Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 56

Wszystkie tak szybko wyjeżdżały. Przychodziła matura, kończyło się krótkie lato, zakurzone pociągi uwoziły je ze stacji, gdzie jezioro prawie że podchodzi pod tory, do Gdańska, Warszawy, Poznania, czasem jeszcze dalej, zupełnie daleko. Niektóre bez kompleksów zdobywały świat za pomocą jakichś niebywałych, sobie tylko znanych czarodziejskich sztuczek, zupełnie niemieszczących się w głowie człowiekowi utopionemu w tamtej rzeczywistości. Pewnego razu, kiedy już sam załapałem się na swoje nieszczęsne studia, spotkałem tuż przed Bożym Narodzeniem Jagodę Czerpień, w szkole poważną olimpijkę z kilku przedmiotów, ciemnowłosą, dystyngowaną, tonem głosu i brązowymi iskierkami spod zmrużonych powiek wprawiającą w zmieszanie nawet szurniętego Bambusa od bioli.

– Cześć, co u ciebie? Co robisz? – pytała z posągowym uśmiechem.

– Ja? Studiuję – podniosłem na potwierdzenie torbę wypchaną brudnymi koszulami, bo akurat przyjechałem do domu i szedłem z dworca.

– Gdzie?

– W Bydgoszczy. A ty? – W Stanfordzie.

Jesienią niebo nad Giżyckiem wyglądało jak zrobione z pakuł i waty szklanej, a słońce, jeśli czasem zaświeciło, nabierało koloru słomkowej herbaty. W ponure, wietrzne niedziele łaziliśmy z Grzegorzem i Wojtkiem po wyludnionych ulicach, gapiąc się na wystawy, ozdobione najczęściej malowanymi na żółto liśćmi ze styropianu, szukając znajomych, naiwnie wierząc, że coś się wydarzy. Jeśli tylko była

forsa, siadaliśmy w kącie kawiarni „Ekran” i ukradkiem, żeby nikt nie powiedział starym albo nie doniósł do szkoły, pociągaliśmy skręcający gębę bułgarski riesling, ewentualnie tegoż samego pochodzenia koniak „Slanczew Briag”. Nikt z nas nie pił piwa, zresztą, najczęściej go nie było, a jeżeli już, to smakowało kapustą i zgniłymi kartoflami. O żywcu i okocimiu tylko się słyszało legendy, jakie one wspaniałe, prawie jak heineken z pewexu, nie?

Nieposkromione pragnienie kobiecego towarzystwa pchało mnie w stronę koleżanek z klasy. Wieczorami przychodziłem do Anki, Bożeny, Jolki. Były nieładne i sympatyczne, uwielbiały długie rozmowy, znały się na dowcipach i dużo czytały. W ich ciepłych pokojach, pachnących świeżo upraną wełną, paliły się małe lampki albo zwieszały nastrojowe abażury, jedną ścianę zajmowały doniczki z begoniami i paprociami wetknięte w kwietniki z czarnego drutu, drugą zwykle biblioteczka, rzędy kolorowych grzbietów za szkłem. Kawa „Orient” parowała znad włocławskich fajansów, zeszyt od matmy, pretekst wizyty, leżał nietknięty, a my siedzieliśmy do późna i zawsze mieliśmy o czym gadać. O życiu i miłości, o Sylwii Plath i Borgesie, o nowym filmie z Dustinem Hoffmanem, o tym, co Maciek Gałązka opowiadał o RFNie i co tam podobno można kupić w normalnym sklepie spożywczym. Czuliśmy już całą niedookreśloność epoki Gierka i nie wiedzieliśmy, jakie naprawdę jest to nasze życie; czy takie, jak mówiła „Wolna Europa”, czy takie, jakie nam się wydawało, że jest, kiedy latem wybiegaliśmy z domu prosto w objęcia słonecznego poranka, wskakiwaliśmy na rower albo pływaliśmy pod żaglem z łoskotem spienionej wody bijącej o burty. Warto było po tych rozmowach wracać nocą z drugiego końca miasta, gdzieś z Konopnickiej albo Jagiełły, przeskakując od jednej latarni do drugiej, z rękami w kieszeniach i postawionym kołnierzem, łapiącym wilgotny wiatr. Zauważyłem już wtedy, że największą radość sprawia mi oderwanie od świata i że tam właśnie znalazłem oazy, w których mogłem schronić się przed samym sobą. Później, kiedy tylko raz na rok przyjeżdżałem do Giżycka, ktoś opowiadał mi o tych dziewczynach. Jedna została aptekarką, druga nauczycielką, trzecia wyszła za mąż za Włocha. Widzieliśmy się nawet gdzieś, kiedyś, nie mieliśmy już sobie nic do powiedzenia.

Poza tym zajmowałem się leżeniem i słuchaniem muzyki. Ojciec kupił nam magnetofon ZK120, dorobiłem do niego kolumnę ze starego głośnika od radia, który oprawiłem w cztery deski, obciągnąłem kraciastą szmatą i ustawiłem na szafie. W ten sposób mogłem odsłuchiwać to, co w „Trójce” puszczali Kaczkowski i Ma

Wyobraźcie sobie, że wcześniej, jeszcze w podstawówce, muzyki nienawidziłem serdecznie, szczerze i ze wszystkich sił, jak najgorszego wroga. Moja wychowawczyni pod koniec pierwszej klasy powiedziała matce, że mam słuch lepszy niż i