Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 65

– Odważyłaś się podróżować na statku więzie

– Nikt mi nie powiedział, że to jest statek więzie

– No tak. Mało kto o tym wie. Harry pracował w policji i wiedział, co się święci. Wolałam schnąć za nim przez dziesięć lat w Lavath, niż kompensować różnicę wieku podróżą. Dziesięć najlepszych lat. A potem spotkanie z postarzałym Harrym, to było okropne. Nie znalazłam sobie nikogo w czasie tych lat – Brenda dalej grała. – Więc przyjechałam za Harrym. Czekał na mnie.

Wszyscy troje wiedzieli, do czego zobowiązany był małżonek pozostający w Lavath.

– Ja nawet nie miałam szans, na statku więzie

– Ja byłam za młoda, żeby na to zwrócić uwagę w Lavath. A tu? Podejrzewam, że Harry dotąd nie zauważył, że dostał tu trójkę.

– Przyszłaś chyba z i

– To prawda. Chodzi o Harry’ego i tę książkę. Nie myje się, siedzi po nocach. Nie myśli o niczym i

– Nie wiem – Gavein wzruszył ramionami. – Nie chce mi jej dać, chociaż obiecał.

– Żeby chociaż czytał coraz dalej. Wydaje mi się, że on ciągle otwiera na tej samej stronie, na początku. Nie chcę, żeby zwariował.

– Wspominał coś o tym. Mówił, że ta książka dzieje się i zmienia za każdym razem. Dlatego czyta ją na okrągło. Ciągle wraca do początku. Bada ją, eksperymentuje.

– Nic nowego. To samo powiedział i mnie. Ja myślę, że to książka eksperymentuje na nim. Czy tak zaczyna się obłęd?

– Nie wiem. Na wszelki wypadek pogadaj z jakimś psychiatrą. Obłęd ma podłoże chemiczne. Jak podadzą mu właściwe proszki, to problem się skończy, zanim się zacznie. – Gavein odprowadził Brendę do drzwi.

– Może byś mu odebrał tę książkę, jako zły zwierzchnik – podsunęła Ra Mahleine, gdy Brenda już wyszła.

Pokiwał głową – właściwie był to dobry pomysł. Milczeli. Ra Mahleine nie podnosiła głowy znad robótki.

– Nie bądź oschły. – Podniosła na niego błękitne oczy. Spojrzała jakoś tak za miękko, łagodnie. – Ja tak nie myślałam. Po prostu czułam, że ona oczekuje czegoś takiego, rozumiesz? Że szuka potwierdzenia, że wszystkie i

– Widzisz, Kocie Manule, żegnając mnie na lotnisku w Lavath, popatrzyłaś na mnie tak samo, jak pewna dziewczyna, której miłość zmarnowałem, kiedy jeszcze byłem szczeniakiem, w szkole. Nie chcę drugi raz popełnić tego samego błędu.

– Gdybyś tej pierwszej nie odrzucił, to ta druga dziewczyna nie spojrzałaby na ciebie w taki sposób – zauważyła. – Ty chcesz mi dopiec tym zmarnowaniem – zorientowała się po chwili.

– Nie bardziej niż ty mi. Tak naprawdę, nie to chciałem ci powiedzieć.

– Muszę trenować spojrzenia przed lustrem. Pierwsze – zadurzona bez pamięci nastolatka – powiedziała. – To znaczy drugie, bo i

– Też. Trzeba było urodzić się wcześniej, to uprościłoby wiele spraw.

– Żartujesz? Wtedy bym na ciebie nie spojrzała. Nawet teraz wydajesz mi się czasami… – uśmiechnęła się do siebie. – Dorosłam, Gavein, dojrzałam. To jest cena bycia razem.

– Już w Lavath byłaś dojrzała. I wiedziałem, że jesteś mądrzejsza, moją przewagą było doświadczenie. Obecnie ją straciłem. Zaparzyć ci herbatę?

– Nie chcę herbaty. Zaparz mi ziółka, tylko przykryj małym spodeczkiem, żeby dobrze naciągnęły.

– Jakie?

– Może być bubawiec. – Zwiesiła głowę nad robótką.

Wrzucił torebkę dziurawca do szklanki.

Lubiła gorzką herbatę, lubiła gorzkie ziółka. On lubił, siedząc w sąsiednim fotelu, nudzić się razem z nią.

32.

Przez dwa następne dni Wilcox nie pojawił się w pracy. Wydobycie książki od niego okazało się trudniejsze, niż przypuszczali. Stan Lailli pogorszył się, zakażenie się rozwijało, dostała wysokiej gorączki. Fatima spędzała przy jej łóżku całe dnie.

Do Throzzów przyszedł facet w szarej kurtce i sztruksowych spodniach, kapitan Frank Medvedec, zwierzchnik Tobianego. Gavein wyobrażał go sobie jako kopię tamtego: olbrzym z łbem jak wiadro i mięsistymi uszami. Nic z tego: Medvedec był niższy od Gaveina, o nerwowej, bladej twarzy.

Usiadł w kucki na dywanie, ponieważ Throzzowie nie sprawili sobie biurka, a chciał pracować na swoim komputerze-notatniku.

– Chciałem zadać parę pytań w sprawie Tonescu.

– Wydawało mi się, że ta sprawa została wyjaśniona.

– I tak, i nie. Ustalono, że Haifan dokonał tych zabójstw.

– No więc? – wmieszała się Ra Mahleine. Fakt, że dotąd nie zaproponowała kawy, oznaczał, że nie traktuje Medvedca jako miłego gościa, ale ten sygnał był zrozumiały wyłącznie dla Gaveina.

– Z panią też chciałem porozmawiać, ale… później.

– Ja też nie rozumiem. Jeśli wiadomo, kto zabił, to o co chodzi? – zapytał Gavein.

– Chodzi o motywy i okoliczności. Chciałem wyjaśnić niejasności. Liczę na pana współpracę.

– Ja niewiele wiem.

– Chciałbym, żeby pan szczegółowo opisał wszystkie wydarzenia, jakie zaszły od momentu, gdy wynajął pan mieszkanie u Eislerów.

– Aaa…! Więc o to chodzi!? – Gavein roześmiał się.

Medvedec mógł nie liczyć, że Ra Mahleine zaproponuje mu kawę.

– Edda wyłożyła panu teorię o śmierci krążącej wokół jej domu i mnie jako jej zwiastunie? I uwierzył pan?

– Wie pan… Płacą mi za sprawdzanie głupich teorii. Proszę opowiadać. Ja będę notował – wskazał na klawiaturę. – To nie jest formalne przesłuchanie, tylko wywiad, to znaczy mówi pan, co chce, ale prosiłbym o jak najwięcej faktów.

– Jeśli to wywiad, a nie przesłuchanie, to nie mam nic do dodania. Wszystko powiedziałem w czasie przesłuchań. Jeśli pan chce się czegoś dowiedzieć, to proszę sobie zadać nieco trudu i załatwić nakaz.

Medvedec pożegnał się. Gavein nie miał ochoty relacjonować swoich losów w Davabel, a Medvedec, bez formalnego nakazu, nie mógł go do tego zmusić.

Na dwa dni natłok wydarzeń jakby zelżał. Gorączka Lailli opadła, rodzice wypisali ją ze szpitala.

– No, to Edda dostała po nosie – skwitował Gavein. – Nie potwierdziły się jej wymysły, chociaż było to zakażenie wywołane brudną wodą, a Lailla ma na Imię Fluedda, na dodatek ja byłem cały czas w pobliżu. I co? I nic, dziewczyna żyje.

33.

Gavein odebrał Wilcoxowi książkę. Nie zaglądając do środka, odłożył na półkę u siebie. To znaczy, ustawił na dywanie wśród i

Ra Mahleine przyjęto do szpitala miejskiego numer 5357 na oddział ginekologiczny kierowany przez doktor Scholl Nott. Gavein widział ją w telewizji i na tej podstawie wybrał szpital. Pani Nott miała około pięćdziesiątki, energiczny błysk w oku, raczej kościstą sylwetkę i nieproporcjonalny, obwisły podbródek. Wzbudzała zaufanie, chociaż flak podrygujący pod szczęką nadawał jej głowie kurzy wyraz.