie?

– Do Niamey, w Nigrze.

– O, kurwa!…

Dziś rano przekroczyliśmy granicę hiszpańską. Ja prowadzę. Żeby ze mną rozmawiać, Christian musi podnosić głowę. Po stronie pasażera kawałek podłogi puścił i połowa siedzenia zwisa pod samochodem, niedługo po naszym wyjeździe.

– Charlie, powiedz, gdzie jest ten Niger?

– Zaraz pod pustynią, po Algierii.

– Tam są Murzyni?

– Uhm.

– Są tak samo tępi jak ci, którzy mieszkają we Francji?

– Nie. Tam są w swoim środowisku. Ci z buszu są fajni. Ci z miast są zepsuci. Za bardzo lubią pieniądze. Naśladują swoich kolonizatorów. Chociaż nie powi

Zapala mecarillo i sięga ręką do tyłu, żeby wziąć jakąś butelkę. Mamy tu parę litrów anyżówki, whisky, koniaku, wina bordeaux, a także sery. Możliwości Christiana zadziwiają mnie. Pije, po czym sika. Odkąd jesteśmy w Hiszpanii, narzeka, że za granicą źle się jada. Christian nigdy nie wyjeżdżał z Francji. Będzie cierpiał w Afryce, jeśli chodzi o jedzenie.

– To prawda, że tam zjadają się między sobą?

– Tak. Czasami…

– O, kurwa…

To cały Christian. Pojechał ze mną nie mając zielonego pojęcia o tym, dokąd jedzie. Zaśmiewamy się bez przerwy. Od wyjazdu całkowicie się odnaleźliśmy nawzajem. Magnetofon, dużej mocy, gra na cały regulator. Christian ubrany jest jak na letnisko, cały na biało i w tenisówkach. Nacisnął sobie na oczy małe słomiane sombrero, co uzupełnia jego wygląd �a la mecarillo".

– Dobry interes zrobiliśmy z tym wozem, nie?

Fakt, że samochód zachowuje się bez zarzutu. Jeśli nie liczyć jakichś metalicznych, nie zidentyfikowanych stuków oraz przeciągu, silnik musi być w dobrym stanie. Pracuje równo. Nie znam się zupełnie na mechanice i Christian też nie. Podczas postoju, jeszcze we Francji, obszedł samochód dookoła i powiedział:

– Charlie, trzeba dbać o wóz, nalewać wody i sprawdzać poziom oleju.

– Myślisz?

– Jestem pewien. Poza tym, trzeba nalewać benzyny.

Dał parę kopniaków w opony i zapewnił mnie, że są dobre.

Podczas kontroli drogowej gliniarz doradził nam jednak, żeby je zmienić. Jazda na łysych oponach jest niebezpieczna, a w dodatku zabroniona. Odparliśmy, że właśnie jedziemy to załatwić, i zmyliśmy się.

Christian ma prawo jazdy. Co do mnie, to miałem ich kilka. Niektóre kupiłem,, żeby dostać pozostałe, musiałem oszukiwać. Nie mam pojęcia o znakach drogowych.

Jedziemy bez przerwy, chyba że Christian chce się wysikać. Praktycznie prowadzę zawsze ja. W Barcelonie aptekarka trochę głupsza od i

– Co to za świństwo?

– Tabletki na schudnięcie.

– Po co to bierzesz?

– W dużych dawkach to środek pobudzający. To mocniejsze niż speed.

– No tak, to po prostu świństwo!

I sięga za siebie po omacku, by złapać jakąś butelkę.

Przejazd samochodem przez kraj europejski nie ma w sobie nic interesującego. Zamierzam jechać bez zatrzymania aż do Adraru, wrót do tej pustyni, w którą chcę się zagłębić. Stąd to teraz dwa tysiące kilometrów. Szybko dojeżdżamy do Algeciras, hiszpańskiego portu, skąd wsiada się na prom do Maroka.

Po dwugodzi

Jego radość nie trwa długo. Zaraz po wyjeździe z miasta czekają na nas marokańscy celnicy w długim, brudnym baraku. Każą czekać całymi godzinami rodzinom obładowanym bagażami i tekturowymi pudłami. Ci panowie postanowili obrzydzić nam życie. We wściekłość wprawia mnie jakiś grubas, władczy, w nieświeżym mundurze. Jest pełen wyższości, podejrzliwy, i tracimy z nim godzinę. Rozpoczyna dokładne przeszukanie. Znajduje butelki z alkoholem żąda swojej części. Odstępuję mu kilka.

Już od pierwszej chwili ta świnia popsuła mi powrót do kraju.

Urodziłem się w Maroku i spędziłem tam dzieciństwo. Zachowałem z tego okresu najlepsze wspomnienia. Tak bardzo cieszyłem się na myśl, że spędzę tam znowu kilka dni, a teraz już nic z tego. Postanowiłem przejechać przez Maroko i rwać prosto na południe. Christian nie jest zachwycony utratą swoich butelek i mamrocze coś w swoim fotelu. Pomimo fali nienawiści, jaka mnie ogarnęła, zwielokrotnionej pod wpływem bustai, staram mu się przedstawić i