Страница 49 из 69
– A akcja na Raronga? – zapytał Le
– Bez zmian. Zresztą, jeśli okaże się, że Barbara jest w formie, bardzo może nam pomóc.
Silvestri nadal nie podzielał optymizmu szefa:
– Cała sprawa wyraźnie mi się nie podoba. Przez pół roku uważamy tego Polaka i pa
– Zachowamy ostrożność. Wykupieniem naszych przyjaciół zajmie się Le
Silvestri milczy rozgarniając mieszadełkiem lód w szklance z cocktailem.
Trzy dni przed akcją
Obchody Wielkiego Czwartku w Watykanie wypełniły w przeważającej mierze wieczorne serwisy czołowych stacji telewizyjnych.
Załoga stacji orbitalnej California poddała się badaniom lekarskim.
Start promu przewidziano na godziny przedpołudniowe w niedzielę. Synoptycy zapowiadali poprawę pogody.
Na Raronga trwało oczekiwanie na wielką wodę. Komandor Bowling i Roy Ziegler spędzili znów ładnych parę godzin na tenisie. Mimo zdecydowanej abstynencji profesora, mogli już uchodzić za parę wieloletnich przyjaciół.
Na autostradzie Kolonia – Diisseldorf Lion Groner omal nie został aresztowany przez nadgorliwego policjanta, sprawę uratowały doskonałe fałszywe papiery i niezmącona pewność siebie charakteryzująca Arkadyjczyka.
Raport Bo
Profesor Levecque wygłosił odczyt w Londyńskim Klubie Międzynarodowym. Temat: “Jawne efekty wpływu tajnych organizacji na świadomość społeczną". Frekwencja była niska.
Le
Pa
W moskiewskim zoo urodził się niedźwiadek panda.
Znakomita wróżka francuska popełniła samobójstwo zostawiając list, w którym napisała, iż odchodzi bojąc się tego, co nadejdzie. Uznano, że chodzi tu o wykryty u niej parę dni wcześniej nowotwór macicy, zresztą łagodny.
Z Egiptu doniesiono o pojawieniu się Feniksa.
A czas płynął.
Z notatek doktora
– Nie masz wyboru, Pavlovsky – powiedział Red Gardiner z naciskiem – i tak w oczach De
Siedzieli we dwóch z kapitanem Bongote naprzeciw mnie w szopie, która miała stanowić punkt wymiany. Ściągnięto już ze mnie przepocony łachman i odziano w dosyć elegancki tropik.
– Czy Barbarę też wymienicie?
– Też – stwierdził z udanym westchnieniem Bongote – i tylko od ciebie zależy, kto od dziś zajmie miejsce przy jej boku.
Nic nie odpowiedziałem. Wprawdzie już przed dwoma dniami wycofano mnie z kopalni, odkarmiono, odwszawiono i dezynfekowano, nadal jednak czułem się strzępem człowieka, fizycznie i psychicznie.
– Nie masz rozsądnej alternatywy – powtórzył Gardiner. – To twoje notatki zdekonspirowały zamiary De
Zapaliłem skwapliwie podsuniętego papierosa, drżały mi ręce.
– A my chcemy i możemy ci pomóc. W zamian za naprawdę drobne informacje będziesz miał i Barbarę, i spokój, i pieniądze.
– A jeśli odmówię? Bongote ożywił się:
– Czerwone mrówki, bunkier głodowy, pal, tygrysia klatka – wszystko jest ciągle do twojej dyspozycji.
Chciałem, bardzo chciałem powiedzieć, że wolę mrówki, głód i śmierć, ale tylko zwiesiłem głowę. Czarnoskóry watażka poklepał mnie po ramieniu. – No, zaczynasz być rozsądny!
– Zresztą jeśli podzielasz nasze ideały ekologizmu, możesz być spokojny – rzekł Gardiner – nie poniosą one uszczerbku. Należymy do tej samej organizacji, co Burt. Może jesteśmy tylko bardziej konsekwentni… – tu naraz zmienił ton. – Nie chcę cię przynaglać, ale czekają reporterzy, ekipy telewizyjne i ten dureń. Le
To akurat wiedziałem i strumyczek zimnego potu pociekł mi po plecach.
– No więc jak, niczego nie chcemy, wystarczy, że pozostaniesz z nami w kontakcie? – pyta Red i wskazując Bongote, dodaje – kapitan może jeszcze się rozmyślić.
Kiwam głową. Mam już pewien plan i jestem zdecydowany doprowadzić go do końca.
Miałem zamiar zahamować nieuchro
Sama wymiana przebiegła sprawnie, dopiero wychodząc na powietrze dostrzegłem Barbarę wynurzającą się z sąsiedniej szopy. Żołnierze Wielkiej Kalaharii pozostali z tyłu, po przejściu kilkudziesięciu kroków otoczyło nas kilku dzie
Zasypano mnie pytaniami. Starałem się odpowiadać zdawkowo i raczej cedować większość wypowiedzi na pa
Już od pierwszej chwili obok nas zjawił się Le
Odwrotne reakcje budziła we mnie obecność dwóch szczupłych mężczyzn, trzymających się nieco na uboczu dzie
W czasie konferencji nie miałem okazji zamienić nawet słowa z Barbarą. Impreza została zresztą dość nagle przerwana przez Le
– Rozdzielamy się. To dla bezpieczeństwa.
Wśród samochodów zaparkowanych na skraju wioski znalazł się również stareńki landrover. Wskoczyliśmy do środka i Bob zapalił silnik. Obserwowałem dwóch południowoafrykańczyków. Wydawali się nie zwracać na mnie uwagi. Może zresztą bardziej absorbowała ich Barbara.
– Nie będą nas ścigać? – zapytałem.
– Jeszcze nie teraz – mruknął mój kierowca. – Zresztą mamy ochronę. Gestem głowy wskazał na ważkę helikoptera ze znakami Powietrznych Sił Zimbabwe.
– Myślałem, że jesteśmy w Zambii – wyraziłem zdziwienie.
– Będziemy tam za dwie godziny.
Sto dwadzieścia minut upłynęło dość szybko, nikt nas nie ścigał, nie zatrzymywał, zresztą, kiedy znaleźliśmy się na szosie Bulawayo – Maramba otoczył nas gęsty ruch, dający, niczym zresztą nie uzasadnione, poczucie bezpieczeństwa. Poniżej Wodospadów Wiktorii, dziś noszących trudne do wymówienia imię tutejszego bojownika, przekroczyliśmy Zambezi i granicę między Zimbabwe a Zambią. Ku memu zdumieniu Robert wręczył mi mój stary, mocno podniszczony polski paszport, jak się okazało, nadal ważny.