Страница 19 из 66
Obóz nauczy go, że można. Będzie z początku dzielił się ostatnią kromką chleba z więźniami bliskimi obłędu głodowego, będzie prowadził z pracy pod rękę chorych na „kurzą ślepotę”, będzie wzywał pomocy, gdy jego towarzysz odrąbie sobie na „lesopowale” dwa palce u ręki, będzie ukradkiem zanosił do „trupiarni” zlewki z zupy i główki od śledzi; po paru tygodniach spostrzeże się jednak, że robi to wszystko nie z bezinteresownego odruchu serca, lecz z egoistycznego nakazu rozumu – próbuje ratować przede wszystkim siebie, a dopiero potem i
Są jednak i tacy, którzy w momencie tej ostatniej próby budzą się nagle i przystają na rozdrożu, aby dostrzec z przeraźliwą jasnością, że ich oszukano. Nie przekonano ich, nie nawrócono – zniszczono ich jako ludzi, wypalono w nich gorącym żelazem wszystkie uczucia ludzkie! Wszystkie – z wyjątkiem jednego. Jest już za późno, żeby doskoczyć do drzwi z okrzykiem: „Ja chcę do sędziego śledczego, jestem niewi
Niepodobna bez tego wstępu zrozumieć historii Michaiła Aleksiejewicza Kostylewa, nowego więźnia, który po przybyciu z „łagpunktu” w Mostowicy przydzielony został do naszej brygady.
Nie stosował się on bowiem do wszystkich więźniów sowieckich, a tym mniej jeszcze do nas, Polaków. Ogółem biorąc, śledztwo w sprawach Polaków, uwięzionych po aneksji kresów wschodnich przez Rosję w roku 1939, ograniczało się jedynie do wymuszenia podpisu pod fikcyjnym aktem oskarżenia, miało więc raczej na celu znalezienie dogodnego pretekstu dla urzędów zajmujących się rekrutacją taniej siły niewolniczej i depolonizacją nowo zajętych ziem niż reedukację przyszłych obywateli Związku Sowieckiego. Z tego, że prowadzone było w większości wypadków pospiesznie i chaotycznie, można wnosić, że Rosjanie uważali brankę we wschodniej Polsce za zabieg profilaktyczny w okresie przejściowym i wbrew własnym zarozumiałym oświadczeniom liczyli się najwidoczniej z możliwością przetargu na powoje
W chwili kiedy Kostylew obudził się ze swego dwuletniego odrętwienia, uświadomił sobie dwie rzeczy: że go oszukano i jak go oszukano. To wszystko, co wyżej opisałem, nie jest tedy moją, ex post zbudowaną teorią na temat systemu wychowawczego więzień i obozów sowieckich lub psychologiczną interpretacją dziejów życia i śmierci M.A. Kostylewa, lecz jego własną, wielokrotnie powtarzaną i uzupełnianą opowieścią. Jak pies gończy puszczony raz na właściwy trop, Kostylew prześledził dokładnie wszystkie najdrobniejsze szczegóły swojego uwięzienia, śledztwa i życia w obozie i nauczył się mówić o nich spokojnie, przekonywająco i ze znawstwem, podobny w tym czasem do gruźlika, rejestrującego z pozorną obojętnością symptomy i postępy swej własnej choroby. Nie ja również wymyśliłem próbę uratowania zagrożonego człowieczeństwa poprzez litość, a potem dobrowolne męczeństwo. Zapoznał mnie z nią sam, gdy wypytywałem go, do czego zmierza, opalając co parę dni swą prawą rękę w ogniu. Sposób, w jaki to mówił, mógł nasuwać podejrzenia, że Kostylew bliski był jakiejś szczególnej formy manii religijnej, odziedziczonej w spadku po całych pokoleniach rosyjskich mistyków, lub łagodnej schizofrenii, która rozwijała się w nim niepostrzeżenie dla niego samego nawet po wstrząsie przeżytym w czasie blisko rocznego śledztwa i pierwszych paru miesięcy pobytu w obozie. Opowiadał spokojnie, precyzyjnie i inteligentnie, z tą typową dla umysłowo chorych wnikliwością, która nie dopuszcza sprzeciwów i zjednawszy słuchacza dla przesłanek, jedna go również dla konkluzji. Nie wykluczam ani jednej z tych możliwości, ale nie powstrzymują mnie one od powtórzenia jego historii. Tak czy owak bowiem, przyjaźń z Kostylewem zaważyła poważnie na moich doświadczeniach sowieckich, a jego śmierć nie przeszła również bez echa wśród pozostałych więźniów obozu w Jercewie.
Kostylew miał 24 lata, gdy z polecenia partii opuścił politechnikę w Moskwie i wstąpił do Akademii Morskiej we Władywostoku. Sam pochodził z Woroneża i wcześnie osierocony przez ojca musiał od najmłodszych lat troszczyć się o utrzymanie matki, która po śmierci męża przelała na syna całą swą niewyżytą miłość owdowiałej przedwcześnie kobiety. Dla młodego Kostylewa miłość do matki była również jedynym trwałym punktem oparcia w otaczającej go rzeczywistości. Należał wprawdzie najpierw do komsomołu, a potem do partii, ale jego życie osobiste wymykało się nieusta
W tym miejscu, zanim nastąpią dalsze wypadki, warto zastanowić się pokrótce, na czym polegał komunizm Kostylewa. W pierwszym rzędzie na wychowaniu. Matka, prosta i religijna raczej kobieta, niewiele rozumiała z tego, co jej mówił często mąż, ale przez pietyzm dla jego pamięci i instynktowne wyczucie bezpieczeństwa rodzi