Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 40

– Jesteś kochany, Hiruś. Ale nie trzeba się wysilać. Oboje wiemy, że to się wkrótce stanie. Po chwili:

– Miło w naszej chacie. I znów po dłuższej pauzie:

– Zawsze cię kochałam. Pamiętaj o mnie.

Siadywał na tapczanie, ściskając jej osłabłą dłoń i milczał. W nocy tulił do siebie, jakby chciał przelać w zmaltretowane ciało swą energię życiową. Wsłuchiwał się w chrapliwy oddech, przerywany jękami bólu. Jeszcze nie mógł się pogodzić z myślą, że Maleńka odejdzie bezpowrotnie i zostanie sam. Dlaczego? Ma dopiero czterdzieści lat, mogłaby dożyć starości. Czemu właśnie ona, ta skromna, cicha, ludziom życzliwa kobieta?

Piotrek codzie

Niebawem przestała w ogóle jeść; aby dać choć trochę płynu musiał siłą rozwierać zęby, połowa wyciekała na powrót kącikami warg. Czasem chciała coś powiedzieć, lecz słowa zamieniały się w nieartykułowane dźwięki. Tylko oczy wciąż się weń wpatrywały i dostrzegł w nich na przemian to czułość, to rozpacz. Potem zaczęła tracić świadomość -nadeszła agonia.

Przebudził go kurczowy chwyt palców. Teresa patrzyła przytomnie, wzrok wędrował od męża ku otwartemu oknu i z powrotem. Zrozumiał. Wziął ją na ręce jak dziecko i podszedł do parapetu.

Na zewnątrz wstawał wiose

Maleńkiej płynęły łzy po policzkach. Śliwa bał się poruszyć; tkwił jak posąg ze swym najdroższym ciężarem w ramionach, aż Teresa przestała oddychać. Położył ją wtedy na tapczanie, padł na kolana i całując martwiejącą dłoń zaczął rozpaczliwie szlochać.

Pogrzeb miała skromny, przyszło kilkoro znajomych i parę bab-żałobniczek, które wciąż urzędują na cmentarzu, uważając za swój obowiązek uczestniczenie w każdej ceremonii. Przed zamknięciem trumny Śliwa ucałował woskowe czoło żony, a Piotr przybrał ciało różami. Bezkresny spokój spłynął na twarz Teresy, rysy złagodniały, wargi rozchylane w półuśmiechu, drobne dłonie spoczęły swobodnie na sercu. Mizerię żywota zostawiła poza sobą, wszystkie jej żonine i matczyne troski powszednie, całą tę szamotaninę między marzeniem a obowiązkiem, między kochaniem i męką istnienia.

Stary z kamie

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Wiosną 1991 roku w Pewnusi pojawiła się komisja rządowa w osobie kostycznego mężczyzny o końskiej twarzy, hymkającego co trzecie słowo. Komisja reprezentowała władzę demokratyczną, dlatego uznała za celowe poszerzenie swego składu' przez kooptację lokalnych czy

I tak szanowna komisja w imieniu załogi, dla zatarcia komunistycznego piętna, nadała Wytwórni Nocnych Naczyń Wielokrotnego Użytku imię marszałka Józefa Piłsudskiego. Uroczystość oficjalna poprzedzona uroczystym nabożeństwem, obejmie poświęcenie między i

– A w środku co? – spytał Bukowski.

– Mościcki i Kaczorowski – odparł Maciaruk. – Ciągłość, legalnej władzy, kraj i emigracja.

– Owszem, kolekcja prezydencka, hm, interesujące – oceniła końska twarz. – A gdyby tak serię, hm, wysokich autorytetów moralnych? Zbigniew Brzeziński czy Tadeusz Mazowiecki, hm, o Janie Pawle II już nie wspominając.

– Ja proponuję sławnych polityków – wyskoczył Maciaruk – stworzyli nową Polskę, należy im się.

– Sprawa ryzykowna, hm, można pomieszać działaczy Porozumienia Centrum, hm, z tymi od Unii Demokratycznej. Nabywcy będą zdezorientowani.

– To dajmy dwie serie: jedną z braćmi Kaczyńskimi, Maziarskim i Najderem, druga z Kuroniem, Geremkiem i Turowiczem. Wolny wybór, każdy spożytkuje naczynie według własnych poglądów politycznych.

– To byłoby jakieś, hm, rozwiązanie. Rzecz wymaga, hm, głębszej refleksji. Refleksję odłożono na potem, przechodząc do spraw kadrowych. Na dyrektora wytypowany został jednomyślnie inżynier Kajdyr, znakomity wynalazca i organizator, represjonowany przez komunę. Po czym wezwano Raka i Śliwę.

– Panie Rak – oznajmił stołeczny wysła

– Sprawiedliwości stało się zadość – Maciaruk nie krył zadowolenia. – Wystarczająco długo tolerowaliśmy szefa, wyniesionego na stołek przez stan woje

– Brałem nauki u ciebie, Maciaruk. Za co wyleciał Bukowski, dobrze wiesz; jeśli zapomniałeś, niech ci w gębę chuchnie. A Kajdyr ciągnął forsę za niewykonane wynalazki, sąd udowodnił mu wyłudzenie znacznych sum.

– Na pański wniosek.

– Oczywiście, dbałem o kasę firmy.

– Pan zaś, panie Śliwa…

– Również won. Taczld?

– Każdego komucha mogę osobiście wywozić w siną dal – zaoferował się Bukowski.

– Nie trzeba – powiedział Maciaruk – ten triumfalny rejs sprzed dziesięciu lat zachował ważność. Towarzysz Śliwa opuści nas własnonożnie, że się tak wyrażę. Do emerytury zostało mu trochę czasu, może u Świderskiego hodować pomidory.

– Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy – odparł Śliwa.

Wyszedł ciągnąc za sobą Adama. Rozstanie z Pewnusią sprawiło Rakowi przykrość, skarżył się smętnie:

– Dwadzieścia lat tu przepracowałem. Chyba jakieś podziękowanie się należy, no nie?

– Zwariowałeś! Oczekujesz podziękowania od tych nadętych pacanów? Nie łam się, Adaś. Na frasunek dobry trunek, idziemy do Zajazdu Pod Mieczem.

Tłusta Kleopatra ujrzawszy gości, podprowadziła zaraz do stolika gdzie rezydował Artysta.