Страница 47 из 69
– Albo łódź podwodna – dorzuca Groner. Levecque uśmiecha się i pyta:
– Jak sobie jednak panowie wyobrażają opanowanie takiego obiektu? Nie, stanowczo zbyt wiele posiadamy niewiadomych. Znacznie prostsze byłoby znalezienie De
– Ale Burt przepadł. Nie reaguje na prośby pastora Lindorfa, który wszędzie pozostawiał dla niego wezwanie. Ostatnia dyspozycja sprzed tygodnia brzmiała – “Prowadzić przygotowania pełną parą i czekać na sygnał". Sądzę, że tragiczny wypadek, który zdarzył się jego kompanowi, Wyłko Georgijewowi – tu wymowne spojrzenie na profesora – jeszcze go uczuli. A właściwie dlaczego Georgijew musiał zginąć?
Levecque oblizuje spierzchnięte usta.
– Potrzebowaliśmy dowodu dla Komórki Antyterrorystycznej, że ślad ekologiczny w sprawie Marindafontein był błędny. Chodziło o rzucenie podejrzeń na Nową Frakcję, a poza tym o pozbawienie De
Gardiner uśmiecha się nie tając zadowolenia. Jest zachwycony własną przezornością i przenikliwością.
– Zdaje się, że dysponuję czymś takim – mówi.
– No – ożywiają się mężczyźni. – Zna pan może jego kochankę?
– Nie, córkę.
Czy profesor Levecque odczuwał kiedykolwiek rozterki? Owszem, był zbyt inteligentny by ich nie przeżywać. Nigdy jednak nie przybrały one równej mocy, co obecnie. Taksówka zatrzymała się przy Piccadily. Konus wysiadł, rutynowo rozejrzał się dookoła. Od kilku dni łaskotał go lekki niepokój, lęk zwierzęcia, które czuje, że jest obserwowane. Któż jednak mógł zalecić jego obserwację? Admirał? Admirał nie czynił nic bez porozumienia z “Cytryną", a przecież major pracował ręka w rękę z nim. Owszem o ostatniej akcji nie został poinformowany, ule nie mógł mieć na razie nawet cienia podejrzeń co do lojalności profesora. A może ludzie Gardincra? Bzdura, Murzyn nie mógł mieć na usługach aż tak dobrych inwigilatorów. Złych zauważyłby już w pierwszej chwili. De
Dreszcz przeleciał po profesorskich plecach, gdy pomyślał o ambasadzie mocodawców. Tamci się nic patyczkowali. Ale zawsze mieli przecież z profesora niesłychane korzyści. Tyle że dotąd nie zatajał przed nimi niczego ważnego. Dopiero teraz…
Życie Levecque'a podporządkowane było jego niesłychanej ambicji. Piął się w górę z zaciętością właściwą wszelkim kurduplom znanym z historii, jak: Napoleon, Hitler czy Stalin… Levecque ze swym umysłem, błyskotliwością, rodzi
Poza tym – lubił grać. W życiu, i w karty. To karciane długi i późniejszy szantaż wpędziły go w ręce tamtych. A potem poszło. W kraju awansował – został wykładowcą na wydziale cybernetyki społecznej, ekspertem rządowym, wreszcie asem komórki… Cały czas równocześnie służąc przeciwnikowi. Ba, w swej perfekcji posunął się do tego, że ujawnił przed Admirałem fakt kontaktów z wrogiem i dostarczał im spreparowanych danych.
Oczywiście nic od razu podjął decyzję emancypacji. Początkowo tylko, tak jak obiecał Groncrowi, zataił informacje o swych odkryciach. W miarę upływu dni coraz częściej przychodziło mu do głowy, że powodzenie planu De
A jeśli się nie uda? Cóż, zawczasu podjął pewne zabezpieczenia. A dlaczego miałoby się nie udać? Przy Soho Square czekał samochód radcy ambasady, z szoferem, którego wystające kości policzkowe zdradzały dalekoazjatyckie pochodzenie. Znów trzeba będzie trochę nakłamać – pomyślał profesor – rozejrzał się, ale poza staruszkiem z pieskiem nie dojrzał w pobliżu nikogo, wsiadł więc do limuzyny.
Groner ucieszył się słysząc, że akcja rusza. Miał dosyć bezczy
Lion oczywiście sumienie miał. Jedynie troszkę elastyczne. Potrafił być czuły, a nawet czułostkowy, płakał, kiedy prowadzony przez niego wóz potrącił psa. Nie jadał mięsa. Ale w stosunku do ludzi nie odczuwał takich oporów. Lubił zabijać swych wrogów i wrogów sprawy. Bo, i to najciekawsze, wierzył w sprawę “Zieloni". Owszem, udzielał informacji policji, był prowokatorem, ale w głębi duszy, szkodząc często sprawie, uważał, że sprawa i tak zwycięży. Syndrom Gronera nie jest zresztą czymś nadzwyczajnym. Funkcjonariusze marionetkowego rządu subsydiowani przez obce mocarstwo, też właściwie wierzą, że jak najlepiej służą ojczyźnie.
Ach, ta Maggi, ach ta Diana! Żeby nareszcie zajęły się sobą. Obserwowanie lesbijek mogłoby go trochę rozbawić.
Dusza ciągnęła go do Niemiec. Jeszcze w Sztokholmie zdobył z dużą satysfakcją Erikę Studder. “Płomie
– Dość mała – rzekł do Diany, mozolnie pracującej w południowej części łóżka. I ty też – zostaw moje ucho! – zwrócił się do Maggi.
– Będę musiał na parę dni wyjechać. Ale sądzę, że jakoś poradzicie sobie beze mnie.
W jaki sposób na zapuszczonej farmie posiadano podsłuch i podgląd Ośrodka Complex 50 jak i samego dowództwa NASA, pozostanie tajemnicą Silvestriego, który zresztą przed laty był jednym z twórców komputerowego systemu Space Centrum.
W każdym razie dzięki temu ze słuchawkami w uszach, przed monitorami dostarczającymi bezpośrednio obrazy z Bazy Przygotowań, Silvestri i Dass mogli spędzać kolejną dobę trenując ruchy, gesty i sposób ekspresji swych pierwowzorów. Problem imitowania głosu postanowiono rozwiązać dość prymitywnie, podczas startu miało dojść do defektu przekaźnika dźwiękowego w kabinie i przez pierwsze decydujące godziny łączność miała dokonywać się wyłącznie za pomocą obrazu i kosmotelexu.
Laboratorium California stwarzało dla ekipy De