Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 31 из 66

Nastrój podniecenia trwał w zonie i w barakach do północy. Nigdy jednak więźniowie nie zaczynali swego prawdziwego święta od poprzedzającego je wieczoru. To nagłe ożywienie było tylko formą odprężającego przygotowania do dnia, który miał nastąpić potem w całej świetności przestrzeganego ściśle rytuału czy

Więźniowie rozmawiali ze sobą do późnej nocy, leżąc lub siedząc na pryczach, a niektórzy rozsiadali się nawet przy stole, aby nad kubkiem wrzątku nadać tej rozmowie mroczysty i bardziej domowy charakter. Na każdym kroku, w każdym kącie baraku czuć było, że zbliża się święto. Nigdy nie mogłem zrozumieć, skąd pod tą twardą skorupą zobojętnienia i wzajemnej nienawiści bierze się naraz tyle grzeczności. Zarówno słuchający, jak mówiący okazywali sobie tyle życzliwości, że patrząc na nich, można było zapomnieć na chwilę o więzieniu. W barakach duszno było od oddechów ludzkich i wyziewów potu, kłęby pary buchające od drzwi roztapiały twarze ludzkie w brudnej posoce światła, ale wszystko to razem miało w sobie teraz tyle żywości i radosnego podniecenia, tyle nadziei i obudzonych na nowo uczuć… Nie można się było oprzeć uczuciu głębokiego wzruszenia, gdy wracając do swoich baraków lub wdrapując się na prycze, więźniowie żegnali się przed snem serdecznym „spokojnej noczi”… Spokojnej noczi, spokojnej noczi – szeptały przytłumione z przejęcia głosy – zawtra nam toże prazdnik, zawtra nam toże wychodnej dień…

Nazajutrz nad ranem pobudka zrywała nas z prycz nieco później i zaraz po śniadaniu wracaliśmy do baraków, aby się przygotować do rewizji. Rewizja była jedynym wydarzeniem zakłócającym spokój dnia świątecznego. Do każdego baraku przychodziło trzech podoficerów ze straży ochro

Każdy więzień rozkładał kolejno u drzwi swój dobytek osobisty, otwierał kuferek i pomagał przetrząsnąć sie

Jedną z największych atrakcji dnia świątecznego było to, że posiadał on swój własny, dla każdego więźnia i

Po wrzątku wychodziłem zazwyczaj do małego baraki w pobliżu wartowni, w którym mieścił się sklepik obozowy. Tylko w wyjątkowe dnie, raz na parę miesięcy, więźniowie-stachanowcy mogli w nim dostać po nominalnej cenie kawałek końskiej kiełbasy i funt chleba, ale sklepik otwarty był codzie

W zonie szarzało. Przed barakami stały małe grupki więźniów, rozmawiając ściszonymi głosami. Młodsi ruszali w kierunku baraku kobiecego i wywoływali znajome dziewczęta. Na ścieżkach mijały się pary, rozlegały się śmiechy, więźniowie przystawali na chwilę, aby zamienić parę słów, i zapraszali się wzajemnie do swoich baraków. Niebo powlekało się przed wieczorem nieprzezroczystą błoną, a od strony lasu szła pustym polem lekka zadymka, niecąc po drodze kłęby śniegu, które układały się fałdami jak wydmy piaszczyste. Daleko na horyzoncie zapalały się pierwsze światła w wolnych domach. Nieraz przystawaliśmy na wartowni, patrząc na nie bez słowa, przejęci wzruszeniem i zamyśleni o świecie, który żył własnym życiem, przestrzegał niezmie