Страница 25 из 66
Dom Swidanij, oglądany od strony drogi prowadzącej z wolnego miasteczka do obozu, robił przyjemne wrażenie. Zbudowany był z surowych belek sosnowych, utkanych w szczelinach pakułami, kryty ładną dachówką i na szczęście nie tynkowany. Tynkowanie baraków było w obozie przekleństwem; białe ściany zaciekały szybko wodą z zasp śnieżnych i moczem odlewanym przez więźniów obok baraków w nocy i pokrywały się żółto-szarymi plamami, które z daleka wyglądały jak chorobliwe liszaje na bladej i bezkrwistej twarzy. W czasie odwilży letniej cienki tynk odpadał najczęściej od ścian i wówczas trzeba było przechodzić przez zonę, nie patrząc na strony; dziury wyżarte klimatycznym szkorbutem w kruchej polewie wapie
Każdemu więźniowi przysługiwał w czasie widzenia isobny pokój. Tutaj jednak przepisy więzie
Sytuacja ludzi wolnych, którzy po pokonaniu niezliczonych trudności zdołali wreszcie dotrzeć do obozu na widzenie, nie była również w pewien sposób godna pozazdroszczenia. Czuli bezmiar cierpienia swych bliskich, nie mogąc ani poznać go dokładnie, ani mu ulżyć; lata rozłąki wypaliły w nich wiele uczuć, jakie żywili niegdyś na wolności dla swych bliskich, a przyjechali tu przecież po to, by w ciągu tych krótkich trzech dni ogrzać ich żarem swej miłości, o ileż większym, niż może wzniecić przechowywana w popiele iskierka. Poza tym obóz, mimo że daleki i szczelnie odgrodzony od przybysza z zewnątrz, rzucał przecież i na nich swój złowrogi cień. Nie byli więźniami, nie byli „wrogami ludu”, ale byli krewnymi „wrogów ludu”. Chętniej może zgodziliby się dźwigać brzemię cierpienia i nienawiści, jakie spoczywało na barkach ich najbliższych, niż znosić w milczeniu upokarzającą i dwuznaczną sytuację „ludzi z pogranicza”. Urzędnicy obozowi traktowali ich grzecznie i poprawnie, ale z pewną niebywałą rezerwą i pogardą. Jakże można okazać pełny szacunek żonie lub matce tego oto nędzarza, który żebrze łyżkę zupy, grzebie w śmietniku i dawno już zatracił uczucie własnej godności? W pobliskim miasteczku, idzie każda nowa twarz nie pozostawiała najmniejszych Wątpliwości co do tożsamości jej posiadacza, omijano ich z daleka i nieufnie. Pewien więzień opowiadał mi, że jego córka spotkała w czasie widzenia w Jercewie dawną przyjaciółkę, obecnie żonę urzędnika obozowego. Przywitały się serdecznie, ale już po chwili żona urzędnika cofnęła się bojaźliwie. „Co za spotkanie! – wykrzyknęła – ale skądżeż ty w Jercewie?” „Ach – odpowiedziała dziewczyna – przyjechałam do ojca na widzenie. Ponimajesz ty, kakoje niesczastje? No on sowsiem nie winowat” – dodała szybko, jak gdyby w nadziei, że przełamawszy pierwsze lody, zdoła wyjednać dla ojca pewne względy w obozie. „Choroszo – pożegnała ją ozięble żona naszego dygnitarza – napiszy żałobu w Moskwu, tam wsio raz wierut”.
Mimo że widzenia były tak rzadkie i trudne do uzyskania – a może właśnie dlatego – odgrywały w obozie ogromną rolę. Przekonałem się jeszcze w więzieniu, że jeśli człowiek nie ma w życiu jakiegoś określonego celu – a zakończenie wyroku było zbyt odległe i niepewne, by je poważnie brać w rachubę – to musi przynajmniej mieć na co czekać. Listy przychodziły tak rzadko i były tak zdawkowe, że nie mogły stanowić żadnej atrakcji. Pozostawały więc widzenia. Więźniowie czekali na nie z niepokojem i radosnym napięciem, a często nawet liczyli czas swego wyroku i życia według tych krótkich chwil szczęścia lub oczekiwania na nie. Ci, którzy ciągle jeszcze nie znali określonego terminu swego widzenia, żyli nadzieją, rozdmuchiwali ją sztucznie, pisali podania do Moskwy, znosili mężnie najcięższą pracę jak ludzie zaciskający zęby na pionierskim dorobku, wieczorami odwiedzali swych szczęśliwszych towarzyszy, wypytując po wielokroć o sposoby przyspieszenia tej niezwykłej chwili, w dzień wolny od pracy chodzili oglądać z daleka Dom Swidanij, jak gdyby upewniając się, że ich pokój jest zarezerwowany i czeka tylko na przyjazd gości, spierali się między sobą zawczasu o pokoje, czyścili i cerowali swe prywatne ubrania – jednym słowem, mieli zajęcie, a może nawet więcej, cichą namiętność, która ich chroniła od beznadziejności i rozpaczy, od poczucia bezcelowej egzystencji. W najgorszym położeniu byli oczywiście samotni więźniowie i cudzoziemcy, ale i oni nawet potrafili z widzeń wyciągnąć pewną korzyść, biorąc udział w radości i oczekiwaniu i
Nikt tak jak ludzie sztucznie lub dobrowolnie izolowani nie potrafi idealizować wszystkiego, co dzieje się poza granicami ich osamotnienia. Toteż było rzeczą wzruszającą słuchać więźniów, rozprawiających przed oczekiwanym widzeniem o wolności, której maleńkiego rąbka mieli już wkrótce dotknąć. Mogło się wydawać, że nigdy przedtem nie było w ich życiu ani ciężkich przeżyć, ani gorzkich rozczarowań. Wolność była jedyna, błogosławiona, niezastąpiona. Na wolności inaczej się jadło, inaczej spało i pracowało, na wolności piękniej świeciło słońce, bielszy był śnieg i mniej dokuczał mróz. „Pamiętasz, pamiętasz?” – szeptały na pryczy przejęte głosy. „Ach, jaki byłem głupi, nie chciałem na wolności jeść czarnego chleba”. „A ja – podchwytywał i