Страница 26 из 40
– A więc taczanka?
– Wyście przeważyli szalę. Czapki z głów!
Wstał i nałożywszy beret, zerwał go pły
Kroczyli z godnością. Artysta w rozwianej pelerynie stawiał szeroko platfusy, Śliwa kołysał lekko samodziałową marynarką, a między mmi dreptał Rak; z uwagi na filigranową konstrukcję organizmu podążał za kolegami z pewnym trudem.
– W domu czeka żona z obiado-kolacją – zauważył malarz.
– Jaka żona! – wykrzyknęli zdumieni.
– Róża. Ożeniłem się z bidulą i przyznaję bez bicia, że jestem szczęśliwy. Okazała się niewiastą spolegliwą i małomówną, w sam raz dla stukniętego artychy. Łóżkowe wygibasy pojmuje w lot, a nawet eksperymentuje w tej dziedzinie kir obopólnemu zadowoleniu. Prawda, ma kłopoty z gotowaniem, lecz ja nigdy nie przywiązywałem zbytniej wagi do żarcia.
Po minięciu świątyni zauważyli pożar – czerwony kur dopadł plebanię. Płomienie lizały strych, lufcikiem wydobywali ła się smuga czarnego dymu. Na przeciwległym chodniku gromada gapiów, przed budynkiem wól straży pożarnej.
– Ratujemy? – rozochocił się Rak. – Wewnątrz mogą być ludzie.
– Nie wolno nam – odparł Śliwa – wyobrażasz sobie tytuły jutrzejszych gazet? Wykorzystując płomienie, elementy postkomunistyczne obrabowały przybytek kościelny. Banda komuchów bezcześci plebanię. Kto podpalił? Policja podejrzewa notorycznego agitatora, niejakiego Śliwę oraz usuniętego dyscyplinarnie z Pewnusi nomenklaturowego dyrektora, Raka. Czyżby akt zemsty?
– Przerażające. Czemu chociaż Strażacy nie gaszą?
– Pójdę zapytać – ofiarował się malarz.
Po krótkiej rozmowie z oficerem straży wrócił z rzadki miną. Stuknął się w czoło i wykonał Kilka chaotycznych gestów, wyrażających dezaprobatę.
– Wyobraźcie sobie, że nie mogą sikać, bo wóz przez przeoczenie nie został jeszcze poświęconą. Ksiądz Pyrko już pobiegł do kościoła po akcesoria.
– Mamy przyglądać się bezczy
– Obawiam się, panie Adamie, że przypadła nam rola chóru greckiego, komentującego wydarzenia. Proboszcz padnie ofiarą pielęgnowanego troskliwie mitu, że co nie pokropione wodą święconą, nie ma prawa funkcjonować.
– Szamanizm w czystej postaci! •- Rak wykrzywił wargi z niesmakiem. – Odczynianie czarów.
– Nie używajmy grzmiących słów. Określiłbym sytuację raczej jako sprowadzenie górnolotnej doktryny do przyziemnych wymiarów. A praktyka często przeczy teorii, co zauważyli już starożytni.
Z hukiem wyleciały szyby piętra, płomienie wydostały się na zewnątrz i zasilone raptownie tlenem buchnęły na ściany. Trzaskały krokwie dachu, dym bił w niebiosa. Przybiegł wreszcie zdyszany proboszcz z pojemną kropielnicą w jednej dłoni i potężnym wiechciem kropidła w drugiej. Święcił pojazd gaśniczy szczodrze, ze wszystkich stron, szczególną uwagę poświęcając motopompie. Potem podbiegł pod budynek, resztę święconej zawartości kociołka chlusnął na ścianę i zaczął modlić się do świętego Floriana, patrona strażaków. Fruwały rozkazy, węże już rozciągnięte, a tu silnik nie chce zaskoczyć. Oficerowi wyrwał się dramatyczny okrzyk:
– Ta cholera zalała styki! Osuszyć!
Śliwa nie mógł powstrzymać śmiechu. Artysta zaś komentował potoczyście:
– Proszę zwrócić uwagę na surrealizm sytuacji. Woda święcona zachowała się jak pospolita H2O i zamiast napędzić urządzenie, unieruchomiła je. Duchowny, który bez wątpienia wierzy w cudowną moc cieczy, zamiast wylać ją na płomienie zmniejszając w ten sposób żar, bryzga bezmyślnie mury jakby chciał je zachęcić do pokory wobec żywiołu. A oficer? Jest wierzącym katolikiem, zdyscyplinowanym, bo wykonał bez szemrania polecenie proboszcza, nakazujące mu bierność do chwili spełnienia ceremonii. I oto ten człowiek, w obliczu przewrotnego skutku kropienia, bez namysłu wskazuje wi
– Nadgorliwość zawsze prowadzi na manowce, ksiądz Pyrko może być pouczającym przykładem – powiedział Rak – taki aktywista w suta
– Pazerność zgubi kler – mruknął Śliwa – chce teraz wszystko i wszystkich podporządkować sobie, co sprowokuje falę ateizmu i nową Reformację. Tak mawiał Ateusz Pokorny, dech mu ziemia lekką będzie. I miał rację.
– Nie zastanawia panów fenomen wody święconej? – ciągnął malarz, puściwszy mimo uszu obie dygresje. – Jak powstaje? Do cudownej przemiany wystarczy odpowiednia modlitwa zwykłego kapłana czy też obrzędu dokonuje biskup, mający upoważnienie Watykanu? W celu transformacji używa się surowiec lokalny czy importowany, na przykład z rzeki Jordan? Pytania naiwne lecz uprawnione w ustach laika. Jeśli proces produkcji, że się tak wyrażę, jest skomplikowany, proboszcz może puścić się na łatwiznę i ubytki uzupełniać dolewaniem z kranu. W ten sposób woda święcona staje się coraz mniej esencjonalna i wraz maleje jej skuteczność, co by tłumaczyło niepowodzenia Kościoła w zbożnym dziele ewangelizacji nadwiślańskich pogan. Jak ogromne jest zapotrzebowanie na ów płyn cudowny, wiadomo. W Trzydębach poświęcono już wszystko, od szklarni Świderskiego do miejskiego szaletu.
– Nie widzę problemu – obruszył się Rak. – Przecież Kościół w ramach akcji prywatyzacyjnej może przejąć jakąś państwową gorzelnię i zamienić ją na przykład w spółkę akcyjną „Rowoś" (Rozlewnia Wody Święconej). Jest zapotrzebowanie rynku, zbyt zapewniony, produkt w gustownych opakowaniach dostępny w każdym kiosku. Dla księży trzydziestoprocentowy rabat przy hurtowym zakupie.
– Lepszy interes zamieniać wodę w wino – zauważył Śliwa. – Powstaje, powiedzmy, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością „Curozwin" (Cudowne Rozmnożenie Wina) i dzięki reklamie telewizyjnej opanowuje rynek, kładąc na łopatki Polski Monopol Spirytusowy. Są precedensy. Pamiętasz faceta zwanego Świński Ryj? Prowadził punkt skupu butelek przy ulicy Krzywoustego. Z każdej flaszki trunku robił dwie, dolewając kranówki. Korki zgrabnie lakował, a towar upły
Ogień trawił już parter. Zawalił się dach wyrzucając w atmosferę snopy iskier. Gapie zaczęli się rozchodzić, a strażacy z beznamiętną precyzją dogaszali zgliszcza. Proboszcz siedział na trawie pogrążony w smutku, gdyż nie tylko dobro kościelne lecz także jego osobisty dobytek uleciał z dymem. Podszedł doń Śliwa.
– Szukamy źródeł nieszczęścia?
Nie słysząc odpowiedzi dodał zaczepnie:
– W ściany plebani wmurowano cegły, którymi tłum dewotek, podbechtany przez księdza Maciąga, ukamienował nauczyciela Pokornego. Mojego przyjaciela Ateusza. Przekląłem wówczas twego poprzednika, przeklinam dziś ciebie, klecho! Oby cię piekło pochłonęło!
– Przekleństwo komucha jest pozbawione mocy sprawczej – odparł Pyrko wzruszając lekceważąco ramionami.
– Zobaczymy. Dotąd dzieliłeś miast łączyć co rozłączone, uczyłeś nienawiści choć kazano ci głosić miłość, plugawiłeś wargi kłamstwem tając prawdę. Dziś jednak ruszyło cię sumienie, będziesz usiłował się zmienić, w płomieniach plebani ujrzałeś bowiem własną podłość, podszytą pychą. Ogarnął cię strach, że będziesz osądzony, być może niebawem, śmierć już krąży w pobliżu, mogłeś przecież spać w budynku, wtedy żar odciąłby ci drogę ucieczki. Lecz nie zdołasz się zmienić, klecho, za późno! Zasiejesz ziarno, a wyrosną ci plewy. Głosić będziesz miłość, a zbierzesz nienawiść. Gdziekolwiek stąpniesz, ziemia stopy ci wypali. Zdechniesz w samotności, a parafianie pluć będą na twój grób. Amen. Gdy wrócił do towarzyszy, Rak ucieszył się
– Wymachiwałeś ramionami jak wiatrak. Myślałem, że mu przylejesz.