Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 56 из 66

Trupiarnia

Kresem wędrówki ziemskiej w obozie była Trupiarnia, duży barak położony między kuchnią a pomieszczeniem dla ciężarnych kobiet, do którego kierowano więźniów niezdolnych do pracy przed ostatecznym skreśleniem z listy żywych.

Sam wyrok skazujący na Trupiarnię nie był jednak nieodwołalny i podlegał po pewnym czasie rewizji. Więzień odchodził na podstawie orzeczenia lekarzy do Trupiarni, jeśli przestawał być „rabotiagą”, a stawał się „dochodiagą” – słowo, którego sens najlepiej oddaje „dogorywanie”. Ale – w teorii przynajmniej – istniała zawsze możliwość regeneracji organizmu, jakkolwiek nawet w wypadku młodszych więźniów sam odpoczynek, któremu nie towarzyszyło lepsze odżywianie, nie wystarczał, aby wskrzesić na nowo stygnące życie. Trupiarnia bowiem oznaczała tylko zwolnienie od tortury pracy, nie przynosiła natomiast zwolnienia od męki głodu. Wprost przeciwnie, głód staje się naprawdę groźny i prowadzi na krawędź obłędu dopiero w okresach bezczy

Najbardziej zdumiewającą właściwością Trupiarni było to, że w samym pierwotnym zamierzeniu miała ona przypuszczalnie przywracać wycieńczonych więźniów do stanu względnej przydatności do pracy, a w praktyce spełniała taką rolę, jaką wyrażała jej żargonowa nazwa – kostnicy, domu przedpogrzebowego. Racja żywnościowa – w przybliżeniu na poziomie „drugiego kotła” – nie mogła w żadnym razie wpłynąć decydująco na zahamowanie procesu obumierania tkanek, a typowe choroby Północy – cynga i pelagra* – były nieuleczalne w ramach symbolicznej kuracji surówkowej. Tylko bardzo silny organizm, wycieńczony pracą, ale nie przeżarty jeszcze rdzą choroby, miał szansę zebrania na powrót sił do życia – do czasu ponownego załamania się. Powtórna selekcja lekarska (podobna do stosowanej w niemieckich obozach koncentracyjnych „wybiórki” starców i niedołężnych więźniów „do gazu”) dzieliła więc mieszkańców Trupiarni na „słabosiłkę” i „aktirowkę”. Pierwszą kategorię otrzymywali więźniowie, którzy mieli jeszcze widoki powrotu do pracy po okresie wypoczynku w Trupiarni; przyznawano im niewielki dodatek żywnościowy, tak zwane „słabosilnoje pitanije”, i organizowano w „słabkomandę”, używaną do lżejszych robót pomocniczych w zonie. Druga nazwa oznaczała diagnozę nieuleczalności w warunkach obozowych – czyli w praktyce wyrok skazujący na powolną śmierć w Trupiarni; więźniowie z „aktirowki” nie byli już wzywani do żadnej pracy, ale nie otrzymywali też żadnego dodatku żywnościowego. Pozostawało im tylko czekać cierpliwie na koniec.

Rzadkie wypadki powrotu ze „słabosiłki” do życia i pracy czyniły i z tego nawet podziału fikcję, ale mieszkańcy Trupiarni – zdając sobie na ogół sprawę z faktu, że płyną mimo sztucznych rozróżnień w jednej łodzi – zabiegali niemniej usilnie o zaliczenie do kategorii pierwszej. W gruncie rzeczy chodziło tu nawet nie tyle o ów dodatek żywnościowy, ile o wyrok śmierci zawarty w słowie „aktirowka”. Nie tak łatwo było zapłacić cenę utraty resztek nadziei za zupełny spokój i bezczy

Szedłem ze szpitala do Trupiarni z i

Droga prowadziła obok ambulatorium, dobudówki do baraku technicznego i baraku macierzyńskiego. Przystawałem co chwilę, kładąc na śniegu zawiniątko z całym moim dobytkiem więzie

W Trupiarni przywitały mnie ciekawe spojrzenia z obu rzędów górnych i dolnych prycz. Rzuciłem tłumok na stół i począłem szukać Dimki. Znalazłem go w samym rogu, na dolnej jak zwykle pryczy (miał ze swoją protezą zrozumiałą niechęć do wspinania się na górę, chociaż uważał, że leżenie nad i

W pobliżu legowiska Dimki odnalazł się również inżynier M., który odwiedził nas był niedawno dwa razy w szpitalu, ale unikał rozmowy na temat przebiegu głodówki. Dzięki jego taktowi cała sprawa poszła już w zapomnienie, pozostawiając wszystkim sześciorgu Polakom równy udział w nadziei. Było coś ładnego i przekonywającego w tym samorzutnym geście solidarności, który obył się bez jednego nawet słowa wyjaśnień. M. był w Trupiarni także nowicjuszem, do niedawna bowiem pozwolono mu mimo zaliczenia do „słabosiłki” mieszkać w ogólnym baraku. Leżał teraz na górnej pryczy i poznałem go z daleka po długich nogach, obwiązanych szmatami i wysuniętych znacznie poza krawędź desek. Pociągnięty za nogę, ocknął się z zamyślenia – a może modlitwy? – i ulokował mnie na pryczy obok siebie. Tak więc zamieszkałem w Trupiarni na trzech wąziutkich deskach, gdyż mój sąsiad z prawej – nauczyciel z Nowosybirska, który wydzielał niegdyś wodę w łaźni – nie chciał mi ustąpić ani o milimetr więcej miejsca.