Страница 42 из 66
Słowa tak niezwykle brzmiące w obozie szepnęła mi na ucho moja sąsiadka, Natalia Lwowna. Znałem ją od dawna, ale tylko przelotnie. Wiedziałem, że pracuje w biurze rachmistrzów obozowych, mimo że brak urody powinien by ją raczej kwalifikować do lasu. W wieku dwudziestu paru zaledwie lat była już wyjątkowo stara i brzydka – ociężała, niezgrabna, o dużych, chorobliwie wyłupiastych oczach, rzadkich włosach i obwisłych policzkach, na których pokazywały się czasem ceglaste wypieki. Należała w obozie do kilkudziesięcioosobowej grupy więźniów, którą określano skrótem KWŻD. Te cztery litery oznaczały kolej wschodnio-chińską (Kitajsko-Wostocznaja Żeleznaja Doroga), sprzedaną przez rząd sowiecki 23 marca 1935 roku Japonii, a raczej rządowi Mandżukuo. Wszyscy Rosjanie, którzy przed rokiem 1935 zamieszkiwali na terenach kolei wschodnio-chińskiej, a po jej sprzedaży optowali na rzecz Rosji, zostali aresztowani i z wyrokami dziesięcioletnimi zesłani do obozów Północy. Nazwa kolei wschodnio-chińskiej stała się w ten sposób umowną nazwą paragrafu kodeksu sowieckiego i wraz z paroma i
Mówiono, że Natalia Lwowna zawdzięcza swoją pracę w biurze rachmistrzów chorobie serca. Sama nigdy się z tym nikomu nie zwierzyła, ale można było poznać z jej wolnego, ostrożnego chodu, z ruchów ciała kontrolowanych nieusta
Wyszliśmy z baraku „chudożestwie
Natalia Lwowna płakała. Szedłem obok niej zakłopotany tak wolno, aby nie wyprzedzać jej ostrożnego chodu, i tak cicho, aby nie płoszyć jej wzruszenia. Czyż mogłem wiedzieć, dlaczego płacze – ja, który znałem ją dotąd tylko z opowiadań i z widzenia? Wydawało mi się, że wszystkie dziewczęta w obozie musiały dziś płakać, ujrzawszy naraz tyle strojów, tańców i scen miłosnych. Ale na zakręcie ścieżki prowadzącej do baraku kobiecego przystanęła i tłumiąc z wysiłkiem łzy, zapytała: „Czy pan myśli, że ja płaczę z tęsknoty za tamtym życiem?” Spojrzałem na jej brzydką twarz, na obwisłe policzki porysowane mokrymi strużkami, na ogromne oczy, które nagle za szklistą zasłoną wydały mi się prawie ładne, i zawahałem się. „Tak myślę, Natalio Lwowna – powiedziałem wreszcie, sądząc, że jej to sprawi przyjemność – i pani pewnie lubiła kiedyś tańczyć”. „Och, nie – odparło żywo – nie tańczyłam nigdy w życiu. Ale siedzę już pięć lat w obozie i ciągle jeszcze nie umiem się opanować, gdy widzę, że to wszystko już było, to samo, przed laty… Że mieszkamy od wieków w martwym domu” – spojrzała na mnie uważnie. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć; zdawało mi się, że każdym słowem mogę zadrasnąć jej najbardziej osobiste uczucia. „Niech pan tu poczeka – powiedziała nagle – coś panu przyniosę”. Poszła do swojego baraku szybszym niż zwykle krokiem i po chwili wróciła zdyszana, kryjąc pod buszłatem na piersiach jakiś przedmiot. „Niech pan to przeczyta – powiedziała drżącym głosem – ale niech pan nikomu nie mówi, od kogo pan dostał. Tego nie wolno już dziś czytać”. Po czym dodała z uśmiechem: „Zwłaszcza tutaj”. Wziąłem z jej rąk zniszczoną, rozsypującą się książkę i spojrzałem na okładkę: Zapiski z martwego domu Dostojewskiego. Petersburg 1894.
Minęły dwa miesiące, w czasie których przeczytałem dwukrotnie Zapiski z martwego domu, a Natalię Lwownę widywałem tylko z daleka w zonie i pozdrawiałem ją zawsze przyjaznym ruchem ręki. Przyglądała mi się z niepokojem w oczach, jak gdyby chciała wyczytać w mojej twarzy, czy lektura Dostojewskiego zrobiła na mnie oczekiwane wrażenie. Uciekałem jednak od rozmów, ale już w chwilę potem żałowałem tego postanowienia, patrząc, jak wolnym krokiem odchodzi do swojego baraku i wita po drodze wszystkich przechodzących uprzejmym skinieniem głowy.
Unikałem jej zaś dlatego, że od przeczytania pierwszych paru stronic Dostojewskiego do chwili, kiedy po raz drugi i ostateczny zamknąłem książkę, patrząc na końcowe słowa: „Tak, z Bogiem! Wolność, nowe życie, zmartwychwstanie…” żyłem w stanie asfiksji, podobnym do przebudzenia z długiego śmiertelnego snu. Nie to w Dostojewskim było wstrząsające, że potrafił opisać nieludzkie cierpienia tak, jak gdyby stanowiły tylko naturalną część ludzkiego losu, ale to, co uderzyło również Natalię Lwownę: że nie było nigdy najkrótszej nawet przerwy pomiędzy jego a naszym losem. Czytałem Zapiski wieczorami, w nocy i w dzień, kradnąc sobie sen, oczyma przekrwionymi od zmęczenia, z sercem bijącym jak wahadło dzwonu, z szumem w głowie, który wzmagał się niby odpływające w nieskończoność echo kropel wody, gdy spadając w miarowych odstępach czasu w to samo miejsce czaszki, rozłupują ją za każdym razem potężnym uderzeniem młota. Był to w moim życiu więzie