Страница 33 из 56
Postanowiłem zatem przede wszystkim unicestwić narzędzie tortur – zniszczyć skrzypce. Gdy nikogo nie było w domu, porządnie trzasnąłem nimi o podłogę. Gryf, czyli podstru
działem potem matce, że ćwiczyłem przy otwartym oknie, położyłem skrzypce na chwilę na parapecie, bo zadzwonił listonosz, wiatr dmuchnął i zleciały z drugiego piętra. W niczym to jednak nie odmieniło mojej doli. Ojciec znalazł w Gdańsku zakład lutniczy, a ponieważ naprawa wlokła się i wlokła, pożyczyli mi ze szkoły i
W drugiej klasie liceum wybuchła purplemania. Wszyscy wyrywali sobie z rąk pocztówki dźwiękowe z Pijawką, mdleli przy ekstatycznym krzyku Gillana. Mówili z wypiekami, że jeszcze nikt nigdy nie zagrał niczego tak obłędnego i mocnego (nie istniało słowo „odlotowy”!), czatowali przy radiu z magnetofonami, bo posiadanie prawdziwej, przywiezionej „stamtąd” płyty Deep Purple było wtedy cudem większym niż odkrycie życia w kosmosie. Trzeci Program powoli sączył nagrania – a to Oko demona, a to Into the Fire, Child in Time, Highway Star. Jakieś pismo, bodajże „ITD.”, wydrukowało zdjęcie grupy, wiadomość rozeszła się błyskawicznie, za piętnaście minut w żadnym kiosku nie było już ani jednego numeru. Na przerwach z nabożeństwem oglądano potem niewyraźne obrazki, przedstawiające pięciu długowłosych facetów w cylindrach, dyskutowano o dzikich gitarowych solówkach Blackmore’a, nawet o poszczególnych uderzeniach w bębny Paice’a. Nie dawałem się w to wciągać, uciekałem od tych ludzi, dźwięków, grania, wyrazów i określeń, które się z nimi wiązały. W dalszym ciągu nienawidziłem z pełnym przekonaniem. Ale i na mnie przyszła pora. Kiedyś Wojtek, ten, co później został dzie
Od tej pory wchodziłem w muzykę coraz głębiej, musiałem przeżywać ją bardzo intensywnie, nazwy grup, nazwiska instrumentalistów zapisywały się w pamięci same, bez mojego udziału. Rock zaczął zastępować mi ojca i matkę, dziewczynę i przyjaciela, religię i Pana Boga. Dostawałem bańki w szkole, Magda, Gośka i Grażyna z 111 B kolejno szydziły z moich zalotów, widziałem śledzące mnie widmo śmierci, nie dawały mi wytchnienia przeczucia najokropniejszych klęsk, jakie tylko może podpowiedzieć wyobraźnia siedemnastolatka. Wystarczyło jednak zamknąć drzwi, przekręcić srebrną gałkę ZK120, który akurat dostałem, i już łan Gillan, Gary Brookerjustin Hayward, Greg Lakę odwozili do krain, gdzie nie ma matmy i fizy, poszarzałych z beznadziejności poranków, tłumków przytupujących w śniegowym błocie pod sklepami mięsnymi i akademii ku czci Rewolucji Październikowej. Zauważyłem, że nie tylko ja kocham tę muzykę, ale ona kocha mnie również. Wszystkie moje wątpliwości zostały rozstrzygnięte, wszystkie pytania znajdowały odpowiedź, lęki uspokojenie. Zapełniałem coraz to nowe szpule taśm i miałem tylko jedno pragnienie: słuchać, słuchać i słuchać z zamkniętymi oczami. Mocne, soczyste brzmienia Deep Purple, Wishbone Ash, Budgie, Jethro Tuli, łoskot bębnów, skowyt gitar, tony klawiszy i fletów były jak miękkie maty, jak grube pokrowce chroniące mnie przed kaleczeniem się o pełne zadziorów krawędzie rzeczywistości. Byliśmy dziećmi dziwnej kultury, niewiele rozumiejącymi, a pewnymi siebie. Liczyły się tylko hardrockowe klimaty. Numery Beatlesów uważaliśmy wtedy za ugrzecznioną muzyczkę dla życiowych oportunistów, Stonesi cuchnęli nam komercją i starzyzną. Doorsów słuchałem ze zdartego longplaya u kumpla, Maćka Gałązki, zażenowany staroświeckim brzmieniem, podobnym do dancingowego ansamblu z hotelu „Wodnik”, którego popisy głuchym dudnieniem rozchodziły się w sobotnie noce po uśpionym mieście. Żyliśmy swoją muzyką na przekór światu, garnącemu się już do wielkich dyskotek, karaibskich rytmów, fryzur błyszczących od brylantyny, do szaleńczej zabawy i objęć nadbiegającego tanecznym krokiem Johna Travolty.
Jednego razu ot, tak sobie otworzyłem pianino, którego ojciec, mimo mojej dawno zakończonej edukacji muzycznej, wcale nie miał zamiaru zwracać do koszar, i zacząłem wystukiwać jeden z utworów. Nie sprawiło mi to żadnych trudności, chociaż instrument nie stroił, no i przez ostatnie cztery lata ani razu przecież nie siedziałem za klawiaturą. Szło jak z płatka, akordy same układały się w rękach, tak że po chwili grałem już całego Aqualunga, a po kwadransie improwizowałem i dorabiałem rock’n’rollowe wstawki. Z łatwością, ze słuchu, przegrywałem sobie wszystkie uwielbiane numery. Mogłem je grać z zamkniętymi oczami, od przodu i od tyłu. Hauptfeld miał rację. Kompozycyjnie były do znudzenia proste, wydawało mi się, że nie wymagały żadnych umiejętności, może tylko trochę wprawy, charyzmę załatwiało im rajcujące brzmienie, ekspresja rytmu, na pewno osobowości muzyków, wokaliści. Kiedyś jeden kumpel, biwakowy gitarzysta o ksywie „Clapton”, usiłował pojechać Everything’s Corning Our Way Santany. Znany hicior… Biedził się, stroił, kręcił kluczami. Wyszarpywał, zdzierając paznokcie, trzy pierwsze takty, i kaszana, i z powrotem… Nigdy dotąd nie miałem gitary w ręku, naprawdę. Wziąłem od niego, ułożyłem palce, pokombinowałem przy strunach i po prostu zagrałem. W i