Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 18 из 63

Tomek Wilmowski

– Napisz Sally, że ją pozdrawiam – dodał bosman.

– Zaraz to zrobię. Na pewno bardzo się ucieszy – zapewnił Tomek.

Po chwili włożył list do koperty, którą schował do kieszeni.

– Za dwie godziny będziemy w Kisumu – oznajmił Wilmowski wchodząc do przedziału. – Czy czujecie podmuch wilgotnego powietrza?

– Co byłby wart nos marynarza, który by nie zwęszył wody – odparł bosman.

– Tatusiu, czy z Kisumu zaraz wyruszymy w dalszą drogę? – zapytał chłopiec.

– Tak, Tomku. Powi

Tomek wyjrzał oknem. Wokół ciągnęły się “dość łagodne pagórki porosłe wysokimi, rozłożystymi drzewami. Chłopiec pomyślał, że wkrótce ruszą ko

“Mimo wszystko pan Hunter idzie z nami – pomyślał. – Co mi tam wszyscy Pigmejczycy, ludożercy i małpy, skoro tatuś i i

Natychmiast też poprawił mu się humor. Pogłaskał Dinga po kosmatym łbie szepcząc:

– Pamiętam o tobie, kochany piesku. Gdy wysiądziemy z pociągu, nałożymy stroje ochro

Tymczasem pociąg wtoczył się na stację w Kisumu. Była to wówczas mała osada, zamieszkiwana zaledwie przez trzech Europejczyków oraz kilkunastu Indusów i Murzynów. Poza paroma niskimi, białymi domkami były w niej tylko murzyńskie chaty, pobudowane wokół zatoki Kawirondo na łagodnych, zielonych pagórkach.

Tomek nie miał czasu przyglądać się barwnym roślinom tropikalnym, ponieważ zaczęto wyładowywać z magazynu bagaże, które przybyły do Kisumu przed nimi. Hunter okazał się bardzo praktyczny. Odnalazł znajomego Indusa trudniącego się przewożeniem towarów wozami i wynajął go na dwa dni. Po kilkugodzi

Niecałe sto kilometrów dzieliło podróżników od granicy Ugandy. Indusi wraz z furgonami zgodzili się towarzyszyć łowcom do rzeki Nzoia. Tam, według zapewnień woźniców, można było wynająć Murzynów do niesienia bagaży.

Dość szeroka ścieżka wiła się między porośniętymi zielenią pagórkami. W powietrzu czuło się wilgoć, chociaż wyniosłości terenu zasłaniały jezioro. Łowcy omijali jego brzegi, ponieważ droga wiodąca jakby po przekątnej półwyspu Kawirondo umożliwiała dotarcie o dzień wcześniej do ujścia rzeki Nzoia. Wieczorem zatrzymali się na krótki odpoczynek. Następnego dnia o świcie ruszyli dalej. Indusi ostro popędzali woły, aby przed zachodem słońca przybyć do celu. Szlak stale się pogarszał, a zmęczone zwierzęta szły coraz wolniej. Toteż dopiero nazajutrz około południa wyprawa znalazła się nad rzeką, w pobliżu jej ujścia do Jeziora Wiktorii.

Obydwa brzegi rzeki Nzoia porastały papirusy. Tworzyły one miejscami gąszcz nie do przebycia i osłaniały ukryte wśród trzęsawisk spokojne stawy – schronienie mnóstwa dzikich kaczek, gęsi, ibisów, żurawi, pelikanów, łabędzi i bekasów. Wstęga rzeki przecinała rozległy płaskowyż urozmaicony kilkoma wyspami bujnej rośli

Zaledwie wozy przystanęły w ocienionym drzewami miejscu, Masajowie przystąpili do budowy bomy32[32Boma, kambi lub zeriba – okrągłe, kilkumetrowej średnicy ogrodzenie.] z grubych, głęboko w ziemię wbitych kołków, między które ułożyli gęstą osłonę z gałęzi cierni, pozostawiając kilka otworów do obserwacji bądź ewentualnego strzału. Wewnątrz tego wysokiego, kolczastego ogrodzenia rozbito namioty i wyładowano bagaże.

Tomek razem z ojcem zajął się urządzaniem ich wspólnego namiotu. Po zakończeniu pracy zmęczony i spocony wybiegł z Dingiem przed bomę.

– Nie masz ochoty rzucić okiem na jeziorko? – zagadnął bosman Nowicki ocierając kraciastą chustką pot z czoła.

– Ładne mi jeziorko! Czy pan wie, że jego powierzchnia wynosi sześćdziesiąt dziewięć tysięcy kilometrów kwadratowych? Oczywiście, że chcę na nie spojrzeć, bo przecież w Kisumu nie było na to czasu.

– No to chodźmy! – zaproponował marynarz.

Pobiegli w kierunku jeziora. Wkrótce zsunęli się po urwisku i zatrzymali na brzegu.

– Ależ to prawdziwe morze! – zawołał Tomek ogarniając wzrokiem bezmiar wód.

– Morze, nie morze, grunt, że woda, w której można wykąpać się dla ochłody – wysapał bosman ściągając z grzbietu koszulę.

– Wspaniała myśl! – pochwalił Tomek.

Szybko zrzucił odzienie i zadowolony, że zdołał wyprzedzić bosmana, stanął na brzegu. Zakątek wybrany do kąpieli ocieniały mimozy o rozłożystych konarach; gęsta trawa sięgała aż do przejrzystej toni. Tomek bez namysłu wszedł do wody. Wyciągnął ręce, by rzucić się naprzód, gdy nagle Dingo, który stał jeszcze na brzegu, warknął nieoczekiwanie. Tomek wstrzymał skok. Jakieś ogromne cielska, rozcinając nurt jak strzała, zatrzymało się właśnie w miejscu, gdzie chciał się pogrążyć w chłodnej wodzie. Tomek błyskawicznie wyskoczył na brzeg i tylko dzięki temu uratował życie. Był to bowiem olbrzymi krokodyl33[33Krokodyl afrykański (Crocodilus cataphractus) występuje w rzekach Senegalu aż do Konga, w Afryce Wschodniej i Zachodniej, w rzece Kamerun, w wodach półsłonych bagien nadbrzeżnych zarośniętych mangrowcami, a w rzece Wazi, dopływie Kamerunu, występuje masowo. Krokodyl nilowy (Crocodilus niloticus) spotykany jest w całej Afryce.]. Przez chwilę spoglądał peryskopowymi oczyma na przerażonego chłopca, po czym oddalił się z ociąganiem.

– Niech pan patrzy! Tylko prędko! – krzyknął Tomek ochłonąwszy ze strachu.

– Krzyczysz, brachu, jakbyś zobaczył ducha – zaczął bosman, lecz umilkł natychmiast, gdy ujrzał grzbiet odpływającego krokodyla.

Bez zbędnych słów zaczął ubierać się z powrotem. Tomek rozbawiony jego ponurą miną zapytał:

– Dlaczego pan tak nagle zmarkotniał, bosmanie?

– A niech wieloryb połknie te wasze wyprawy myśliwskie! – rozgniewał się marynarz. – W Australii człowiek rozsychał się z braku wody jak stara beczka, tutaj znów co krok mógłbyś moczyć grzeszne cielsko, lecz krokodylszczaki szczerzą zęby jak druhny na weselu! Niech to licho weźmie. Biednemu zawsze wiatr w oczy wieje…

Tomkowi żal się zrobiło poczciwego bosmana, więc powiedział pocieszająco:

– Zapytamy pana Huntera, może będzie znał miejsce nadające się do kąpieli.

– Odczep się ode mnie z tym panem Hunterem! Chudy jak szczapa, to i nie poci się i gwiżdże na kąpiel.

Jak niepyszni wrócili do obozu.