Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 69

Miał bronić społeczeństwa. Więc go bronił. Ścigał gangsterów, gwałcicieli, handlarzy narkotyków i politycznych dewiantów. Ścigałby ich i dalej. Teraz jednak zwątpił we wszystko. Nie wiedział, kogo bardziej nienawidzi, Arkadyjczyków, którzy pierwsi otworzyli ogień, swych nadgorliwych podwładnych, Levecque'a, którego agenci przysięgali, że ekologiści nie będą uzbrojeni, czy siebie?

– Panie komisarzu!

Odwraca się półprzytomny. Jak przez mgłę widzi szczupłą sylwetkę Geldera.

– Nasi ludzie zgubili prowodyra. Mikę, który go śledził, dostał nożem pod żebro w garażu.

W tej chwili Marcela nie obchodzi ani prowodyr, ani wszyscy ekologiści świata. Rzuca machinalnie.

– Roześlijcie rysopis, nie może wymknąć się z kraju.

Chwilę później dostaje następny meldunek. Karetka z dziesiątką Arkadyjczyków, którzy poddali się policji, została zatrzymana przez zamaskowanych terrorystów. Aresztowani zbiegli. Pozostałe oczka sieci też okazywały się za szerokie. “Bezbro

I wtedy, po raz kolejny, Bo

Na południowy wschód od Sztokholmu, opodal osad Tyraso i Bolmura, rozciąga się przepiękna okolica pełna zatok, jezior, strumyków i wodospadów, przy czym jedynie smakując wody można ustalić, czy jest to już morze czy jeszcze jezioro? Lesista okolica obfituje w ryby i jest rajem dla wędkarzy. W zieleni kryją się rzadko rozsiane wille czy raczej małe pałacyki. W jednym z nich czwartego marca spotkało się pięciu dżentelmenów i jedna dama – nieformalny Komitet Doradczy Konwentu Ekologistów zrzeszający kilkadziesiąt organizacji o różnych odcieniach zieleni z wszystkich 'kontynentów. Od czasu kiedy partie ekologiczne stały się w wielu krajach liczącą siłą, powstała konieczność synchronizowania ich działań. Zadanie było trudne i napotykało olbrzymie opory. Debaty Konwentu wlokły się, opóźniane przez nie kończące się dyskusje proceduralne i spory kompetencyjne. Prawdę mówiąc – sami ekologiści znajdowali się między młotem swych haseł a kowadłem rzeczywistości. Nie udało im się zamknąć ani jednej większej elektrowni atomowej, a wdrażane przepisy o ochronie środowiska miały bardziej spektakularny niż konstruktywny charakter. Świat zanieczyszczał się, rozmnażał i ogałacał z surowców oraz puszcz może o ułamek ułamka wolniej.

Wielu obwiniało o to van Thorpa. Flegmatyczny Holender, systematyczny i rygorystyczny wobec przepisów, był człowiekiem kompromisu i nie nadawał się zdecydowanie na przywódcę antyprzemysłowej krucjaty. Nic dziwnego, że Komitet Doradczy, ciało z założenia usługowe, musiał stać się z czasem konkurencją prezydium.

Ziu-Dong z Korei Południowej, Burt De

Pa

Najciekawszą postacią w całym tym towarzystwie był chyba De

– Panowie, przepraszam Mario, pani i panowie – mówił, niedbale wymachując cygarem – pozwoliłem sobie zaprosić was tutaj w trybie pilnym, ponieważ mam dla was ofertę nie do odrzucenia.

– Nasze spotkania są źle widziane w Konwencie – zarzucają nam nieformalne konspiratorstwo – bąknął Lindorf.

– Konwent? Proszę nie wspominać mi o tych nudziarzach. Moja oferta dotyczy stawki, o jakiej nie śniło się nikomu z nas.

– To znaczy?

– Możemy dokonać wielkiej zmiany. Doprowadzić do odwrócenia biegu wydarzeń prowadzącego nas dzisiaj do ekologicznej zagłady.

– Tak od razu? – uśmiechnął się ironicznie Gardiner – przecież to niewykonalne.

– Wykonalne. Potrzebujemy do tego małego drobiażdżku.

– Jakiego?

– Władzy, nieograniczonej władzy nad światem.

– Bagatela – uśmiechnęła się Maria.

– Zwołałem państwa tutaj, ponieważ możemy zdobyć ją w ciągu miesiąca – powiedział Burt takim tonem, jakby chodziło o pół butelki whisky.

Przez moment panowała cisza, wszystkie oczy wpatrywały się w De

– Czy moglibyśmy dowiedzieć się czegoś konkretniejszego? – zapytał w końcu Tardi.

– Jutro dokonamy małego eksperymentu na potwierdzenie prawdziwości mych słów, dzisiaj chciałbym jedynie prosić was o wybaczenie.

Lekki szmerek.

– Działałem samowolnie, bez waszych upoważnień. Gdybym przegrał – sam oddałbym się do dyspozycji sądu organizacji. Ale nie przegrałem. Otóż ponad rok temu pewien mój przyjaciel z dawnych lat, więcej niż przyjaciel, prawie brat z brudnego zaułka w San Francisco, przekazał mi informacje o pewnym wynalazku. Dopiero we wrześniu zeszłego roku udało mi się wysłać na miejsce mojego człowieka. W październiku mogłem przystąpić do konkretnych działań.

– Mówisz okropnymi zagadkami, Burt – niezadowolenie przebijało z głosu pa

– Zobaczycie jutro. I ręczę wam, że od piątego marca zacznie się liczyć nową epokę.

– W takim razie – przerwał emfatyczne zapewnienia nie tający zniecierpliwienia Gardiner – po co nas tu dzisiaj ściągnąłeś?

– Żeby ustalić linie postępowania na posiedzenie Konwentu oraz przygotować jutrzejsze spotkanie.

– Przeholowałeś profesorku – mówi Admirał gryząc cybuch fajki, bez zmieniania swego stałego tonu łagodnej perswazji – ofiary, zniszczenia… Tego nie przewidzieliśmy.

Levecque nerwowo kręci się na fotelu. Nie znosi dymu, który szkodzi przecież zdrowiu, podrażnia śluzówki, a u niego osobiście powoduje zaparcie stolca. Ekspert jest hipochondrykiem i nerwusem. Nie lubi też, jak przekwalifikowani, z grubsza ociosani sierżanci, bo do takiej kategorii zalicza Admirała, pouczają jego, arcymózgowca.

– Wszystko rozegrało się zgodnie ze scenariuszem. Upiekliśmy równocześnie dwie pieczenie. Opinia publiczna zaaprobuje wypalenie ekstremistycznej zarazy do końca, a akcje Gronera w Zielonej Międzynarodówce wzrosną jak temperatura na termometrze wrzuconym do herbaty.

– Jesteś pewny Gronera, to przecież wariat?

– Pracuje dla mnie od lat. Mamy go w ręku. A teraz ma szansę wejść do kierowniczych gremiów Konwentu. A tam nie mieliśmy dotąd swoich ludzi. Ciągle brakowało nam informacji.