Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 74 из 104

– Aniu, powiem Dianie, że powi

W całym biurze nie zadawała się jedynie z Caroline i A

– To jak gadanie do ściany – usłyszałam kiedyś, gdy rozmawiała z Dianą.

Diana powiedziała mi, że Bertha nie tylko udziela się w rozmaitych akcjach charytatywnych, ale także co tydzień organizuje zbiórki jedzenia dla biednych rodzin w mieście. Kiedy przychodziła do biura, miałam wrażenie, że ktoś otworzył okno i wpuścił świeże powietrze.

Pewnego wieczoru, mniej więcej po roku od mojego debiutu w gazecie, Bertha zapytała, czy mogę chwilę zostać, żeby pomóc jej wybrać przepisy do specjalnego niedzielnego wydania. Z zadowoleniem przyjęłam propozycję. Chciałam nauczyć się jak najwięcej o układzie graficznym i redagowaniu, poza tym lubiłam towarzystwo Berthy.

Caroline wyszła wcześniej wybrać sobie sukienkę na dzisiejsze ważne przyjęcie w Prince’s. Joyce wyjechała na wakacje z mężem I dziećmi. A

Bertha przeglądała teczkę z przepisami i wybrała na przystawki łososia w galarecie i krakersy serowe na ostro, ale nie mogła zdecydować się na i

– Pod tramwaj! O Boże!

Widziałam, jak opada na fotel. Serce mocno biło mi w piersi. Oczami duszy ujrzałam Harry’ego leżącego gdzieś na poboczu drogi między Rose Bay a Castlereagh Street, kiedy usłyszałam, jak Diana mówi: „Caroline”.

Bertha i ja wpatrywałyśmy się w siebie. Diana odłożyła słuchawkę i podeszła do nas, blada jak płótno.

– Caroline wpadła pod tramwaj na Elizabeth Street!

Jęknęłam. Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Nie lubiłam Caroline, ale nawet jej nie życzyłam śmierci pod kołami tramwaju.

– Przepraszam, nie chciałam was wystraszyć. – Diana złapała się za głowę. – Nie zginęła. Tramwaj ją potrącił. Trafiła do szpitala ze złamaną ręką i połamanymi żebrami.

Bertha zerwała się z krzesła i chwyciła Dianę za ramię.

– Chodź, przeżyłaś straszny szok – powiedziała. – Zaparzę ci herbaty.

– Ja się tym zajmę – zaproponowałam. – Wiem, gdzie wszystko leży.

Kiedy sypałam listki do imbryka, Diana usiłowała doprowadzić się do porządku.

– O Boże! – wykrzyknęła nagle. – Dziś wieczorem jest przyjęcie Denisonów. Zadzwonię do A

– Ja zadzwonię. – Bertha poklepała ją po ramieniu. – Gdzie numer?

Diana wskazała kartotekę na swoim biurku.

– Tam – powiedziała.

Przyniosłam Dianie herbatę, tymczasem Bertha usiłowała dodzwonić się do A

Diana spojrzała na zegarek.

– Nie zdążą na czas. Zbyt daleko mieszkają. – Zaczęła obgryzać paznokieć, co bardzo do niej nie pasowało. – Jeśli odwołam naszą rocznicową kolację z powodu dwudziestych pierwszych urodzin pa

Bertha odłożyła słuchawkę i wyszła z gabinetu Diany.

– Wyślij Anię – zaproponowała. – To urocza dziewczyna i znakomicie się prezentuje. Da sobie radę.

Diana wzruszyła ramionami. – Nie mogę – westchnęła. – Gdyby to było coś i

– Zadzwoń do Stana w laboratorium fotograficznym – poradziła jej Bertha. – Powiedz mu, że potrzebujesz kogoś bardzo dobrego, kto wie, o co chodzi. Fotograf pomoże Ani. Wystarczy, że dziewczyna zanotuje nazwiska gości. Poradzi sobie z tym.

Diana raz jeszcze spojrzała na zegarek, a potem na mnie.

– Aniu, zrobisz to? Lepiej idź i wybierz sobie coś z szafy. Nie wpuszczą cię, jeśli się spóźnisz.

Szafa, o której wspomniała, była wspólną garderobą działu kobiecego. Diana, Caroline i A

Przyjrzałam się ubraniom na wieszakach. Byłam wyższa od i

Fotograf czekał na mnie na dole w recepcji. Niemal krzyknęłam na jego widok. Był ubrany w lśniącą marynarkę i spodnie – rurki.

Między nogawką a butami wystawały mu białe skarpety. Miał długie bokobrody i włosy zaczesane do tyłu, przez co wyglądał jak rockandrollowiec z Cross.

– Cześć, jestem Jack. – Potrząsnął moją dłonią. Śmierdział papierosami.

– Ania. – Usiłowałam się uśmiechnąć.

Prince’s leżało zaledwie kilka przecznic dalej, więc postanowiliśmy pójść piechotą. Jack wspomniał, że przyjęcie, na które się wybiera – my, to „dopiero coś” – nie musiał mi tego powtarzać. I tak miałam mdłości ze zdenerwowania. Była to kolacja połączona z tańcami, wydawał ją Philip Denison z okazji dwudziestych pierwszych urodzin swojej córki. Do rodziny Denisonów należała największa sieć domów towarowych w Australii, w kategoriach reklamy stano – wili łakomy kąsek dla gazety. Dlatego na przyjęciu miał się pojawić sir Henry Thomas, wydawca „Sydney Herald”.

– Dotąd nigdy się tym nie zajmowałam, Jack – powiedziałam do fotografa. – Liczę na to, że mi powiesz, kogo powi

Jack wyciągnął papierosa z pudełka w kieszeni, obwąchał go i włożył za ucho.

– Przyjdą wszystkie szychy z Sydney – mruknął. – Wiesz jednak, co jest największą sensacją tego wieczoru?

Przecząco pokręciłam głową.

– Po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat Henry Thomas i Roland Stephens znajdą się w tym samym miejscu.

Nie zrozumiałam, o co chodzi. Popatrzyłam pytająco na Jacka.

– A, zapomniałem, że jesteś nowa w tym kraju – uśmiechnął się. – Roland Stephens to największy australijski hurtownik tkanin wysokogatunkowych i wełny. Może i jest jednym z najbogatszych ludzi w Australii, ale tak samo zależy od patronatu Denisona, jak sir Henry.

Wzruszyłam ramionami.

– Nadal nic nie rozumiem – powiedziałam. – i co z tego, że będą w tym samym miejscu? Przecież nie rywalizują ze sobą.

Jack uśmiechnął się do mnie chytrze.

– Tu nie chodzi o interesy. To spór o kobietę. O piękną kobietę, Maria

– Czy ona też przyjdzie? – Pomyślałam, że przyjęcie będzie bardziej przypominało noc w Moskwie – Szanghaju niż wieczorek towarzyski w Sydney.

– Nie – odparł Jack. – Dawno temu zniknęła. Obaj ożenili się z i

– Kto zrozumie bogaczy? – Pokręciłam głową.

Kiedy pojawiliśmy się w Prince’s, kazano nam czekać wraz z resztą dzie