Страница 23 из 30
Dawniej leżał tam wrak. Można go dojrzeć gołym okiem, a ciotka ma przecież okulary – interesowałoby mnie, czy jeszcze…”
Powiedziałem do ciotki Mahlkego:
– Może pani tam nie jechać. Okręt znajduje się wciąż na tym samym miejscu. Serdeczne pozdrowienia dla Joachima, kiedy pani będzie do niego pisała. Może być spokojny. Tutaj nic się nie zmienia, a okrętu nikt tak łatwo nie zwędzi.
A nawet gdyby stocznia Schichaua go zwędziła, to znaczy podniosła, pocięła na złom albo odbudowała, czy to by ci pomogło? Czy przestałbyś wtedy z dziecięcą, nieporadną dokładnością rysować na listach poczty polowej rosyjskie czołgi i przekreślać je niebieskim ołówkiem? A kto pociąłby na złom Matkę Boską? Kto zaczarowałby nasze stare, poczciwe gimnazjum i przemienił w pokarm dla ptaków? A kot i mysz? Czy istnieją historie, które się kończą?
XI
Z nabazgranymi dowodami sukcesów Mahlkego przed oczyma musiałem wytrzymać w domu dalsze trzy czy cztery dni: moja matka pochłonięta była wtedy podtrzymywaniem swoich stosunków z budowniczym z organizacji Todta – czy też kurowała chorego na żołądek porucznika Stewego przy pomocy bezsolnej diety, która go tak do niej przywiązała? – W każdym razie ten czy tamten pan poruszał się bez żenady po naszym mieszkaniu i nosił, nie zdając sobie sprawy z wymowy tego symbolu, sfatygowane ra
Dzisiaj brak mi czasami mego starszego brata Klausa, którego zresztą mało znałem, ale wówczas byłem raczej zazdrosny o ten ołtarzyk i wyobrażałem sobie moją własną powiększoną fotografię w czarnych ramkach; czułem się pokrzywdzony i często obgryzałem paznokcie, kiedy byłem sam, w bawialni i nie mogłem ominąć wzrokiem urządzonego ku czci brata ołtarzyka.
Czuję, że któregoś przedpołudnia, kiedy porucznik pielęgnował na tapczanie swój żołądek, a matka gotowała w kuchni kleik owsiany bez soli, byłbym odmawiającą posłuszeństwa pięścią zniszczył ową fotografię, nekrologi, a nawet, być może, skrzypce – ale właśnie nadszedł dzień powołania do Arbeitsdienst i okradł mnie z możliwości wystąpienia, które do dziś i jeszcze przez wiele lat dałoby się z powodzeniem odgrywać – tak świetnie zainscenizowali je: śmierć nad Kubaniem, moja matka przy kredensie i ja, wielki kunktator. Wyruszyłem w podróż z walizką z imitacji skóry, pojechałem przez Kościerzynę do Chojnic i w ciągu trzech miesięcy miałem okazję poznawać Bory Tucholskie pomiędzy Osiem a Reczem. Po drodze wciąż wiatr i piasek. Wiosna dla miłośników owadów. Jałowiec pokrywał się kuleczkami. W ogóle krzaki i podawanie celu: czwarta sosna na lewo, za nią dwóch tekturowych kolegów, których należy trafić. Ale ponad brzozami piękne chmury i motyle, które nie wiedziały, dokąd lecieć. Ciemne, połyskujące, okrągłe stawki wśród moczarów, w których można było przy pomocy ręcznych granatów łowić karasie lub obrośnięte mchem karpie. Jednym słowem: przyroda, gdziekolwiek się srało. Kino było w Tucholi.
Ale pomimo brzóz, chmur i karasi prezentuję jak modelowany w piasku ten oddział Arbeitsdienst – z kwadratem baraków w osłaniającym je lasku, z masztem sztandarowym, rowami przeciwlotniczymi i latryną, położoną w bok od budynku szkoleniowego – tylko dlatego, że rok przede mną, Winterem, Jürgenem Kupką i Bansemerem w tym samym kwadracie poruszał się w drelichu i butach z cholewami Wielki Mahlke i najdosłowniej pozostawił tu trwały ślad swego nazwiska: w latrynie, otwartej u góry zagrodzie, położonej pod szumiącymi karłowatymi sosnami i otoczonej krzakami janowca, widniało naprzeciw gładkiej belki to dwusylabowe słowo, bez imienia, wyrzeźbione czy raczej wyryte na desce – a pod nim wypisany nieskazitelną łaciną, ale literami bez zaokrągleń, raczej pismem runicznym, początek jego ulubionej sekwencji: „Stabat Mater dolorosa…” Franciszkanin Jacopone da Todi miałby powód do radości; ale ja nawet w Arbeitsdienst nie mogłem pozbyć się Mahlkego. Bo kiedy chciałem sobie ulżyć, a za mną i pode mną gromadziła się rojąca się od robaków kupa odchodów mego rocznika, ty nie dawałeś mi spokoju: żmudnie wyryty tekst wołał głośno, natrętnie wskazywał na Mahlkego i Marię Pa
Jestem przy tym przekonany, że ze strony Mahlkego nie były to kpiny. Mahlke nie umiał kpić. Niekiedy próbował. Ale wszystko, cokolwiek robił, czego tknął, co wyrażał, stawało się poważne, I znaczące i monumentalne; tak też było z napisem na desce sosnowej w latrynie obozu Reichsarbeitsdienst pomiędzy Osiem a Reczem, zwanego: Tuchola-Północ. Tekst Mahlkego bił wszystkie k i
Niewiele brakowało, a byłbym wówczas, dzięki trafnemu, w ustro
Istnieje stara bajka o nie dającej się zetrzeć plamie, trochę przerażająca, trochę moralizująca i trochę transcendentna; w każdym razie czyste, świeżo wydłubane miejsce przemawiało do mnie jeszcze wyraźniej niż przedtem wyryte znaki. Twoje świadectwo zwielokrotniło się też widocznie wraz z odłupanymi drzazgami, bo w oddziale, pomiędzy kuchnią, wartownią a magazynem odzieżowym, kursowały, zwłaszcza w niedziele, kiedy z nudów liczyliśmy muchy na ścianie, niestworzone historyjki. Były one, z drobnymi zmianami, zawsze takie same i dotyczyły pewnego chłopaka z Arbeitsdienst, nazwiskiem Mahlke, który rok temu służył w oddziale Tuchola-Północ i widocznie odstawił nieliche numery. Dwaj kierowcy ciężarówek, szef kuchni i magazynier, którzy byli tu już w owym czasie i dotychczas uniknęli przeniesienia, mówili mniej więcej w ten sposób, nie przecząc sobie w zasadniczych sprawach:
– Ten ci wyglądał, kiedy tu przybył! Włosy potąd. No, przede wszystkim musiał pójść do fryzjera. Ale to nic nie pomogło. Uszy miał odstające, że nic, tylko pianę nimi ubijać, a grdykę! Miał też… – i pewnego razu, kiedy tutaj… – a kiedy na przykład… – Ale najfantastyczniejsze było, kiedy jako magazynier pognałem całe to świeżo spędzone towarzystwo do odwszenia do Tucholi. Stoją wszyscy pod prysznicem, a ja myślę sobie, że źle widzę, spójrz no jeszcze raz, mówię do siebie, tylko nie pęknij z zazdrości: jego kutas, powiadam wam, istny dyszel, jak ci stanął, to był taki albo i dłuższy, w każdym razie żonę oberfeldmeistra, czterdziestoletnią babkę na chodzie, obrobił nim z przodu i z tyłu że aż ho, bo mu ten idiota oberfeldmeister, dziwak nie z tej ziemi – później został przeniesiony do Francji – kazał budować klatki dla królików przy swoim domu, drugim po lewej w osiedlu dowództwa. Mahlke, bo tak się nazywał, początkowo odmówił, ale bez ciskania się, tylko zupełnie spokojnie i rzeczowo, cytując regulamin służbowy. Wtedy szef wziął go do galopu, że aż dupą rył po ziemi, a potem musiał przez dwa dni wybierać rękami miód z latryny. I